środa, 2 grudnia 2020

imieniny: Balbiny, Pauliny, Rafała

RSS

Epidemia na Śląsku:

Czy taka religijność znacząco zmienia twoje życie na lepsze?

23.08.2020 07:00 | 0 komentarzy | red.

Z ks. dr. Wojciechem Maciążkiem, delegatem biskupa gliwickiego ds. ruchów, wspólnot i stowarzyszeń katolickich, na temat charyzmatyków w Kościele mejluje ks. Łukasz Libowski.

Czy taka religijność znacząco zmienia twoje życie na lepsze?
Ks. dr Wojciech Maciążek doktor teologii doktor teologii dogmatycznej (KUL); notariusz Kurii Diecezjalnej w Gliwicach oddelegowany ds. ruchów, wspólnot i stowarzyszeń; rezydent przy parafii Chrystusa Króla w Gliwicach.
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Akcentują mocno zwłaszcza kilka spraw

– Łukasz Libowski: Wojciechu, zacznijmy może żeby wszystko było jasne i żebyśmy wiedzieli, o czym piszemy od definicji. Czym są ruchy charyzmatyczne?

– Wojciech Maciążek: Ponieważ pytasz o to księdza katolickiego, spróbujmy zawęzić od razu rozumienie ruchów charyzmatycznych do Kościoła katolickiego. Z takiej perspektywy ruchy charyzmatyczne oznaczają te wspólnoty i grupy religijne, które w swoim sposobie przeżywania wiary akcentują mocno zwłaszcza kilka spraw: podkreślają działanie Ducha Świętego w życiu wierzącego, dbają o relacyjny wymiar wiary (osobista więź z Bogiem), przyjmują istnienie specjalnych darów ze strony Boga służących innym (tzw. charyzmaty), uznają konieczność dawania świadectwa wobec świata o Bogu i Jego miłości (ewangelizacja) czy dowartościowują emocje i doświadczenie. Ma to swoje przełożenie na konkretny sposób modlitwy i życia. Jest to widoczne w tym, że przynależący do ruchów charyzmatycznych regularnie czytają Biblię, której to lektura staje się ważnym elementem ich religijności, starają się o wierność w osobistej modlitwie, gromadzą się systematycznie na spotkaniach wspólnot, gdzie mogą swobodnie wyrażać wiarę, modlą się o pojawienie się zewnętrznych znaków działania Boga takich jak uzdrowienie, a część grup angażuje się w wydarzenia mające budzić wiarę w innych. Z pewnością nie jest to wyczerpująca odpowiedź na Twoje pytanie, ale pozwala rozpoznać wspólnoty charyzmatyczne na tle innych stowarzyszeń religijnych.

– Ł.L.: Bardzo podoba mi się zaproponowana przez Ciebie definicja czy raczej może charakterystyka ruchów charyzmatycznych. Jest, co mnie wcale nie dziwi, teologicznie wysubtelniona i wyważona. Tych kilka spraw mocno, jak piszesz, akcentowanych przez charyzmatyków w przeżywaniu wiary nie powinno być właściwie niczym nadzwyczajnym dla każdego katolika. Tzn. każdy katolik winien chyba tych spraw, że się tak wyrażę, pilnować, na nie baczyć i o nie się troszczyć. Tak chyba jednak nie jest.

– W.M.: Z kolei teraz Ty ostatnim zdaniem ładnie wprowadziłeś powściągliwość w swoją wypowiedź. A sama intuicja jest słuszna, bo owa zwyczajność zaangażowania we własne życie wiary bywa widziana dziś jednak jako coś nadzwyczajnego. Nie neguję tu bo naprawdę myślę o niej z szacunkiem istnienia całkiem sporej grupy wiernych regularnie modlących się i praktykujących niedzielną mszę. Uważam natomiast, że jedną z większych trudności dla dzisiejszego katolika znanego nam z kościelnej ławki jest uznanie za coś ważnego tego osobistego, subiektywnego wymiaru wiary obok wymiaru powszechnego, obiektywnego, który wyrażany jest choćby przez cotygodniowy udział w liturgii. Znasz pewnie to pytanie: skoro przez większość niedziel roku jestem w kościele, przed świętami się spowiadam, a i czasami się pomodlę, to czego tu domagać się więcej? Osoby zaangażowane w ruchy charyzmatyczne dokładają do układanki ten osobisty element, pytając: a czy taka religijność znacząco zmienia twoje życie na lepsze? Kiedy zaś słyszą negatywną odpowiedź, nie ustępują i stawiają kolejne pytanie: może niewiele się zmienia, bo Boga znasz jedynie ze słyszenia, a to może być niewystarczającą motywacją do porzucenia zła i wyboru dobra...

Pojawia się pytanie o obraz Boga

– Ł.L.: Trudo w tym miejscu nie przyznać, że ruchy charyzmatyczne to wielka szansa Kościoła. Szansa, żeby wytrącić wiernych przyznaję: myślę tu także o sobie z szacownej, poddawanej im przez tradycję religijności, powiedzmy, zewnętrznej i pomóc im odkryć religijność wewnętrzną, pomóc im do religijności wewnętrznej dotrzeć. W związku z ową konstatacją nasuwają mi się dwie dość oczywiste, myślę, uwagi. Po pierwsze, takie przejście od, jeśli można to tak ująć, prawa do ducha nie jest wcale łatwe i to w wielu wymiarach, aspektach. Po drugie, to nie jest tak, że rzeczywistość religijności, jak ją nazwałem, wewnętrznej nie ma żadnych miejsc zacienionych. Proponuję, żebyśmy chwilę zatrzymali się przy każdej z tych dwu kwestii. Więc najpierw trudności. Jakie widzisz? Chodzi mi o trudności, na jakie natrafiamy, kiedy, że się tak wyrażę, ruszamy w Kościele z procesem „wybijania” wiernych z pobożności formalnej.

– W.M.: Zanim o trudnościach, jeszcze jedna uwaga wstępna. Nie chciałbym, by ktokolwiek odniósł wrażenie, że najczęściej chyba spotykana forma religijności („niedzielna”) jest nieprawdziwa albo postrzegana z definicji jako coś gorszego. Nic z tych rzeczy. Bardzo cenię tych ludzi, którzy przez lata w oparciu o wierne uczestnictwo w niedzielnej liturgii, regularną spowiedź i codzienną modlitwę odnaleźli swoją drogę do Boga, a w konsekwencji i do człowieka. Stąd chcę raczej temat ująć pozytywnie w kategoriach ubogacania zastanej, tradycyjnej drogi wiary (niekiedy bardziej, innym razem mniej formalnej) aniżeli akcentować tylko jej braki. I teraz do rzeczy: co konkretnie utrudnia przejście w stronę wiary bardziej osobistej, które to przejście jest proponowane w ruchach charyzmatycznych? Powodów jest kilka, tak myślę, a wspomnę najważniejsze. Po pierwsze, zastany stan wiary wydaje się być komfortowy zarówno dla wiernego, jak i dla duszpasterza. Obie strony mogą odnieść wrażenie, że wypełniły jakiś zestaw koniecznych warunków, a wybacz ekonomiczne porównanie w konsekwencji przeciętny duchowy popyt wiernego krzyżuje się z przeciętną podażą oferowaną np. przez parafię. Do przeciętności łatwo przywyknąć. Po wtóre, przyjęcie bardziej osobistej perspektywy wiary nieuchronnie prowadzi do konkretnych zmian w życiu. Codzienność należy tak zorganizować, żeby znaleźć niemały czas i siły na rozwój duchowy. A to może już kosztować, koszty zaś w życiu ponosimy niechętnie. Po trzecie, wydaje mi się, że w kościelnym nauczaniu częściej akcentowano ów obiektywny wymiar przeżywania wiary, a rzadziej ten subiektywny. W konsekwencji, trudniej teraz przekonać niektórych, że co prawda świątynia jest uprzywilejowanym miejscem wyznawania wiary, co nie znaczy jednak, że moja domowa izdebka nie może być również przestrzenią autentycznego spotkania z Bogiem na modlitwie. Dalej, na drodze wiary w jej osobistym wymiarze potrzeba, mniej lub bardziej, przewodnika, żeby się nie pogubić. Przy duszpasterstwie masowym trudno skutecznie takim przewodnikiem być i zarazem takiego przewodnika znaleźć. W końcu, a to może najważniejsze, pojawia się pytanie o obraz Boga. U tych, którzy noszą w sobie przekonanie o Bogu dalekim, pozostawiającym świat swojemu biegowi i niezainteresowanym życiem człowieka, nie będzie chęci wejścia z Nim w jakąś głębszą relację. Nie lekceważyłbym tej ostatniej kwestii, bo jak stwierdzili ojcowie soborowi przed ponad połwieczem, błędny obraz Boga jest jedną z przyczyn ateizmu w świecie.