Piątek, 20 października 2017

imieniny: Ireny, Kleopatry, Witalisa

RSS

Kultura

Przyszli pomóc więźniom, esesmani ich zatrzymywali

25.01.2015 13:56 | 0 komentarzy | tora

Z Piotrem Hojką<Piotr Hojka> z działu historii Muzeum w Wodzisławiu Śl. rozmawiamy o jego najnowszych ustaleniach dotyczących marszu śmierci na ziemi wodzisławskiej. Historyk podzielił się wynikami swoich badań 17 stycznia podczas konferencji naukowej zorganizowanej z okazji 70. rocznicy tego tragicznego wydarzenia z ostatnich miesięcy II wojny światowej. Marszu, który pochłonął tysiące istnień ludzkich.

Przyszli pomóc więźniom, esesmani ich zatrzymywali
Piotr Hojka przy oryginalnym pasiaku jednego z więźniów oświęcimskich
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Do jakich nowych informacji związanych z marszem śmierci na terenie Wodzisławia Śl. i okolic pan dotarł?

Ciekawą kwestią dla mnie było rozlokowanie więźniów w terenie. Okazało się, że więźniowie z obozu Auschwitz-Birkenau przebywali na stacji kolejowej w Wodzisławiu Śl., ale esesmani starali się ich separować od ludności miejscowej. I to jest jedna z nowości. Starano się, aby ludność miasta w miarę możliwości nie miała kontaktu z więźniami. Sam dworzec funkcjonował normalnie, przynajmniej na tyle, na ile to było możliwe w warunkach zbliżającego się frontu. Przechodziły transporty wojskowe, pociągi pasażerskie jeździły w miarę regularnie. Kolejarze zostali jedynie dodatkowo powiadomieni, że będzie ewakuacja więźniów.

Kolejną nową sprawą jest liczba osób zmarłych na terenie Wodzisławia Śl. Na pomniku na Piaskowej Górze mamy 44 ofiary. On pierwotnie był projektowany na 43 ofiary, potem zmieniono liczbę na 44. Natomiast w pierwszych protokołach widnieje liczba 52-55 ofiar na terenie miasta. Jest też informacja o 5 mogiłach ofiar cywilnych wojny z roku ’45. Oczywiście nie wiemy, czy chodzi o ofiary walki czy o marsz śmierci. Dlatego starałem się przeanalizować egzekucje w Wodzisławiu Śl., aby ustalić liczbę ofiar marszu śmierci. Wiadomo, że była egzekucja 10-11 ofiar w młynie, 30 osób na stacji kolejowej i kilka egzekucji pojedynczych osób, co znalazło potwierdzenie w kilku relacjach. Dlatego skłonny jestem uważać, że bliższa prawdy jest liczba 52-55 ofiar. Liczba czterdziestu kilku ofiar znajdowała się w protokole woźnicy, który woził zwłoki na Piaskową Górę. Chyba nie doszukiwano się tego, że ktoś inny też mógł wozić tam ciała. Bez dokładnych badań na miejscu nie możemy mieć pewności, ile faktycznie było mogił. Chyba, że czytający to mieszkańcy mogliby zgłosić nam istnienie mogił. Do mnie kiedyś dotarł sygnał, że jakaś mogiła tego typu znajduje się niedaleko budki dróżnika w rejonie ul. Targowej. Miała tam spocząć matka z dzieckiem. Nie ma tam żadnego krzyża, za to teren jest porośnięty drzewami, zatem nie jesteśmy tego w stanie sprawdzić. Natomiast z relacji mieszkańców wynikało, że mogą to być ofiary marszu śmierci.

Zatem udało się panu ustalić, że ofiar na Piaskowej Górze było więcej niż 44?

Tak do końca nie możemy powiedzieć. Bo być może były to 44 osoby, ale jednocześnie kilka zapomnianych ofiar mogło być pochowanych w innych miejscach. Być może ktoś zwiózł więcej zwłok w inne miejsce. Pomnik na Piaskowej Skale bazuje na relacji jednego woźnicy, natomiast trudno mi uwierzyć, że tylko jedna osoba zajmowała się wożeniem ciał z całego terenu. Potwierdzona na dziś liczba ofiar pasuje do egzekucji w młynie i na stacji, natomiast nie ma zbadanych ofiar podczas marszu przez teren Wodzisławia Śl. Będę się starał to jeszcze rozgryźć, tak aby umieścić te ustalenia w publikacji z konferencji, którą będziemy chcieli wydać pod koniec tego roku, lub w kolejnym, jeśli będą pieniądze.

Zatem nie jest to zamknięty rozdział.

Do końca nie. Mam też nadzieję, że konferencja spotka się z odzewem, że ktoś z terenu Wodzisławia, kto ma wiedzę zgłosi się do muzeum i będziemy mogli więcej ustalić.

Mówił pan o separowaniu. Czy to oznacza, że mieszkańcy Wodzisławia Śl. i innych miejscowości na trasie marszu śmierci w ogóle nie byli świadomi przechodzenia więźniów?

Nie, nie, byli świadomi.  Wszyscy wiedzieli, że są to więźniowie z Oświęcimia. Mało tego, do Wodzisławia Śl. zjeżdżały tłumy osób z innych miejscowości na wieść o transportach więźniów. Spodziewali się spotkać swoich bliskich zabranych do Auschwitz. Na stacji był ogrom więźniów. Do stacji w Wodzisławiu docierało kilka grup więźniów, w różnym czasie, choć w świadomości funkcjonuje jeden marsz śmierci. Wywózka przeciągała się. Był jeden tor, więc przepustowość nie była duża, do tego dochodziły kłopoty na kolei w innych regionach i zbliżający się front. To powodowało, że niektórym mieszkańcom udało się skontaktować z bliskimi. To były dramatyczne sceny. Wiemy też o kilku przypadkach spotkania się więźniów z krewnymi czy znajomymi na trasie. Te spotkania obarczone były ogromnym ryzykiem, ponieważ esesmani różnie reagowali. Przykładowo niektóre osoby były włączane do marszu. Ktoś wyszedł pomóc maszerującym i esesman nie pozwolił mu już pomóc.

Trudno uwierzyć.

Tak. Być może esesmanowi zależało, by zgadzała się liczba maszerujących. Ktoś gdzieś poległ lub uciekł, to uzupełnił w ten sposób braki. Ale sytuacje były przeróżne. Na przykład na Wilchwach esesman pomógł więźniom w ucieczce i sam też zdezerterował. Bywało, że esesmani całkowicie zabraniali kontaktów, lub przeciwnie – przymykali oko. Udawali, że nie widzą, jak ktoś np. podał wodę. Wiemy też o przypadku, że ktoś chciał podać butelkę mleka matce z kilkuletnim dzieckiem ciągniętym w sankach. Esesman rozbił tę butelkę.

Co skłoniło pana do zgłębienia tematu marszu śmierci? Czuł pan, że to wydarzenie ma białe plamy?

Ogólnie jako historyk lubię II wojnę światową. Natomiast wiele tragicznych, ważnych wydarzeń z tego okresu, które miały miejsce w Wodzisławiu w ogóle nie zostały opisane. Ta wiedza odchodzi. Osobiście żałuję np. że nie spisałem relacji wojennych swoich dziadków. Nie pamiętam ich nawet. Stąd powtarzam – mam nadzieję, że żyją jeszcze osoby pamiętające tamte czasy, zgłoszą się do Muzeum i podzielą swoją wiedzą, żeby zostało świadectwo o tej strasznej historii, aby się już nigdy nie powtórzyła.

Dziękuję za rozmowę

rozmawiał Tomasz Raudner



Marsze śmierci – rys historyczny

Marszami śmierci nazywa się piesze kolumny więźniów ewakuowanych przez hitlerowców z obozu koncentracyjnego Auschwitz w Oświęcimiu. Hitlerowcy zamierzali zlikwidować obóz w związku ze zbliżającą się Armia Czerwoną. Więźniowie mieli być przerzuceni do innych obozów na zachodzie, aby tam dalej mogli pracować na rzecz oprawców, np. w fabrykach. Od 17 do 21 stycznia wyprowadzono z KL Auschwitz i jego podobozów około 56 tys. więźniów w pieszych kolumnach ewakuacyjnych. Dwa dni później w transportach kolejowych ewakuowano 2 tys. więźniów z podobozów w Świętochłowicach i Siemianowicach. Główne piesze trasy ewakuacyjne wiodły do Wodzisławia Śląskiego i Gliwic, gdzie wielu więźniów przekierowano do pociągów i wywieziono. Kolumny piesze miały składać się wyłącznie ze zdrowych, silnych ludzi, zdolnych do odbycia kilkudziesięciokilometrowego marszu (trasa Oświęcim-Wodzisław Śl. liczyła 63 km). W praktyce zgłaszali się do wyjścia także więźniowie chorzy i wycieńczeni sądząc, że w obozie zostaną zgładzeni. Razem z dorosłymi wyruszyły dzieci. Na wszystkich trasach esesmańscy konwojenci strzelali zarówno do więźniów usiłujących zbiec, jak i wyczerpanych fizycznie, którzy nie byli w stanie dotrzymać kroku. Tylko na Górnym Śląsku poniosło śmierć około 3 tys. ewakuowanych więźniów. Ocenia się, że w trakcie całej ewakuacji zginęło nie mniej niż 9 tysięcy, a prawdopodobnie do 15 tysięcy więźniów KL Auschwitz.

Wielu Polaków oraz Czechów, mieszkańców miejscowości, przez które, względnie obok których przebiegały trasy ewakuacyjne, pospieszyło z pomocą ewakuowanym więźniom. Polegała ona głównie na podawaniu więźniom wody i żywności oraz ukrywaniu uciekinierów. Za pomoc uciekinierom w dotrwaniu do wyzwolenia szereg osób zostało uhonorowanych po wojnie izraelskim odznaczeniem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

Najdokładniej dotąd został rozpoznany przebieg marszu więźniów trasami: Oświęcim – Pszczyna − Wodzisław Śląski, Oświęcim - Tychy - Gliwice oraz Leszczyny/Rzędówka – Kamień – Rybnik – Racibórz, także trasami, które wiodły przez Opolszczyznę oraz trasą Kamienna Góra – Kowary stanowiącej odcinek szlaku wiodącego do Mielęcic (Geppersdorf) na Dolnym Śląsku.

(tora)

opr. na podstawie pl.auschwitz.org, konsultacja naukowa