Niedziela, 24 czerwca 2018

imieniny: Jana, Danuty, Janiny

RSS

Straszne występki małego miasteczka

27.08.2013 00:00 red

Z kart „Echa Odry” – część 2

Nic tak skutecznie nie przyciąga potencjalnych czytelników jak zbrodnia. Redaktor Krzystek (nota bene z zawodu policmajster) dobrze o tym wiedział i co tydzień serwował pobratymcom kronikę kryminalną z prawdziwego zdarzenia, odpowiednio krwawą i brutalną, doprawioną jednakże specyficznym poczuciem humoru. Zresztą zobaczmy sami: „Obecnie dowiadujemy się, kto właśnie  był mordercą Kolorza w dniu 2 maja b. r. Dnia 12.b.m. zauważył asystent dworca w Wodzisławiu jakiegoś trupa. Przywołano Posterunek Policji, wyciągnięto trupa, w którym rozpoznano rzekomego mordercę Kozielskiego. Jak dochodzenia wykazały, mordercą nie był Kozielski, tylko inni, zaś Kozielski sam został zamordowany przez kolegów (...) Sprawcy, pomimo że Kozielski bronił się, wrzucili go do studni, kopali nogami po głowie i rękach, aż utonął”. Coś ten dworzec PKP był częstym miejscem występku, bo kilka tygodni wcześniej: „Przy czyszczeniu ustępów na dworcu kolejowym w Wodzisławiu wydobyto zwłoki noworodka, znajdujące się już w rozkładzie”, a jeszcze kilka tygodni później: „W środę toczyła się rozprawa sądowa przeciw młodocianym sprawcom Wostalowi i Szczęsnemu. Obaj kradli systematycznie węgiel z dworca kolejowego” Tu redaktor uderza w patetyczno–moralizatorski ton: „Przeznaczono ich do domu poprawczego, gdyż rodzice nie umieją takowych wychować. Jest to przestroga dla innych , zaś dla rodziców wstyd”.

Niechciane dzieci częstymi gośćmi

Wyrodna matka nie została odnaleziona, jednak temat niechcianych dzieci musiał być częsty, bowiem, jak uprzejmie donosi kolejne „Echo”: „Przed izbą karną w Rybniku odpowiadał właściciel ‚Starej Apteki’ Byczek i służąca A. Fedak. Akt oskarżenia zarzucał obwinionym zbrodnię przeciwko kiełkującemu życiu”. Jak możemy przeczytać dalej, aptekarz został przez łaskawy Sąd oczyszczony z zarzutów (służąca dostała pół roku więzienia – czyżby nie miała czym wykupić się od kary? Hmm). Również pół roku więzienia otrzymał niejaki S., który „pchnął nożem D. w skroń i byłby uszkodzony poniósł śmierć, gdyby nie pomoc pierwsza policyjna oraz lekarska”. Ów S. (charakterystyczne w naszym tygodniku jest to, że część „bohaterów” zostaje przedstawiona z nazwiska, a część dostaje tylko inicjały, najwyraźniej czytelnik i tak doskonale orientował się, o kogo chodzi) „liczy dopiero 19 lat i już operuje nożem głowy ludzkie, będzie miał czas rozmyślać przez sześć miesięcy w kinie i ćwiczyć się odwykania dziubania nożem. Piękne wychowanie synalka. Rodzice, lepiej w karbach trzymać swych synalków i ćwiczyć po tyłku. Jaki ojciec taki syn, mówi przysłowie” – moralizuje na zakończenie autor notatki.

Mord na Jodłowniku


Nie lepiej było również w okolicznych wsiach: „Dnia 10 maja b.r. w nocy około północy na drodze z Ruptawca do Ruptawy została zamordowana niejaka 19-letnia dziewczyna Ludwika Dorda rodem z Pielgrzymowic przez znanego Jana Kubla, górnika z Golasowic. Morderca z błahej przyczyny, gdy szła od zabawy ze swoją siostrą, uderzył ją twardem jakimś narzędziem w głowę, tak, że pozostała na miejscu trupem. Sprawca zbiegł. Oprócz ofiary, która nielubiła owego kawalera, zbił swego kolegę Poloka Gustawa z Golasowic, że musiał być odwieziony do szpitala w Wodzisławiu, gdzie walczy ze śmiercią. (...) Jest to drugi wypadek morderstwa wut. okręgu w Jodłowniku, gdzie zamordowano pewnego mężczyznę, zaś sprawca jest po niemieckiej części Śląska, a drugi morderca prawdopodobnie po czeskiej części Śląska. Brak słów, gdzie przykazanie Boże? Obaj mordercy jeszcze młodzi w wieku, jeden katolik, drugi ewangelik.” Co ma religia wyznawana przez przestępców do ich strasznych czynów? Okazuje się że ma, i to sporo, ale o tym trochę później.

Małpa w knajpie

Na szczęście, poza brutalnymi mordami kronika kryminalna „Echa” podaje do publicznej wiadomości również przewinienia znacznie łagodniejsze, a czasem nawet śmieszne. Tak jak sprawa z małpą w Rydułtowach, która to historia dała redaktorowi przy okazji sposobność do wyrażenia swoich poglądów o sąsiadach zza południowej granicy: „Niejaki O., pochodzenia czeskiego, przypomniał sobie ‚asi’, że małpa to typowe krajana ‚vopice’ i sprowadził sobie małpę, ażeby pokazać nowość Rydułtowianom, i to jeszcze do lokalu gospodnio–szynkarskiego. Możeby policja tamtejsza wkroczyła w to i zapytała się p. O., czy można trzymać małpy w publicznym lokalu? A może też p. O. otworzy menażerję, zamiast lokalu dla ludzi. Gdzie higjena? Polacy nie tak głupi, jak sobie p. O. myśli. ‚Vopice’ należy na Morawę.” Kilka miesięcy później inna „lokalowa” małpka również trafiła na szpalty tygodnika: „W restauracji Jendruszki w Mysłowicach ‚benjaminkiem’ bywalców była mała małpeczka, która figlami swemi cieszyła ludzi, topiących robaka i szukających pociechy w kieliszku. Małpa ta wpadła komuś snać w oko i oto z niedzieli na poniedziałek ucieszne stworzonko zniknęło. Amatora małp poszukuje policja. Czego to już ludzie nie kradną!?” – tym retorycznym pytaniem kończy autor swój artykulik. Okazuje się, że (tak jak i dziś) w 1925 roku kradli wszystko! A więc: instrumenty muzyczne („Pewnemu młodemu jegomościowi z wielkiej skruchy nad losem jego zachciało się skrzypiec, aby się trochę rozweselić i skradł takowe Tow. śpiewu z szafy”), mąkę („Z młyna amerykańskiego usiłowali złodzieje skraść 9 worków mąki, które już potrafili złożyć na łące za młynem...”), sadzonki („W Wodzisławiu skradł niejaki Kurz... kilka drzewek owocowych na szkodę Chruszcza i to jeszcze w zimie, za co otrzymał 3 tygodnie więzienia. Kup a nie kradnij!”), pierzyny („Wdowie Szczęsnej skradli znani złodzieje w liczbie siedmiu (!) z zamkniętej szafy pierzyny, bieliznę i przygotowane szaty do śluby, gdyż chciała znowu wyjść za mąż, czyli się wydać. Jeden ze sprawców nazywa się Cnota – piękna cnota.”), a nawet... smalec („Niejaki M. młodzieniec (...) skradł smalec i pomaścił sobie. Nadmienić wypada, że M. już trzy razy pomimo młodego wieku jest za kradzież karany”). Do tego dochodzą, oczywiście, rozliczne zakusy na portfele, portmonetki i sakiewki spokojnych wodzisławian. 

Rodem z filmu

Ale pośród tych „płotek” zdarzają się i grubsze, niemal filmowe historie: „W nocy (...) dokonali nieznani sprawcy niezwykle śmiałej kradzieży z włamaniem do Śląskiego Tow. Aprowizacyjnego > Apros < w Wodzisławiu. Sprawcy przy pomocy specjalnych narzędzi włamali się z piwnicy przez wydobycie cegieł, poczem wyrżnęli podłogę i weszli do biura, gdzie usunęli biurko kasjera obok kasy stojące i zabrali się do kasy. Kasę ogniotrwałą rozbili i zabrali gotówkę około 1050 złotych, poczem umknęli. Szkody żadnej firma nie poniosła (...) jednakowoż w interesie obywateli leży, by wreszcie położyć kres tym kradzieżom – wypadek ten jest czwarty z rzędu w stosunkowo krótkim odstępie czasu i na tym samym końcu ulicy a dotychczas żadna kradzież nie została należycie wyświetloną.” Cóż, niezbyt dobrze to świadczy o redaktorze naczelnym, a zarazem komendancie policji! Zwłaszcza, że sprawcy nie zostali złapani i nie pomogły gromy ciskane przez „Echo”...

Okazuje się, że i piraci drogowi nie są bolączką wyłącznie dzisiejszych czasów: „Niejaki T. podpił sobie i jadąc na wozie bez desek urządził sobie wyścigi, a gdy tenże był > zmęczony < zajął jego miejsce niejaki W., lecz jazda naszego kawalerzysty nie udała się, gdyż będąc pijany, stracił równowagę, spadł z wozu, łamiąc sobie trzy żebra. Furmani, pomału jeździć a pewnie; z wozu nie zrobi się samochodu.” Słuszna uwaga, ale widać nie do wszystkich dotarła, bo kilka tygodni później w Wodzisławiu: „...jeden wóz przejechał aż dwie kobiety w dwu wypadkach. Parobczaki pijani chcieli zbiec, lecz zatrzymała ich policja. Byłoby pożądane, aby i w dzień jak dawniej pełnił posterunkowy służbę na rynku, gdyż przywołanie policjanta trwa trochę za długo. Woźnicy, trochę więcej ostrożności, bo później ciężka kara.”

Eter utrapieniem Czyżowic

Prawdziwym utrapieniem sąsiednich Czyżowic okazał się specyficzny napitek: „Niektórzy mieszkańcy bez eteru nie mogą się obejść, kobiety się nim smarują, chłopi zaś piją go i tak eter stał się jedynym ratunkiem Czyżowian. Jeden z nich już i 3 miesiące kozy otrzymał na próbę, czy potrafi obejść się bez eteru?” Z kolei w Połomii grasuje snajper: „Pewien obywatel (...) rozpoczął dzikie polowanie a to zamiast na dziczyznę, polował na obywateli swej, względnie sąsiedniej gminy. (...) Dziko strzelił do 2 osób, tak, że otrzymały ciężkie poranienia, zaco będzie odpowiadał przed sądem, tem bardziej, że nie miał prawa noszenia, posiadania broni, ani też żadnego prawa polowania w nocy (A jakby miał, to mógłby strzelać do ludzi?! Ciekawe)...” Pojawia się również ekshibicjonista: „Pewien chłop pokazywał to, co nie wolno pewnej osobie i otrzymał za pokazywanie swego interesu podarunek 150 zł w sądzie.”

Nie ma ludzi idealnych, w każdym mieście i w każdej wsi pojawiają się złodzieje, pijacy i rozpustnicy. To nie oni jednak okazali się największym strapieniem redaktorów „Echa Odry”. Tak naprawdę Wodzisławiowi w 1925 roku zagraża inne niebezpieczeństwo, gorsze, niż wszyscy „dobrzy” katolicy i ewangelicy razem wzięci...

Kinga Kłosińska

  • Numer: 35 (668)
  • Data wydania: 27.08.13