Niedziela, 9 maja 2021

imieniny: Grzegorza, Bożydara, Karoliny

RSS

Manfred i Robert Duda na dachach Raciborszczyzny

15.10.2013 00:00 red

Do Kościoła św. Józefa na Ocicach trafiamy w kolejny deszczowy poranek. Prace ciesielskie trwają tu od wielu tygodni, a że terminy gonią, tempo, w jakim poruszają się pracownicy, wydaje się wręcz zawrotne. Krętymi, wąskimi schodami trafiamy na chór, skąd mamy piękny widok na niespotykane drewniane rusztowanie. Na wyższą kondygnację można się dostać tylko po drabinie. Tę drogę kilkanaście razy dziennie pokonuje Manfred Duda.

– Dzięki tej gimnastyce w wieku 70 lat nie mam problemu z wiązaniem sznurowadeł – mówi ze śmiechem mistrz, który nawet na emeryturze znajduje czas, by własnym doświadczeniem służyć młodszym.

Trzeba coś zepsuć żeby się nauczyć

– Tata był przedwojennym murarzem. Podpatrywałem często jego pracę. Jak stawiał komin to nie potrzebował nawet poziomicy. Budował m.in. studium nauczycielskie – wspomina pan Duda i dodaje, że wszyscy bracia ojca pracowali albo w stolarstwie, albo w budownictwie.

Sam skończył przyzakładową szkołę zawodową, prowadzoną przez Cech Rzemiosł Różnych, w Technikum Budowlanym w Raciborzu. Klasa miała profil meblarski, a praktyki odbywał w Spółdzielni „Stolarz” przy ul. Kościuszki. Tam też znalazł swoją pierwszą pracę. – Nauczyłem się obsługiwać jedyny w okolicy trak i bardzo mi się to podobało, ale jak wróciłem z wojska to maszyny już nie było – mówi ze śmiechem. Kiedy trafił do Zakładu Remontowo–Budowlanego w Rybniku, dostał prawdziwą szkołę życia. – Dużo nauczyłem się od kuzyna mojego ojca, Jana Tomali. To był cieśla, który miał ogromną wiedzę. Robiliśmy wtedy w zakładzie dużo szalunków na zbiorniki wodne, które były potrzebne podczas remontów kopalń w Rybniku, Pszowie i Radlinie – opowiada pan Manfred. Dobrze wspomina też dyrektora technicznego rybnickiego zakładu – Rudolfa Rubina, który do dziś jest konserwatorem wielu obiektów sakralnych.

W 1981 roku założył własną firmę ciesielską. Początki były trudne, bo nie było żadnych podręczników. – Do dziś mam jedną książkę niemiecką, której fragmenty przetłumaczył mi znajomy. Tam jest wiele rozwiązań, z których korzystałem – mówi pan Manfred. Pytam, czy pamięta pierwsze zlecenie, któremu trudno było sprostać, a mój rozmówca bez zastanowienia odpowiada: – Wole oko. To było prawdziwe wyzwanie. Po prostu włosy dęba mi stanęły. Wolego oka, czyli specjalnej konstrukcji okna, umieszczonego w połaci dachu nigdy wcześniej pan Duda nie robił. Trzeba było szczegółowo rozrysować ten detal więźby i nie pomylić się w obliczeniach. – Poszedłem po pomoc do dyrektora technikum Piotra Michalczuka. On mi podpowiedział jak to obliczyć. Teraz korzysta się z odpowiednich programów, ale kiedyś trzeba było wszystko zrobić samodzielnie – wspomina mistrz. Najlepszym nauczycielem okazało się jednak doświadczenie. – Z pierwszych prac nie byłem zadowolony, ale już przy następnych wiedziałem na co muszę zwrócić szczególną uwagę, bo nieraz trzeba coś zepsuć, żeby się nauczyć – podkreśla pan Manfred.

Z ciesielstwem jak z orkiestrą

– Mam trzech wspaniałych synów – mówi o swych dzieciach pan Duda. – Janusz jest nauczycielem, Ryszard skończył rolnictwo i prowadzi sklepy spożywcze, a najmłodszy Robert został tak jak ja cieślą. Zaczynał jeszcze w szkole pomagając mi po lekcjach. Na zachętę dostawał kieszonkowe – dodaje. Od pięciu lat pan Robert prowadzi własną firmę, ale wciąż korzysta z doświadczenia ojca. – Jak byłem młody to ciosałem więźby toporami. Pracowałem jeszcze na tradycyjnych gwoździach kwadratowych i kutych, których teraz już nie ma – opowiada pan Manfred. Dziś zamiast gwoździ w firmie syna stosuje się śruby, a współczesne ciesielstwo wykorzystujące nowoczesne maszyny i narzędzia w niczym nie przypomina tego sprzed kilkudziesięciu lat. Więźby dachowe pan Robert projektuje w programach komputerowych, a na budowę trafiają już gotowe elementy przygotowane na konkretny wymiar w tartaku. Na koniec elementy konstrukcji dachu przenoszone są za pomocą dźwiga. – To jest niesamowite jak bardzo usprawiona jest teraz nasza praca. Operator obsługujący maszynę ciesielską potrafi wyciąć więźbę dachową w dwa dni – podsumowuje pan Duda.

I on i jego syn, oprócz wieloletniego doświadczenia mają gruntowne wykształcenie potwierdzone dyplomami czeladniczymi a następnie mistrzowskimi. – Mam mistrza ciesielskiego, stolarskiego i ogólnobudowlanego. Egzamin ciesielski zdawałem w kościele w Rybniku – Ligocie. Musiałem wykonać wiązary, czyli podstawowy element nośny konstrukcji dachu. Robiłem to przez trzy dni i pomagało mi trzech chłopaków zdających egzamin czeladniczy – wspomina pan Duda. Dziś jego syn Robert zasiada w komisji egzaminującej przyszłych cieśli i przyjmuje uczniów, którzy w tej dziedzinie chcą się kształcić. – Zgłasza się do nas wielu młodych ludzi, którzy w tym zawodzie widzą dla siebie przyszłość. To cieszy, bo widzi pani, z ciesielstwem to jest jak z orkiestrą. Nuty są takie same, nieważne czy się gra w kraju czy za granicą. A skoro jest praca u nas to po co koncertować na wyjeździe? – podsumowuje ze śmiechem pan Manfred i dodaje: Zawsze warto na koniec zaśpiewać „tu jest moje miejsce”.

Jak cieśla pokonał stonkę ziemniaczaną

Rozmawiamy siedząc w ławce na chórze. Widzę, że pracownicy, którym odebrałam majstra zaczynają się niepokoić. Co chwilę przychodzą z jakimś pytaniem lub problemem, który tylko on potrafi rozwiązać. – Młodzi nie mają jeszcze tego doświadczenia. Nieraz to dla żartów ich przećwiczę – mówi pan Duda. Najlepszym testem dla przyszłego cieśli jest udowodnienie mu, że jednym uderzeniem można wbić dwudziestocentymetrowy gwóźdź w belkę, która ma 10 cm grubości. – Cały wic polega na tym, że gwóźdź trzeba odwrócić i uderzyć w niego belką – mówi ze śmiechem mistrz, który już wielu uczniom udowodnił że wszystko się da, tylko trzeba wiedzieć jak.

Doświadczeniem kieruje się również pan Duda wybierając sprawdzonych partnerów. – Na naszym terenie jest dużo firm rodzinnych i pokoleniowych. Współpracujemy z tartakiem Szewieczka w Tworkowie i firmami murarskimi Rostka i Mateńczuka, w ten sposób wzajemnie sobie pomagamy – tłumaczy. Na jego pomoc może też liczyć cała rodzina. – Dla własnych dzieci nie zawsze miałem czas, bo z jednej pracy szedłem do drugiej, dlatego cieszą mnie teraz wnuki, którym poświęcam każdą wolną chwilę –  opowiada mistrz. Dużo ich pan ma? – Tylko ośmioro, ale wszystkie bardzo zdolne, nie ma z nimi żadnego problemu – mówi dumny dziadek i ze wzruszenia łzy cisną się mu do oczu. A za chwilę pyta: – Czy ja jestem jeszcze pani potrzebny? Bo robota nas goni... i sprawnymi ruchami wspina się po drabinie na ostatnią kondygnację budynku.

Spod kościoła na Ocicach jedziemy na ulicę Koszalińską, gdzie na jednym z budynków więźbę dachową stawia ekipa pana Roberta. Brniemy w błocie i  zacinającym deszczu. W otwartym domu trudno znaleźć miejsce, w którym można by się schować, a dla cieśli taka pogoda to chleb powszedni. – Pracujemy od +40 do –5 stopni Celsjusza. Jesteśmy naprawdę wytrzymali i bardziej odporni niż stonka ziemniaczana – mówi ze śmiechem Robert Duda. Podziwiam kondycję poruszających się po belkach pracowników. Pracują w specjalistycznej odzieży, uprzęży i kaskach. – Od tych kasków to się włosy wycierają i człowiek łysieje – żartuje właściciel firmy, po czym całkiem poważnie dodaje, że to wszystko bardzo przeszkadza w pracy, ale takie są przepisy bezpieczeństwa. Pytam go, czy zwłaszcza przy takiej pogodzie nie ma tej pracy dosyć a on, podobnie jak ojciec, odpowiada: – Ja to mam w życiu takie szczęście, że kocham to co robię, a robię tylko to co kocham.

Tekst Katarzyna Gruchot

zdjęcia Jerzy Oślizły

  • Numer: 42 (1118)
  • Data wydania: 15.10.13