Czwartek, 22 kwietnia 2021

imieniny: Leona, Kai, Heliodora

RSS

Smakowało i zwierzętom i ludziom

02.11.2010 00:00 red
Dziś nikogo nie dziwią w sklepach półki z jedzeniem dla kotów i psów. Dietę swojego pupila możemy dowolnie urozmaicać, co ułatwiają nam producenci prześcigający się w wymyślaniu coraz to nowych smaków. Każdy wie, że zwierzęta mają smak a także swoje kulinarne gusta.
Kiedy trzydzieści lat temu Robert Bugla wszedł do gabinetu dyrektora zakładu mięsnego w Raciborzu ze swoim pomysłem, ten pomyślał, że zwariował.  – Ludzie nie mieli mięsa a ja chciałem kucharzyć dla zwierząt.  Wszystko miałem jednak dokładnie przemyślane. Wiedziałem, że się uda – mówi raciborzanin, który jako jedna z pierwszych osób w Polsce zaczął eksperymentować z pokarmem dla psów.
 
Wszystko zaczęło się pod koniec lat 70. Pan Robert był wówczas majstrem uboju w raciborskich zakładach mięsnych. Dziennie zakład przetwarzał mięso nawet z kilkuset zwierząt. – To były ogromne ilości odpadów, w tym wnętrzności. Większość z nich się marnowała. Lekarz weterynarii robił selekcję. Te ze zmianami chorobowymi  trafiały do utylizacji, natomiast zdrowe chętnie zabierali hodowcy zwierząt futerkowych – wspomina mężczyzna. Pan Robert zastanawiał się jak zagospodarować taką ilość mięsa. – Zaczęliśmy to gotować, w różnych proporcjach. To była naprawdę dobra karma, bo na wątróbce. Potem to schładzaliśmy i mieliliśmy.  Zapakowane w hermetyczne woreczki przetworzone mięso można było długo przechowywać  – wspomina pan Robert.
 
Za mało soli
 
Produkcja karmy z raciborskich zakładów szła pełną parą. Miesięcznie sprzedawano blisko dwieście półkilogramowych paczek. Klienci brali każdą ilość jaką byliśmy w stanie wyprodukować. Po pewnym czasie zaczęły pojawiać się reklamacje. – Dochodziły do nas opinie, że karma dla zwierząt jest mało słona. Zbaranieliśmy. Jak kot czy pies może narzekać na swój pokarm? Szybko ustaliliśmy, że głosy niezadowolenia dochodziły z Katowic. Z tego miasta pochodził jeden z naszych odbiorców. W rejonie dworca PKP prowadził swoje stoisko. Jak się okazało, część naszej karmy zamiast do psiej miski trafiała na talerze ludzi. Podejrzewam, że ze względu na niską cenę kupowały to osoby bezdomne. Przychodząc po kolejną porcję sugerowały mocniejsze przyprawianie. To nie było trujące. Śmialiśmy się z tego przez kolejne kilka lat – mówi z uśmiechem pan Robert.
 
Zapach ryby
 
Zachęcony sukcesem raciborzanin zaczął pracować nad pokarmem dla kotów. – Czytałem odpowiednie książki i sam też eksperymentowałem. Szybko zauważyłem, że koty najbardziej reagują  na zapach ryby. Miałem problem, jak nadać naszej karmie taki aromat. Wtedy nie było takiej techniki jak dziś, nie mieliśmy również chemicznych aromatów. Pod Krzyżkowicami było gospodarstwo rybne. Zapytałem, czy nie odstąpią mi trochę rybich głów. To także był dla nich odpad, więc się zgodzili. Z tych głów zrobiłem wywar i nasączałem tym wołowe i wieprzowe resztki. Akurat gotowałem to u mojej siostry. Kiedy skończyłem wylałem resztki wywaru na stertę obornika. Podobno po moim wyjeździe siostra nie potrafiła się opędzić od kotów, które czuły wywar – śmieje się pracownik zakładów mięsnych.
 
Setki zamówień
 
Głównym założeniem emerytowanego już dziś pracownika zakładów mięsnych  było wykorzystywanie cyklu produkcyjnego masarni. Kiedyś wodę z przygotowywania pasztetów po prostu wylewano jako odpad. Bugla zagospodarował nawet ją. – Świetnie się nadawała do naszej produkcji, np. do gotowania kaszy, którą też  w pewnym momencie dodawaliśmy do naszej karmy.  Z czasem zaczęliśmy produkować również przekąski dla psów, które teraz są czymś oczywistym  – mówi pan Robert. Elementy pozornie nie do wykorzystania były wcześniej preparowane. Żylaste tchawice czy penisy wołowe wieszano w parze dodatkowo rozcinając i obciążając. Potem cięto je i suszono. Szybko okazało się, że kolejny pomysł pana Roberta wypalił. – Byliśmy w tamtych okresie chyba jedynym zakładem, który rozwinął tego typu produkcję. Ludzie zrozumieli, że psa nie można karmić ziemniakami z obiadu. Zamówienia na naszą karmę płynęły z całego kraju. My jednak mieliśmy ograniczone moce przerobowe. Najważniejsza była przecież ubojnia a ilość wnętrzności też była ograniczona i uzależniona od liczby zwierząt – tłumaczy.
 
Oceniają zwierzęta
 
Pan Robert z uśmiechem przygląda się półkom w supermarketach, na których dziś stoi kilkadziesiąt różnego rodzaju puszek dla psów i kotów. Z łososiem, kurczakiem, dziczyzną. Z warzywami lub bez. Pan Robert nigdy nie zdecydował się na odejście z zakładu i rozkręcenie interesu na pokarmach dla zwierząt. Jeszcze w latach 80-tych zmienił dział a później firmę, w której pracował. – Czy żałuję? Nie, chyba nie. Moja praca dawała mi satysfakcję a to jest przecież najważniejsze. Moje niezrealizowane pomysły realizują teraz inni. Udało mi się namówić kilka zakładów w kraju na uruchomienie bocznej produkcji dla zwierząt. Jedna z nich działa do dziś, wygrywając z zagranicznymi producentami – ceną no i smakiem  – mówi z uśmiechem pan Robert.
 
(acz)
  • Numer: 44 (963)
  • Data wydania: 02.11.10