Sobota, 16 lutego 2019

imieniny: Danuty, Julianny, Daniela

RSS

„Bądźcie ludźmi wielkanocnymi” – abp Alfons Nossol

27.03.2018 00:00 red.

ks. Jan Szywalski przedstawia

Alfons Nossol, biskup–senior naszej diecezji opolskiej, mieszka obecnie w Kamieniu Śl., w miejscu urodzenia św. Jacka, patrona diecezji, w ośrodku rehabilitacyjnym Sebastianeum Silesiacum, obok pięknego barokowego zamku, odbudowanego z jego inicjatywy. Od 5 lat jest na emeryturze. W ub. roku obchodził swoje 85. urodziny, a równocześnie 60–lecie kapłaństwa i 40–lecie biskupstwa. Dyscyplina zewnętrzna i wewnętrzna pozwala mu zachować sprawność fizyczną i duchową. Jako teolog zajmował się dużo eschatologią, czyli rzeczami ostatecznymi człowieka, dlatego prosiłem go o kilka słów rozważań wielkanocnych.

– Czy dziś ludzie biorą zmartwychwstanie Chrystusa poważnie, albo jest to dla nich pewna pocieszająca opowiastka?

– Zwłaszcza w tym roku, kiedy Wielkanoc obchodzimy pierwszego kwietnia, prawda o zmartwychwstaniu Chrystusa jest dla zsekularyzowanego świata swoistym „prima aprilis”. Chrześcijanin jest człowiekiem wielkanocnym. Bez zmartwychwstania Chrystusa nie byłoby chrześcijaństwa.

– Życie nasze porównuje się do drogi krzyżowej, na końcu której stoi nieunikniona śmierć, nazywana jedyną sprawiedliwością. Czy nasze życie, dzięki wierze w zmartwychwstanie, nie ma jednak swoistego happy endu, szczęśliwego zakończenia?

– Tak, życie człowieka to swoistego rodzaju droga krzyżowa. Ma wiele stacji. My tych stacji bliżej nie znamy, nie wiemy ile ich będzie i jakie będą. Niektóre przychodzą na nas niespodziewanie, niektóre zaś są przez nas sprowokowane. Dla nas, chrześcijan, jednak ostatnią stacją (stacja XV) jest zmartwychwstanie; stacja zwycięstwa życia nad śmiercią. Rozsypuje się krzyż: „Żyw już jest śmierci Zwyciężyciel”. To najistotniejszy punkt chrześcijaństwa.

– Ksiądz Biskup był w młodych latach bardzo bliski śmierci. Czy wtedy myślał o życiu wiecznym, czy raczej kurczowo trzymał się nadziei, że jednak przeżyje?

– Właściwie świadomości śmierci, o ile pamiętam, wtedy nie miałem. Żyłem w przekonaniu, bynajmniej nie teologicznym, ale w przekonaniu młodego człowieka, że w tym wieku się nie umiera, że trzeba przetrzymać dwie ciężkie czekające mnie operacje i żyć dalej. Chrześcijańską świadomość, że życie się tu nie kończy lecz ma swój dalszy ciąg w wieczności, miałem jednak wszczepioną od młodości.

Chrześcijaństwo jest oparte na krzyżu jako znaku śmierci, który się zmienia w symbol zwycięstwa nad nią. Jest XV stacja, kiedy rozsypuje się krzyż, a Chrystus zmartwychwstały wzywa: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy!”. Życie Chrystusa, jak i nasze, kończy się zmartwychwstaniem.

– Ksiądz Biskup ma swoje lata, ale dalej służy pomocą, gdy jest taka potrzeba.

– Czy jestem potrzebny? Nie kładę na to nacisku, bo myślę, że mój obowiązek spełniłem. Dziękuje za łaskę kapłaństwa choć nigdy nie myślałem, że trzeba będzie przejść przez życie w biskupstwie i być odpowiedzialnym za diecezję. Chciałem iść przez życie z Chrystusem i innym tę drogę wskazywać. Jestem bardzo wdzięczny, że miałem tylu życzliwych współpracowników, życzliwych kapłanów: starszych kolegów i tych młodych, których wyświęciłem, a było ich kilkuset. Nigdy nie byłem samotny. Dużo radości dawało mi szafarstwo sakramentu bierzmowania, które umacnia młodego człowieka na jego życiowej drodze i czyni go człowiekiem wielkanocnym.

– Bierzmowanie często dziś niedocenione...

– Każdy dzień zaczynam od wezwania Ducha Świętego, trzykrotnym „Veni Sancte Spiritus”, do wszystkich zadań dnia. Jego światło jest nam szalenie potrzebne.

– Ksiądz Arcybiskup jest z natury optymistą, pozytywnie patrzącym na życie. Czego życzyłby dzisiejszym ludziom, także tym niewierzącym?

– By pamiętali, że chrześcijaństwo jest w ostatniej fazie zwycięstwem życia, że wszelkie krzyże, które na nas spadają, kończą się Wielkanocą. Chrześcijanin jest człowiekiem wielkanocnym. Chrystus, który mocą Ducha Świętego począł się w łonie Maryi, mocą tegoż Ducha zmartwychwstał. Jego siłą uobecniają się wydarzenia Chrystusowe. Nie możemy cofnąć historii, ale historyczne wydarzenia możemy uobecniać mocą Ducha Świętego. My, kapłani, możemy żyć Jego natchnieniem oraz uświadamiać wiernych, że idziemy w kierunku zwycięstwa, nawet nad śmiercią. „Żyw już jest śmierci Zwyciężyciel”.

– Ksiądz Biskup kiedyś bardzo obstawał, by przy nowym podziale diecezji w Polsce w 1992 r., Racibórz pozostał nadal przy diecezji opolskiej. Czy było to ze względów historycznych czy sentymentalnych?

– Zarówno ze względów historycznych, bo Racibórz i Opole tworzyły kiedyś jedno księstwo, jak też sentymentalnych, dlatego, że ziemia raciborska jest szczególnie wartościową cząstką naszej diecezji. Na tej ziemi schodzą się wpływy racjonalnego zachodu i bardziej emocjonalnego wschodu, tworząc specyficzną równowagę. Tu było najwięcej powołań kapłańskich i zakonnych. Wśród nich było wielu kapłanów, których warto i trzeba naśladować i niektórzy są godni, jak jestem przekonany, by ich wynieść na ołtarze.

– Myśli Ksiądz Arcybiskup zapewne o ks. Bernardzie Gadem?

– Miałem do tego kapłana wielki sentyment. Bardzo sobie go ceniłem i często korzystałem z jego rad. Był jednym z pierwszych, którzy należeli do Rady Diecezjalnej. Wiele spraw z nim konsultowałem. Pewne problemy wpierw przygotowałem, a gdy spotkaliśmy się – u niego w Raciborzu, ale częściej tu w Opolu – razem je omawialiśmy. Miał duszpasterską wizję autentycznego, doświadczonego kapłana, z tradycjami jeszcze z przedwojennego seminarium wrocławskiego.

– Ja także mam w pamięci kapłanów, których zastałem przed pięćdziesięciu pięciu laty w Raciborzu: mojego poprzednika ks. Melzera, sąsiada ks. Spyrkę, ks. Posta z okrąglaka, ks. Hajdego z Rynku, ks. Wańka na Starej Wsi, ks. Jędrychowskiego z Ostroga czy też ówczesnego dziekana Wodarza z Pawłowa...

– Był nieco później w Raciborzu mój kolega kursowy ks. Alojzy Jurczyk, był też, dobrze mi znany, ks. Stefan Pieczka...

– … który tak wcześnie zmarł. Nieraz widzę, że życie jest właściwie grą ślepych przypadków i można czasem wątpić czy kieruje nią Opatrzność Boża. Tylu dobrych ludzi, także kapłanów, zbyt młodo umiera, wielu cierpi, choć na to sobie nie zasłużyli...

– Nie zawsze wiemy dlaczego tak się dzieje, ale idziemy przez życie za Chrystusem, z Chrystusem i do Chrystusa. Aż do śmierci, aż do zmartwychwstania. Życie człowieka, zwłaszcza kapłana, jest w istocie swej przygniecione do krzyża, a on, dzięki łasce, staje się dla nas znakiem zwycięstwa.

– Znaczy to, że trzeba mieć czasem nadzieję wbrew nadziei?

– Trzeba mieć świadomość, że się jest człowiekiem wielkanocnym. Wtedy jest się człowiekiem radosnym. Idziemy z Chrystusem w kierunku zmartwychwstania, a my, kapłani, mamy tę drogę innym wskazywać. Idziemy obok Chrystusa jak uczniowie z Emaus, którzy na początku Go nie rozpoznali. Dla nich też nie było jasne, dlaczego Chrystus musiał cierpieć, aż rozpoznali Go jako zmartwychwstałego przy łamaniu chleba.

  • Numer: 13 (1345)
  • Data wydania: 27.03.18
Czytaj e-gazetę