Piątek, 3 lipca 2020

imieniny: Anatola, Jacka, Ottona

RSS

List do redakcji: Mam na imię Anna. Jestem 30-letnią, trzeźwą alkoholiczką

09.12.2019 19:00 | 3 komentarze | red.

Niezależnie od tego, jak mocno wysilam swoją pamięć, pobudzam szare komórki, nie jestem w stanie określić momentu, w którym picie towarzyskie zaczęło mieszać się z piciem samotnym, ryzykownym. Od najmłodszych lat miałam kontakt z psychologiem, siedemnastka to już była pierwsza wizyta u psychiatry. Diagnoza: depresja lękowa, nerwica, zaburzenia osobowości. Na przestrzeni lat lekarze zmieniali się, zmieniały się leki, ale do pewnego momentu udawało mi się nie sięgnąć po najtańszy „lek”, dostępny w każdym spożywczaku. Owszem, spożywałam alkohol, ale z ludźmi, dla zabawy, dla rauszu, dla odwagi. Dla tych tysiąca powodów picia na imprezach i spotkaniach. Wracałam do domu, kładłam się spać, poranek był katorgą, „więcej nie piję” itd. Aż do kolejnego weekendu.

List do redakcji: Mam na imię Anna. Jestem 30-letnią, trzeźwą alkoholiczką
zdjęcie poglądowe
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Picie towarzyskie zaczęło się pod koniec liceum. Wtedy małe dawki alkoholu dawały pożądany efekt i równie potężnego kaca nazajutrz. Kto nie zna tego picia „parkowego”, w zagajnikach, na koncertach, w mieszkaniach tych, co akurat mają „wolną chatę”. W Raciborzu nie było zbyt wiele knajp, pubów, czy klubów (to się zresztą nie zmieniło do tej pory), w których mogliśmy spędzić czas, ale jak już do nich trafialiśmy, to nikt nie pytał o wiek. Zarobek miał się zgadzać. Zresztą, połowa z nas już dysponowała świeżutkim dowodem osobistym. Jestem z końca roku, drażniło mnie to oczywiście.

Wtedy, w ferworze zabawy, zauroczeń, matury, słowo „alkoholik”, miało dla mnie wyłącznie negatywne znaczenie. To ktoś leżący na ławce, w brudnych ciuchach, umorusany własnymi ekskrementami. Właściwie Obywatel Nikt. W najśmielszych snach nie podejrzewałam, że niecałą dekadę później będę przedstawiać się na mitingach AA – „Ania, alkoholiczka”.

Wyjazd na studia nie stanowił automatycznego zapalnika. Owszem, pochłonęły mnie światła i obietnice wielkiego miasta, ale jeszcze potrafiłam postawić granicę, nawet gdy niemal nieprzytomna z upicia starałam się odczytać rozkład jazdy autobusu nocnego. To jeszcze nie było to. To było preludium. Powody finansowe zmusiły mnie do podjęcia pracy. Patrząc z obecnej perspektywy widzę, że wyjątkowym wysiłkiem dałoby się połączyć dzienne studiowanie z pracą zarobkową, żeby nie myśleć o zaocznym trybie pobierania nauk od Wieszczów Polskich. Dokonałam wyboru. Studia zeszły na dalszy plan, stałam się w ¼ miernym studentem, w ¾ średnio wartościowym pracownikiem. Wiadomo, rynek pracy nie miał wiele do zaoferowania studentce trzeciego roku, w dodatku z kierunku Adasia Miauczyńskiego. Zatem przewijały się call center, „obsługa klienta” polegająca mniej więcej na tym samym, co wspomniane call center. Nawet moja ostatnia posada w Wielkim Mieście skończyła się na wydzwanianiu do ludzi i instytucji. Nienawidziłam tego.

Wcześniej wspomniałam, że nie potrafię określić momentu rozpoczęcia picia tzw. szkodliwego. W zasadzie to chyba było to. Praca, do której wstaję ze łzami w oczach, myśli o zawalaniu studiów, porównywanie się z rówieśnikami, brak satysfakcjonującego związku. Moja słaba konstrukcja psychiczna zaczęła szukać wentylu bezpieczeństwa, poczucia ulgi po ciężkim dniu i radzeniu sobie z myślami o kolejnym. Ten wentyl już znałam, ale stosowany w celach rozrywkowych i wyłącznie weekendowo. I już. Maść na zamówienie w aptece gotowa. Zaczęło się od popijania piw po pracy, początkowo w ilości 2 – 3. Tyle wystarczyło na kilka miesięcy. Potrzebowałam więcej. Doszło wino. Oczywiście nie najwyższych lotów, ale mieszczące się w świadomości społecznej jako „wino ze średniej półki”. Wynajmowałam już wtedy pokój jednoosobowy, nie musiałam dzielić go z przyjaciółką, mogłam pozwolić sobie na więcej. I pozwalałam. Do czasu – nieustanne telefony, że jednak dzisiaj nie będzie mnie w pracy, źle się czuję, mam coś do załatwienia na uczelni etc. w końcu zebrały żniwo. Zostałam bez posady, studia w strzępach, do tego zmarła babcia, z którą byłam niezwykle zżyta. Był 2014 rok. Pora pakować walizki, jechać na dworzec i mówić mojemu Wielkiemu Miastu „do zobaczenia za kilka tygodni, tylko się podniosę, odetchnę, podreperuję”.

Tak minęło prawie sześć lat od kiedy mieszkam w rodzinnym domu. Z mamą. Ojciec żyje osobno. I od tych sześciu lat mój problem alkoholowy eskalował do granic możliwości. Pracowałam w kilku miejscach, ale żadne nie odpowiadało moim oczekiwaniom finansowym, ani psychicznemu spokojowi. A tego spokoju potrzebowałam najbardziej. Pogłębienie depresji, stanów lękowych, kolejne leki, kolejni lekarze (tutaj trochę przesadzam, bo w moim rodzinnym mieście nie ma ich tak wielu, ale chyba udało mi się wszystkich przerobić). Dłuższe okresy bezrobocia, ale nie niepicia. Zawsze udawało mi się zdobyć pieniądze od rodziny, która wówczas mało co podejrzewała.

Zaczęły mieć miejsce „incydenty”, jak je nazywałam. A to mama znalazła mnie śpiącą w nocy na krześle w kuchni, a to znalazła puszki z opróżnioną butelką wina, w gorszym wariancie leżałam bez życia i demakijażu na podłodze swojego pokoju. Traciłam kontrolę, alkohol wygrywał. Ciągle się łudziłam, że nikt nic nie wie, wyrzucałam puszki i butelki zaraz na drugi dzień, dbałam o higienę, pełny makijaż. W końcu ta bańka iluzji, którą wokół siebie budowałam – pękła. Mama zaczęła robić wyrzuty, dzwonić do ojca, z którym jednak była skłócona. Niewiele czasu później dowiedziała się rodzina mamy, ciocie, wujkowie. Byłam już alkoholikiem pełną gębą.

Ośrodek w Gorzycach, detoks w Branicach – to moje tegoroczne „dokonania”. Powinnam opisać, jakie alkohole spożywałam w ostatnim czasie, kiedy już nie liczyło się nic, tylko procent. Jak płakałam po wyjściu ze sklepu, jak piłam ten szajs, tylko dlatego, że dawał mi to, czego nie były w stanie dać mi leki (które biorę) najnowszej generacji, za niemałą kwotę. Napiszę tylko na swoje wątpliwe usprawiedliwienie, że nigdy nie tknęłam alkoholi niekonsumpcyjnych. To jednak marne pocieszenie. Bo piłam najtańszą wódkę z sieciówki prosto z butelki i „winne napoje”. Nie dlatego, że jestem biedna. Rodzina stanęła na wysokości zadania, odcięła mnie od środków finansowych, bo wiedziała, na co je wydam. Mam zapewniony komfort życia, dopóki nie zaglądam do kieliszka i dopóki nie znajdę porządnej pracy.

Obecnie leczę się w Pradni Terapii Uzależnień przy Klasztornej w Raciborzu. Spotkałam tam wspaniałą terapeutkę i psychiatrę i drżę na samą myśl, że tak świetnie funkcjonujący organ może przestać istnieć z braku finansowania. Zatem kończąc mój list, moją historię, proszę jednocześnie regionalne władze o przemyślenie problemu, jakim jest alkoholizm w polskim społeczeństwie i jak ważne są miejsca, takie jak przy ulicy Klasztornej.