Sobota, 29 lutego 2020

imieniny: Romana, Oswalda, Cyryla

RSS

Sprawdź jak pracował rybnicki sąd w 1934 roku

14.05.2013 00:00 red

Pół roku więzienia za kradzież roweru.

Miał Rybnik przedwojenny wielce zasłużonego kapłana ks.dr Stefana Siwca. Miał niestety także osoby noszące to nazwisko, które nie zapisały się w historii miasta złotymi zgłoskami. Jak wszędzie, tak i w Rybniku wiele było afer, oszustw, kradzieży, napadów itd. Jedne większe, większość drobnych. Miejscowy sąd nie narzekał na brak spraw karnych, także kat znajdował w Rybniku zatrudnienie. Z rozmów ze starymi rybniczanami zdecydowanie wybijała się jednak ta sprawa – sprawa zorganizowanej grupy przestępczej, bo tak by ją określiły dzisiejsze media. Bogata „działalność” Siwców – bowiem o nich mowa – przewija się przez całe niemal lata 30-te ub.w. Dodajmy jeszcze, iż szczególnie pierwsza połowa tych lat obfitowała w przestępczość, bo zwłaszcza ubogim dawał się we znaki wielki kryzys gospodarczy, przy którym dzisiejszy, ciągnący się już przecież znacznie dłużej nie wydaje się taki straszny.

Pierwszy proces

Wiosną 1934 z rybnickiego Sadu Grodzkiego został na emeryturę odesłany naczelnik Jamrozik piastujący to stanowisko w Rybniku od trzech lat. Został notariuszem w Tarnowskich Górach. Mniej więcej w tym samym czasie rozpoczął się proces Ferdynanda Siwca, który prasa zapowiadała już w lutym. Nb. człowiek o tym samym nazwisku i imieniu, z tego samego miejsca zamieszkania – jak podaje Słownik L. Musiolika był powstańcem śląskim, działaczem POW, a w czasie II wojny walczącego podziemia, zginął zamordowany przez Niemców w KL Auschwitz latem 1942. Wracając do procesowych relacji i doniesień z pola działania rybnickiej Temidy, zanim zajmiemy się procesami Siwców, które ekscytowały opinię publiczną spójrzmy na kilka innych spraw, o których pisano w prasie lokalnej.

Lata kryzysu – policja, komornik, inni urzędnicy i stróże prawa nie narzekali na brak zajęć. Wyroki kiedy je porównujemy mogą nas czasem zaskakiwać. Za skradziony rower pół roku więzienia, za paserstwo w tej sprawie 3 miesiące. Karol M. i Franciszek W. za pół tony złomu z dworca towarowego otrzymali także po pół roku. Podobnie Piotr D. , który ukradł ze składnicy Huty „Silesia” dwie wanny, trzy miski i jeden garnek. Natomiast panowie R. i Z. za handel kokainą otrzymali po 9 miesięcy. We wrześniu ponownie przemyt kokainy i morfiny z Niemiec. Wartość towaru 1600 zł. Prócz Mateusza Ś. tym razem zamieszanych więcej osób. Czasami przemyt kończył się tragicznie, jak w przypadku Edmunda W. z Rydułtów, zastrzelonego w pasie granicznym w trakcie pościgu przez straż graniczną. Zapewne aż tak nie ryzykował szofer Spółki Giesche, który w oponach – zapewne służbowego wozu – szmuglował sacharynę. Częste w Rybniku były raczej drobne włamania, ale też prócz tych mieszkaniowych zdarzyło się tego roku także włamanie do sklepu jubilerskiego Waldberga. Jak się okazało rabunku na sumę 1600 zł. Dokonał emeryt kolejowy i pięciu nastolatków, którzy skończyli jak domagał się prokurator w domu poprawczym. Z pewnością zaciekawiła rybniczan sprawa „fabryki fałszywych monet w Paruszowcu”. Dziennikarz przesadził z tytułem, ale sam fakt świadczył, że światek przestępczy „robił co mógł” by przejść przez lata kryzysu.  W maju na targowicy (czyli targowisku) zatrzymano 41–letnią wdowę Zofię K. „w chwili świadomego puszczania w obieg fałszywej monety 5–złotowej.” W czasie domowej rewizji zabezpieczono cztery formy sporządzone z cementu, pilnik, cynę i cement. „Mennicę” prowadził syn Zofii K. 21–letni murarz. Na brak zajęć nie narzekał też komornik rybnickiego sądu pan Nardelli, acz tego właśnie roku Ministerstwo Sprawiedliwości wydało nadzwyczajny okólnik, „W którym poleca wszystkim komornikom na terenie państwa przeprowadzenie swych czynności urzędowych w ściśle i zgodnie z przepisami sposób grzeczny i taktowny, by nie wprowadzać rozdrażnienia wśród społeczeństwa. Okólnik przewiduje szereg kar dyscyplinarnych aż do usunięcia z urzędu.” Tytuł notatki „Komornicy mają być grzeczni!” Być może redaktor lub zecer mieli akurat przyjemność z panem Nardellim, bo składnia w pewnych miejscach notatki wydaje się jakaś rozdrażniona...

Bandy Siwca

Sprawą, która jak się rzekło najbardziej frapowała mieszkańców były procesy tzw. bandy Siwca. W kwietniu przed rybnickim sądem stanął Ferdynand Siwiec, brat powieszonego niedawno Franciszka Siwca, który brał udział w zabójstwie posterunkowego Fojcika. Akt oskarżenia zarzucał 33–letniemu Ferdynandowi, że dał sygnał bratu kiedy ma strzelić do policjanta, tragicznego dnia tj. 26 listopada 1933. Policja dość szybko wpadła na ślad mordercy. Ten nie chciał poddać się bez walki, która jednak finalnie przegrał i został ujęty. Proces i wykonanie wyroku były błyskawiczne. Na terenie całej Polski działały od września 1931 roku tzw. sądy doraźne, które zniesiono właśnie w 1934. Przy okazji statystyk związanych z trzyletnią działalnością tych sądów mogliśmy się dowiedzieć, że kat brał „od stryczka” sto złotych.

W marcu odbył się proces oskarżonych o ukrywanie mordercy. Obrońcami byli mec. Filasiewicz (Katowice) i Piętka (Rybnik). Jedną z oskarżonych była siostra braci Siwców znana powszechnie jako „piękna Zośka”. Jak pisała prasa: „Zgrabna oskarżona wystąpiła starannie ubraną, wyondulowaną. Przyznała się, że przetrzymywała brata po ucieczce z więzienia i następnie po zabójstwie śp. Fojcika, wyszukiwała bratu różne kryjówki...” Pośród kilkunastu oskarżonych osób zdecydowaną większość stanowiły kobiety. 7 oskarżonych skazano na pół roku więzienia, 4 oskarżone, w tym Zofię uwolniono od winy.

Sprawę Ferdynanda Siwca o współudział w mordzie prowadził sędzia okręgowy Nodzyński w asyście sędziego okręgowego dr Głowackiego z Katowic i sędziego grodzkiego Badury. Oskarżał prokurator Horodecki, bronił mec. Filasiewicz, „Który już poprzednio bronił powieszonego w międzyczasie Franciszka Siwca.” Oskarżony kategorycznie odrzucił wszystkie zarzuty potwierdzając jedynie, że feralnego dnia udał się z bratem i nijakim O. do Ligoty w celach rabunkowych. Oskarżyciel wskazał na to, że zarówno nie żyjący już brat, jak i świadkowie O. i B. wyraźnie wskazali na czynną pomoc Ferdynanda w zabójstwie funkcjonariusza. Ich zeznania wsparli sędzia śledczy Budzyń oraz komisarz Mańka. Oskarżony nadto był już karany 13–letnim wyrokiem i czekały go kolejne rozprawy za napady i włamania. Prokurator domagał się 15 lat pozbawienia wolności, obrońca wnosił o uwolnienie. Po krótkiej naradzie sąd opierając się o art. 27 i art. 255 kk zadysponował dla obwinionego 7 lat więzienia.

Bezmajątkowość oskarżonych

W rozprawie z końca kwietnia sądzono o kradzieże aż 50 osób. W podtytule artykułu o tym wydarzeniu czytamy: „Łączna kara wynosi 34 lat i 7 miesięcy więzienia” Na samym początku relacjonujący (pewnie red. naczelny Ignacy Knapczyk, bo on zwykle opisywała zdarzenia pod znakiem Temidy) pisze: „Nie warto podawać cały materjał do publicznej wiadomości, bo mogłoby to nauczyć niejednego mniej wykwalifikowanego.” Najbardziej poszkodowanym z ofiar przestępców okazał się kupiec Weigmann (obecnie rynkowa Pizza Hut), któremu skradziono towaru na kilkanaście tysięcy złotych. Przypomnijmy, że średniej klasy auto kosztowało od 4500 zł. do 6 tys. W innym zaś przypadku „skradli coś 29 kur dlatego, żeby je spieniężyć i pieniądze zużyć na obronę Ferdynanda Siwca. Miał on też proces osobny związany z krzywoprzysięstwem świadka występującego w sprawie związanej z kasjerem firmy „Rolnik”. W omawianym procesie oskarżonymi byli głównie młodzi ludzie. Szczególna uwagę zwracała jednak familia S. rzec można tutejszy mały odpowiednik rodziny Cosa Nostra. Staruszka matka kilkakrotnie karana i jej „przystojna” córka. Tym razem Ferdynand otrzymał 6 lat. Ogólnie wyroki opiewały na okres od pół roku do 6 lat w zawieszeniu. Sąd skorzystał z amnestii i prawie wszystkim znacznie obniżył kary. Uwolnił wszystkich od kosztów sądowych „z uwagi na bezmajątkowość oskarżonych.” Niektórym zaliczono areszt śledczy. O rodzinie S. znów usłyszano, bo już w grudniu 1936 po wyjściu z wiezienia Ferdynand ze swym szwagrem (Zofia wyszła więc za mąż) złapani zostali po włamaniu do sklepu jubilerskiego Anny Łukaszczykówny. Potem jeszcze w kwietniu 1937 ...

Fałszywe pogłoski

W maju na kolejnej rozprawie jako obrońca wystąpił dr Nuzikowski. Na ławie oskarżonych zasiadło tym razem 20 osób, w tym trzy z rodziny Siwców – Ferdynand, jego siostra oraz ich stara matka. Spośród wszystkich oskarżonych tylko jedna nie była dotąd karana. Akt oskarżenia zarzucał szereg włamań, kradzieży i napadów w całym powiecie rybnickim. „Sąd wydał tylko ograniczoną ilość biletów wstępnych” – taka to była sensacja w mieście. Pierwszego dnia przesłuchano 11 świadków, a było ich dużo więcej. Jeden z oskarżonych, któremu zarzucano 14 kradzieży przyznał się tylko do 10. Potwierdził jednak, że to w jego mieszkaniu gang Siwca miał „narady robocze.” Żeby „atrakcji” nie brakowało znajdujemy np. także takie notatki, jak te o ucieczkach z miejscowego więzienia. W 1934 mamy notkę o tym, że zbiegł Franciszek K. z Piotrkowa. Przeskoczył przez kilkumetrowy mur i uciekł. „Wszczęto energiczny pościg, który jednak jak dotychczas, pozostał bez żadnego rezultatu. Pogłoska, że zbiegł Ferdynand Siwiec okazała się fałszywą.”

Michał Palica

  • Numer: 20 (340)
  • Data wydania: 14.05.13