Wtorek, 18 maja 2021

imieniny: Eryka, Aleksandry, Feliksa

RSS

Dzieci bez dzieciństwa

07.02.2006 00:00
Dopiero śmierć 9-miesięcznego Marianka skłoniła sąd do odebrania szóstki jego rodzeństwa rodzicom alkoholikom. Wcześniej zmarli jego dwaj bracia, 3-miesięczny Gabryś i 2-miesięczny Daniel.
Głodno i chłodno        
 
Pozostała szóstka dzieci: 16-letni Janek, 14-letnia Ula, 12-letni Marcin, 11-letnia Agnieszka, 7-letnia Michaela i 5-letni Kamil trafiła do ośrodka opiekuńczego, prowadzonego przez zakonnice. Powód? Rodzice alkoholicy nie byli w stanie się nimi zająć. Te dzieci przedtem nie znały innego życia. Teraz ze zdziwieniem odkrywają, że jak są chore, to mogą leżeć w łóżku – mówi Tatiana Ciuraj, szkolny pedagog. Próbuje im pomóc. W ubiegłym roku kilkakrotnie alarmowała sąd o fatalnej sytuacji, domagając się jak najszybszego odebrania dzieci rodzicom. Jest przekonana, że dla rodzeństwa to najlepsze rozwiązanie.  
 
Rodzina mieszkała w Zabełkowie, w starym, zaniedbanym domu, bez łazienki, z ubikacją na podwórku. Często nie było nawet prądu. Dzieci żyły w warunkach urągających ludzkiej godności, w brudzie, smrodzie i zimnie. Były niedożywione, maltretowane. Rodzice zjadali im obiady, które dostawały z Caritasu – opowiada pedagog.
 
Pomoc            
 
Mieszkańcy pomagali dzieciom, choć widzieli, że to, co im dawali, wpadało w ręce rodziców.  Czego nie przepili, to zniszczyli. Ludzie im meble przywozili a ojciec je rąbał i w piecu nimi palił – narzekają sąsiedzi. Nie chcą podać nazwisk. Obawiają się zemsty ojca. Jest agresywny, sadystyczny – potwierdza pedagog. Sąsiedzi niejednokrotnie wzywali policję do domowych awantur.
 
Pomagała szkoła – nauczyciele, inni uczniowie i ich rodzice. Rodziną od lat zajmował się Ośrodek Pomocy Społecznej. Pieniędzy do ręki nie dostawali, tylko konkrety – opłaty za gaz, prąd, węgiel, jedzenie. Sąsiedzi przyznają, że gmina starała się jak najlepiej, łącznie ze znalezieniem ojcu pracy. Jednak także i ta pomoc była marnotrawiona. To nie jest  kwestia biedy, lecz alkoholu i lenistwa. Nie było żadnej woli współpracy – twierdzi Tatiana Ciuraj. Pracowite są za to dzieci. Chłopcy pomagali okolicznym rolnikom, najstarsza dziewczynka dorabiała roznoszeniem plakatów. „Matkowała” też najmłodszym dzieciom.
#nowastrona#
Chcą odzyskać dzieci
 
Wreszcie mają opiekę, cieplutko, wyśpią się, zjedzą – ekspedientka ze sklepu również uważa, że lepiej im jest w ośrodku niż w domu.
 
W domu miały dobrze. Dostawały to co chciały, nic im nie brakowało -  przekonuje tymczasem ojciec. Dom zaś to połączone ze sobą trzy izby. W kącie środkowej z nich stoi niewielki piecyk. W futrynach koce zamiast drzwi. Popękane szyby w oknach. Mały stolik, jedno łóżko, rozkopana pościel, dwa regały z szafkami. Meble stare i zniszczone. Żadnych zabawek, czegokolwiek, co by wskazywało, że jeszcze niedawno mieszkało tu tyle dzieci. Na przeciągniętych pod sufitem sznurkach wisi pranie - tylko ubrania rodziców. Choć pali się w piecu, w pomieszczeniu jest zimno.
 
Rodzice chcą odzyskać dzieci. Najpierw pójdą na odwyk, potem przynajmniej jedno z nich znajdzie pracę. Tylko przeklinania nikt mnie nie oduczy, ale w życiu dziecka nie uderzyłem. Z mamuśką się czasem poszarpałem, ale tak żeby wyleciała do szpitala to nie – przekonuje ojciec. Nie ukrywał, że sąd uznał go winnym znęcania się nad rodziną i ukarał prawomocnym wyrokiem. Obecnie w raciborskiej prokuraturze toczy się kolejne postępowanie. Jeszcze w tym tygodniu ojcu mają zostać postawione zarzuty a sprawa trafi do sądu.
 
Nieraz zachlałem ryja, ale do domu zawsze trafiałem. Zdarzało się, ale nie często – zarzeka się. Żona też piła. Do lustra przecież pić nie umiem – mówi ojciec. Zapewnia, że od śmierci dziecka nie tknął alkoholu. Sąsiedzi twierdzą co innego. Szukali na nas „bata”. Gdyby to dziecko żyło, byłoby spokojnie – twierdzi, śmierć Marianka traktując jako „pretekst” do zabrania im dzieci.  Na co zmarł ich syn nie wiedzą. Ojciec przypuszcza, że w nocy się zakrztusił.
 
Matka przyznaje, że alkohol był dla nich ucieczką od codzienności. Od 16 lat patrzę na śmierć w rodzinie. Matka, bracia, babcia, dzieci. Do tego brak pracy. Człowiek ma tego dość. Myśleliśmy, że alkohol uspokoi, teraz wiem, że to największa głupota – mówi. Rozmawiała już z terapeutą od uzależnień. Dzieci odwiedziła dwa razy. Nie chcą z nią rozmawiać. Ulka powiedziała tylko, że ma do nas żal i się rozpłakała – wspomina kobieta.
#nowastrona#
Nie chcieli ich rozdzielać
 
Żal mają też sąsiedzi i pedagog. Do sądu, że tak długo zwlekał, nim odebrał rodzicom dzieci, skazując je na życie w ciągłym strachu i biedzie. W 2002 r. sąd ustanowił nad nimi kuratora. Rzecznik Sądu Okręgowego w Gliwicach, do którego zostaliśmy odesłani, przyznaje, że impulsem do zabrania dzieci była śmierć Marianka. Jednak zapewnia, że trzeba było wziąć pod uwagę także inne przesłanki. Najpierw robi się wszystko, by rodzinę uratować. Efekty działań kuratora nie pojawiają się z dnia na dzień. Wcześniej nie było przesłanek do natychmiastowego odebrania dzieci. Robi się to w ostateczności – tłumaczy rzecznik sądu Tomasz Pawlik. Przyznaje, że śmierć aż trójki dzieci może rodzić podejrzenia, jednak z przeprowadzonych sekcji zwłok wynika, że były to zgony z przyczyn naturalnych. W Prokuraturze Rejonowej w Raciborzu dowiedzieliśmy się, że przyczyną śmierci Marianka była choroba serca. 
 
W marcu 2005 r. sąd wszczął postępowanie w kierunku umieszczenia dzieci poza ich rodzinnym domem. W kwietniu zwrócił się do nas czy mamy kandydatów na rodzinę zastępczą dla tak licznego rodzeństwa. Wtedy było ich siedmioro. Udało nam się znaleźć jedynie rodzinę, która była w stanie przyjąć czworo najmłodszych. Sąd najwidoczniej kierował się zasadą nierozdzielania rodzeństwa – mówi Henryk Hildebrand, dyrektor Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Raciborzu. Po jakimś czasie rodzina zastępcza się wycofała. O tym, że nie udało się znaleźć kolejnej, PCPR powiadomiło sąd pod koniec grudnia. Problem w tym, że nie ma takich rodzin, które byłyby gotowe przyjąć siedmioro dzieci – przyznaje dyrektor PCPR.
 
Szanse na normalność
 
Dzieci są zamknięte w sobie, ale nie sprawiają problemów. Musiały martwić się o to, jak przeżyć kolejny dzień. Są bardzo mądre i obowiązkowe. Jak zawoziliśmy je do ośrodka, to Janek poprosił, żebyśmy podjechali do jednego gospodarza, bo chciał mu powiedzieć, że nie przyjdzie do niego do pracy, bo musi wyjechać – opowiada Tatiana Ciuraj.
 
W ośrodku rodzeństwo umie-szczone jest tymczasowo. Powołani przez sąd biegli ocenią, czy rodzina ma szansę na dalsze funkcjonowanie. Gdyby stało się inaczej, dzieci zostaną rodzicom odebrane. Najgorsze, co mogłoby je wtedy spotkać, to rozdzielenie. Od zawsze mieli tylko siebie.
 
Aleksandra Dik
  • Numer: 6 (721)
  • Data wydania: 07.02.06