Czwartek, 15 kwietnia 2021

imieniny: Anastazji, Wacława, Leonida

RSS

WAŻNE:

Mam marzenie: dożyć komunii mojej Emilki

17.12.2018 00:00 red

Urodziła czworo dzieci, żyła pełnią życia. Przed dwoma laty wykryto u niej raka piersi. Dziś jest inwalidką i boi się, że niedługo umrze. Nadzieją na wydłużenie życia jest trudno dostępny i nierefundowany w Polsce lek afinitor. Miesięczna dawka kosztuje 16 tys. zł. Na tyle można wycenić miesiąc życia Anny Wojciechowskiej, dla której czas to dosłownie pieniądz.

Anna Wojciechowska nie chce się denerwować. Częstuje nas zieloną herbatą. To broń na raka, dla którego gniew jest pożądanym paliwem. Wysoka, atrakcyjna kobieta o blond włosach zachorowała w 2016 roku. Guza wyczuł mąż Andrzej i zdecydował o pilnej wizycie u lekarza. Jest z wykształcenia nauczycielem wf i z zajęć anatomii została mu całkiem bogata wiedza medyczna. Ona nie dopuszczała do siebie złych myśli, ale najgorsze niestety się potwierdziło. To był rak.

Jest rodowitą raciborzanką. Wychowała się na Ostrogu, skończyła tam „jedynkę”, później uczyła się w gastronomiku przy Wileńskiej. W czasach liceum poznała przyszłego męża. Pan Andrzej wciąż rozpływa się w zachwytach nad urodą ówczesnej Ani, w której zakochał się bez pamięci. Jest dla niego najważniejsza w życiu, mówi: będę walczył o nią do samego końca.

Raka piersi pani Anny poddano leczeniu. Wydawało się skuteczne, w szpitalu pani Anna słyszała dobre prognozy. Znów najgorsze przyszło z wydrukami wyników. – Dowiedzieliśmy się w styczniu tego roku. Na kontrolnym badaniu usg, gdy nic nie zapowiadało, że może być źle. 12 zmian na wątrobie. Rak piersi z przerzutami w całym organizmie – opowiadają Wojciechowscy. Wyniki badań zabrzmiały niczym wyrok. Choroba jest nieuleczalna, ale życie chorej można wydłużyć stosując specjalny lek. Specjalny i drogi. Pani Anna sama doszukała się informacji na jego temat i niemal uparła, że spróbuje, bo lekarze podchodzili do tematu sceptycznie. – I tak go pani nie załatwi – usłyszała od specjalisty. Afinitor – specyfik stosowany jest teraz w leczeniu raka w Europie Zachodniej. Miesięczna dawka sporo kosztuje – 16 tys. zł. Oszczędności topnieją, bo walka z rakiem, ciągłe konsultacje, wyjazdy – wszystko pochłania pieniądze. Regularne kupowanie afinitoru to wydatek ponad siły małżeństwa z dwójką małych dzieci. Rezygnacja z leku oznacza jednak rezygnację z życia. To o takich sytuacjach mówi się później, że człowiek zniknął w ciągu paru tygodni.

Pechowy przypadek

Kiedy spotykamy się z Anną Wojciechowską zastajemy ją w dobrej formie. Wiosną przeszła chemioterapię. – Była okrutna – wspomina swoje cierpienia. Niestety okazała się nieskuteczna, bo rak postępował. Jeździli do Warszawy, potem do Niemiec, do specjalistów, profesorów, ale przypadek raciborzanki okazał się wyjątkowy na tę chwilę. – Taki już pani pech. Lekarze mówili nam tak, pytani dlaczego rak nadal się rozprzestrzenia mimo chemioterapii – opowiadają małżonkowie. Eksperci tylko rozkładali ręce. Jeden specjalista wyróżniał się jednak w tym gronie – Jerzy Hanslik raciborski onkolog. – Na niego możemy liczyć w pierwszej kolejności – mówi z wdzięcznością pan Andrzej. Przeszukiwali internet, jeździli do specjalistów i w końcu mają nadzieję, którą można nazwać wprost: afinitor. Ten specyfik Europa Zachodnia refunduje swoim obywatelom. W Polsce takiej pomocy nie ma. 180 tys. chorych kobiet – jeśli chce żyć – musi zdobyć lekarstwo na własną rękę. – Piszemy i dzwonimy do ministerstwa zdrowia, pomógł nam poseł Arkadiusz Mularczyk, którego znamy jeszcze z czasów licealnych, ale ruchów w kierunku refundacji nie ma – mówi pani Anna.

Telefony do ministerstwa

Anna Wojciechowska ma talent do rękodzieła. Pokazuje nam efektowny wieniec adwentowy. Bombki, które wychodzą spod jej rąk wyglądają jak dzieła sztuki. – Żona jest perfekcjonistką. Niestety emocje dusi w sobie, a to sprzyja rozwojowi nowotworów – opowiada mąż. Wspólnie prowadzili znaną przed laty naukę jazdy – „Autokurs”, założoną przez nieżyjącego Piotra Wojciechowskiego. W Raciborzu byli pierwsi i najlepsi. Anna przeżywała sukcesy i porażki swoich kursantów. Pan Andrzej uważa, że za bardzo się angażowała emocjonalnie. – Tato chciał ją zwolnić z tego powodu, bo na dłuższą metę z taką podwładną nie wytrzyma – wspomina. Tej znanej firmy już nie ma. Długo by opowiadać o powodach rezygnacji Wojciechowskich z jej prowadzenia. Pan Andrzej jest dziś kierowcą ciężarówki i opiekuje się żoną. Ona dostaje skromną rentę. – Rok leczenia afinitorem to wydatek rzędu 160 tys. zł. Nie mamy i nie będziemy mieli takich pieniędzy – kręci głową nasza rozmówczyni. Tli się jeszcze mały płomień nadziei, nazwijmy ją „administracyjną”. Po wniosku złożonym w ministerstwie istnieje szansa na indywidualną refundację trzech opakowań drogiego leku. Aktualnie odbywa się tam weryfikacja merytoryczna dla takiego postępowania. Pani Anna przynajmniej raz w tygodniu dzwoni z pytaniem o decyzję w jej sprawie. Jeszcze nic nie wiadomo.

Pomogły koleżanki

Ważnym wydarzeniem sportowym w Raciborzu był niedawny Bieg dla Anny Wojciechowskiej, w którym startowe przeznaczono na finansową pomoc dla niej. Ludzie pobiegli by pomóc, frekwencja była imponująca. – Większości uczestników biegu nie znałam. Pobiegły koleżanki, był doktor Hanslik. To mnie zbudowało i dało nadzieję, że wszystko jest możliwe, skoro nieznajomi w tak licznym gronie okazali mi taką życzliwość – mówi dziś bohaterka wydarzenia. To jej kursantki zorganizowały bieg charytatywny. – Siedziałem kiedyś z koleżankami i beczałam, że pewnie niedługo umrę. One mnie pocieszały, że urządzą zbiórkę, że pieniądze na leczenie się znajdą i rzeczywiście się udało – wspomina A. Wojciechowska. Cieszy się, że coś się ruszyło, bo nie wierzyła w tak szeroki odzew. Mąż Andrzej też podkreśla, że odezwali się liczni znajomi, np. z PWSZ, gdzie kiedyś studiowali małżonkowie, jeszcze w czasach Studium Nauczycielskiego. – Z taką liczbą ludzi gotowych pomóc Ani wierzymy, że wszystko się uda – opowiada z nadzieją w głosie. Pani Annie pomaga Fundacja Kawałek Nieba. Na słynnym portalu siepomaga w internecie trwa zbiórka na jej leczenie. Każdego dnia dokonywane są wpłaty.

Przez lata uczyła raciborzan jeździć samochodami. Była też kierowcą autobusu w PKS, gdzie woziła pasażerów do Wisły czy Gliwic, ale zapewniała też transport niepełnosprawnym dzieciom. Pani Anna ma dziś czworo własnych pociech – dwoje dorosłych i dwoje małych (11 i 5 lat). Niedawno została babcią. Dodajmy: młodą babcią bo skończyła dopiero 46 lat. Szykuje się do rodzinnych świąt Bożego Narodzenia – na wigilii w Raciborzu będzie ponad 30 osób. W drugi dzień świąt odbędą się chrzciny wnuczka Franciszka. Jak nasza rozmówczyni potrafi nie myśleć w tym czasie o zdaje się nieuchronnym? – Trochę pomaga, że na razie specjalnie mnie nic nie boli. Jest tylko uciążliwa wysypka towarzysząca zażywaniu afinitoru. Gdyby nie wyniki badań, które wciąż są złe i gorsze to można byłoby się nie przejmować w ogóle. W lutym zrobimy tomograf i dowiemy się czy lek zadziałał – mówi. Anna Wojciechowska, aktualnie mieszkanka Bojanowa, żyje codziennością, radościami i smutkami swoich dzieci i miłością do kochającego męża. – W domu mam tyle zajęć, że brakuje mi czasu na zamartwianie się. Ja nie chcę się „nakręcać”, nie mogę pozwolić żeby choroba mną zawładnęła – mówi nam na koniec.

(ma.w)

  • Numer: 51/52 (1383/1384)
  • Data wydania: 17.12.18
Czytaj e-gazetę