Niedziela, 20 stycznia 2019

imieniny: Fabiana, Sebastiana, Dobroniegi

RSS

Prom w Ciechowicach: 45 metrów szczęścia Józka Komora [REPORTAŻ]

16.05.2014 14:16 | 1 komentarz | OQL, OK

Pana Józka poznał każdy kto choć raz przeprawiał się przez Odrę z Ciechowic do Grzegorzowic lub na odwrót. Na promie spędził prawie 50 lat swego życia, bo choć był synem rolników, rodzicom pomagał z obowiązku, a wujkowi na rzece z potrzeby serca.

Prom w Ciechowicach: 45 metrów szczęścia Józka Komora [REPORTAŻ]
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Jeszcze nikogo na brzegu nie zostawiłem

Zaraz po wojnie przez rzekę przeprawiał ludzi Franciszek Komor. – Wujek pierwszy prom sprowadził spod Koźla. Mieszkał w Ciechowicach, niedaleko starego mostu, który Niemcy wysadzili w 1945 roku. Wcześniej z rzeką nie miał nic wspólnego, ten prom to była konieczność. Ludzie po obu stronach mieli pola, dojeżdżali do pracy, trzeba im było jakoś pomóc  – tłumaczy pan Józef. Mieszkańcy pamiętają też, że zanim ruszył prom, na drugą stronę, oczywiście za opłatą, można się było dostać łódką. Pracę u wujka zaczął jeszcze jako dziecko. – Jak tylko byłem w stanie utrzymać wiosło – mówi ze śmiechem. Jego rodzice mieszkali w Ciechowicach, a po drugiej stronie rzeki mieli pole. – Trzeba było krowy na łąki promem przewozić. Zaraz po wojnie to nikt nie miał ciągnika. Końmi się pracowało i zwoziło wszystko z pola – dodaje. Pan Franciszek zajmował się przeprawą promową ponad trzydzieści lat. W 1981 roku, po wypadku na ciągniku musiał zrezygnować z pracy i na kolejnych 9 lat przeprawę zawieszono, a ludzie, żeby dostać się na drugą stronę rzeki, musieli pokonywać prawie 60 kilometrów w obie strony. – Stary prom zlikwidowano, bo nie nadawał się już do użytku. W 1990 roku przyjechali do mnie z Zarządu Dróg Wojewódzkich z propozycją pracy. Mnie tu wszyscy znają i pamiętali, że pomagałem wujkowi, to wiedzieli do kogo przyjść – tłumaczy pan Józek, który musiał jeszcze zdać oficjalny egzamin, przeprowadzony na promie przez komisję z Urzędu Żeglugi Śródlądowej. – Dostałem książkę i musiałem się trochę pouczyć, bo pytania też zadawali, ale jak już wszedłem na prom to strachu nie było, bo jak się od dziecka przy rzece chowało to człowiek już wszystko poznał – opowiada przewoźnik. Tak jak pan Józef towarzyszył od małego swojemu wujowi, tak i jego syn Krzysztof całe swoje dzieciństwo spędził na promie. Dziś, dzięki ukończonym kursom, ma uprawnienia do prowadzenia przeprawy promowej, choć ojciec wątpi, by chciał się tym kiedyś zajmować. – To jest naprawdę ciężka praca. Deszcz, mróz, skwar, a człowiek w każdych warunkach musi być w pogotowiu, bo ludzie na mnie liczą. Od 23 lat jak sam prowadzę przeprawę nigdy nie byłem na chorobowym, no i jeszcze nikogo na brzegu nie zostawiłem – podsumowuje. Oprócz syna, pan Józek ma sześć córek, które w kolejności wymienia jednym tchem: Asia, Ilona, Daniela, Justyna, Adriana, Sandra. Gdy dodamy do tego sześcioro wnucząt i całą rodzinę wsadzimy na prom to będzie ich dokładnie tyle, ile może on przewozić.

Pan Józek to nasz bohater

Praca na promie wymaga nie tylko żelaznego zdrowia, ale i niezłej kondycji, bo mimo że do pokonania jest tylko 45 metrów, sterować trzeba ręcznie. – Korba do podnoszenia najazdu to lekko nie idzie, potem jeszcze trzeba ustawić odpowiedni kąt kołowrotem, czyli windą, jak się u nas mówi – tłumaczy pan Komor, a samochodów wciąż przybywa. Największy ruch jest latem w niedzielne popołudnia. – Ludzie przyjeżdżają na rowerach i motorowerach. Szukają ciekawych dróg, jadą na Cisek, albo Bierawę. Teraz jest dużo ścieżek rowerowych to jest gdzie pojechać na wycieczkę – mówi pan Józek. Rolników jest już coraz mniej bo pozamieniali się polami.

Piotr Kolodziej mieszka w Łubowicach, a z promu korzysta codziennie, głównie w godzinach szczytu, dojeżdżając do pracy do Raciborza lub do rodziców. – Można ominąć w ten sposób korki, ale przydałby się most, bo w kluczowych godzinach, od 9.30 do 13.30 prom ma przerwę. Poza tym wieczorem też już się nie można wydostać bo kursuje tylko do 17.00. Z drugiej strony ten prom to niewątpliwa atrakcja, a jak się już na niego trafi to przy okazji pan Józek opowie ciekawe historie bo z niego jest nie tylko dobry przewoźnik ale i przewodnik – podsumowuje.

Gdy dobijamy do brzegu, podziwiam z jaką pewnością wjeżdża na prom pierwsza kobieta. – Ostatnio jeżdżę tędy codziennie, ale promu na most bym nie zamieniła. Mieszkamy blisko drogi, więc gdyby ruszył tędy ten cały ruch z ciężarówkami i tirami to o spokoju moglibyśmy tylko pomarzyć – mówi Maryla Mierzejewska-Zapotoczna, która kiedyś pracowała w raciborskim urzędzie miasta, potem w starostwie, a od 1997 roku prowadzi własną firmę. – Ja to mam pecha do mediów, już drugi raz mnie tu namierzyli – tłumaczy swoją niechęć do zdjęć. – Mariolka, no daj sobie zrobić fotkę – namawia pan Józek i pani Mariola w końcu się zgadza, bo jak tu odmówić panu Komorowi?

Dla Gerarda Ficonia most byłby najlepszym rozwiązaniem. Mieszka w Sławikowie, ma firmę budowlaną, więc jego samochody jeżdżą tu kilka razy dziennie. – Pracujemy w Nędzy, Kuźni Raciborskiej, Dziergowicach i gdybym musiał po materiał jechać na Racibórz to nadrobiłbym przynajmniej 30 kilometrów, a tu mam 5 minut. Gdyby tak ktoś mądry policzył ile kosztuje utrzymanie promu i pomnożył to przez dwadzieścia lat, to już dawno most mógłby z tego stanąć. A teraz to zawsze trzeba śledzić czy woda nie za nisko, czy nie za wysoko, a ja muszę pracować codziennie – mówi pan Gerard.

Stary, drewniany prom Franciszka Komora pamięta jeszcze Krystian Tomala. – Kiedy mieszkałem w Zawadzie, jeździłem tędy częściej, ale odkąd przeniosłem się do Kuźni Raciborskiej to rzadziej korzystam z przeprawy. Od czasu remontu drogi jestem tu pierwszy raz. Pamiętam jaki był kiedyś problem z najazdem na prom. Nie dość, że płyty były dziurawe, to jeszcze było tak stromo, że samochód z niskim zawieszeniem nie miał szans. Pan Józek musiał deski podkładać, a teraz to nawet światła są – chwali inwestycję pan Krystian, a Jan Zaremba proponuje, żebyśmy już nie przepytywali podróżujących, tylko skupili się na panu Józku. – To jest prawdziwy bohater. On się tu narobi jak wół, o nim napiszcie, tylko dobrze! – przestrzega.

Wszystkie drogi prowadzą do promu

Pan Józek uwija się jak może, a na prom wjeżdżają kolejne samochody. – Osobowe mogą wjechać trzy, jak ciągnik to z jedną przyczepą a jak ciężarówka to do 10 ton. Ludzi mogę zabrać do dwudziestu. Zmieściłoby się więcej, ale przepisy nie pozwalają – tłumaczy przewoźnik.  A przyjeżdżają tu wycieczki szkolne, turyści i goście zagraniczni. – Miałem tu i posła, i wojewodę, i Jerzego Buzka. Byli Niemcy, Czesi, Turcy, Litwini, Francuzi, Austriacy, a Szwajcar, który wybierał się nad morze, przypłynął do nas kajakiem. Młode pary robią sobie na promie ślubne zdjęcia, a misjonarz przywiózł kiedyś całą wycieczkę z Brazylii. Zaglądali wszędzie i szukali gdzie jest ten motor, który wprawia prom w ruch – mówi ze śmiechem pan Józek. Jeszcze pięć lat temu, gdy nawigacje nie były tak popularne jak teraz, codziennie pod prom podjeżdżało około pięciu tirów. – Dojechał do nas nawet kierowca z Rosji, bo GPS pokazał mu tędy najkrótszą trasę do Krapkowic, a wie pani jak trudno jest takim tirem nakręcić? To się spocił i kierowca i ja przy okazji – mówi przewoźnik i jako przykład podaje sytuację sprzed pół roku: – W grudniu niedaleko Dziergowic  kierowca ciężarówki z meblami tak się rozpędził, że wjechał wprost do rzeki. Całe szczęście, że woda była mała, bo by go z tym samochodem porwało. Odkąd mamy zabezpieczenie w postaci świateł to jest dla kierowców bezpieczniej – podsumowuje pan Józek i pokazuje nam pilota, którym włącza i wyłącza sygnalizację. Gdy tylko gaśnie czerwone światło kierowcy wjeżdżają na prom. – To ty jeszcze tu jesteś Józek? A ja myślałem, że już na emeryturze – woła jeden z nich. Inny pyta o pogodę. U ciebie Józek padało? Bo w Turzu była ulewa... A pan Józek z każdym się przywita, z każdym porozmawia i już z daleka wszystkich poznaje, bo jak mówi, osiemdziesiąt procent korzystających z promu to mieszkańcy pobliskich wsi.

Towarzyszymy panu Komorowi po południowej przerwie. Największy ruch robi się jednak przed piątą. – Ja bym mógł dłużej pływać, zwłaszcza latem, bo szkoda tak szybko przeprawę zamykać, ale tak mi ustalili godziny pracy i nic na to nie poradzę – tłumaczy i bacznie przygląda się chmurom. Od samego rana zanosi się na deszcz a to dla promu nie wróży nic dobrego. Jak porządnie popada i poziom wody się podniesie to znowu będzie przerwa – tłumaczy pan Józek i wraca wspomnieniami do powodzi z 1997 roku. – Wiele godzin spędziłem nad rzeką, żeby właściwie zabezpieczyć prom. Trzeba go było obrócić, potrzebowałem dodatkowych lin i kotwic, ale udało się – mówi pan Komor i pokazuje nam na słupie poziom wody, która podniosła się do 11 metrów. – A skąd pan wie, że poziom wody jest już na tyle wysoki, że prom nie może pływać? Pan Józek patrzy na mnie zdziwiony i odpowiada: – Po prostu widzę. Jak się tyle lat na wodę patrzy to się wie – kwituje. – A  odpoczywa pan czasem od tej rzeki? Ma pan jakieś wakacje? – Mam. Jak na rzece jest kra, jest burza, silny wiatr, niski poziom wody, albo za wysoki, to wtedy się nie pływa, ale rano i wieczorem to i tak muszę zajrzeć, zwłaszcza jak poziom wody rośnie – mówi pan Józek, który w ciągu wszystkich lat pracy dwa razy zostawił prom. Raz pojechał odwiedzić córkę w Niemczech, a raz syna w Danii. – Morze pierwszy raz zobaczyłem, ale to było w styczniu, to się nie wykąpałem. Cały czas sprawdzałem w telefonie, czy czasem do mnie nie dzwonią, a ci co zostali w domu to codziennie musieli pilnować promu – opowiada pan Józek i podsumowuje: Nigdzie się tak dobrze nie czuję jak u siebie na rzece. Tu jest najlepiej, to po co wyjeżdżać?

tekst Katarzyna Gruchot
zdjęcia Paweł Okulowski