Poniedziałek, 22 października 2018

imieniny: Halki, Kordiana, Kordelii

RSS

WYNIKI WYBORÓW 2018:

„Mój Vaterland jest Berlin” - Wodzisław na pograniczu

17.09.2013 00:00 red

Z kart „Echa Odry” – część 5

Lata dwudzieste – pierwsze dziesięciolecie po odzyskaniu przez Polskę niepodległości to czas intensywnych zmian. Odeszło stare, nadchodziło nowe i nieznane, zmieniła się władza, a wraz z nią, powoli, przebudowywała się mentalność zwykłych ludzi. Proces ten najgorzej i z największymi oporami przebiegał na Kresach Rzeczypospolitej, a do takich Kresów zaliczała się również i przygraniczna ziemia wodzisławska. Niewielkie miasteczko ciągle jeszcze pozostawało pod silnym wpływem germanizacji, zresztą spory procent mieszkańców przyznawał się do niemieckiego pochodzenia, w Wodzisławiu istniała niemiecka szkoła mniejszościowa, wiele sklepów pozostawało w ich rękach. Z jednej strony trzy powstania śląskie były wydarzeniem sprzed zaledwie kilku lat, z drugiej, w niepewnych czasach po Traktacie Wersalskim, wielu ludzi kierowało ufne spojrzenia za Odrę na Vaterland.

Polskę diabli wezmą

„Echo Odry” na bieżąco starało się oddawać te nastroje, na każdym kroku podkreślając polskość Wodzisławia. Równocześnie, niemal co numer, pojawiają się opisy incydentów antypolskich, odpowiednio zgrabnie przez redakcję komentowane. Oto pod wymownym tytułem „Pierońską Polskę wkrótce  ją djabli wezmą” historyjka z Lubomi:

„Niejaki Sz. miał tę bezczelność, że wyzywał na Polskę i ładnie przepowiadał dla niej tylko, że onego prędzej djabli wezmą niż Polskę. Widać skutki graniczne. Radzimy p. Sz., ażeby zapamiętał sobie, że on jest robaczek wobec narodu i ma wolną drogę do Raciborza, gdzie czeka ładne miejsce za radcę zamiatania ulic. Jak ładnie się zachowują panowie Sz., wystarczy rozprawa sądowa, która toczyła się w środę w sądzie. Widzieliśmy to od ojca i synowie nauczyli się polskich urzędników znieważać, pod szyję brać, a potem lament. Sądzimy, że oduczą się ci panowie, bo mają już podarunek po 50 zł.”

Dosyć cygaństwa

„Skutki graniczne” występują również w Biertułtowach: „...Niejaki bezrobotny Pindorf wyraził się w kancelarji gminnej, że jego Vaterland jest Berlin – i poco ma iść do Warszawy po ta bieda. Radzimy, ażeby jak najprędzej do Berlina do Vaterlandu poszedł. Czekają na niego z niecierpliwością.”, oraz w samym Wodzisławiu: „Oberżysta T. przepowiadał Polsce, że się rozleci oraz że dosyć tego cygaństwa, lecz znów przez krew powstanie (...) Jesteśmy pewni, że Niemcy takiego, jakim jest ów pan, samiby nie przyjęli. Proroku słaby, siedź w kozie – siedź cicho, gdyż ty prędzej się rozpadniesz.” Notowano również niemiecko–polskie zabawne docinki: „Jeden z tut. obywateli p. S., znany wróg wszystkiego, co polskie, widząc samolot polski, zaczął wygadywać Zigarrenkastenflieger. Gdy mu zaś zwrócił pewien obywatel uwagę, że to niemiecki aeroplan, zaraz zwinął chorągiewkę, mówiąc: Das ist ein feiner Aeroplan. A to ci dopiero gadzina germańska. Co tylko polskie, to złe, ale siedzieć tutaj, to mu dobrze...”

Wystrzelać pieronów

Żarty żartami, ale czasem pojawiają się już przebłyski czegoś znacznie groźniejszego, kryzysu, który ostatecznie eksploduje za dziesięć lat. Oto postawiony przed sądem (za awanturę w Urzędzie Okręgowym) mieszkaniec Ornontowic miał publicznie oświadczyć, że „...z urzędami polskimi należy już raz skończyć, gdyż i tak niedługo będą one istnieć, ponieważ Śląsk znowu powróci do Niemiec, a my Niemcy mamy tutaj dosyć broni, aby głupich polskich pieronów wystrzelać...”, przy czym w trakcie śledztwa wyszło na jaw, że „...działał  według z góry ułożonego planu, do czego namówiła go i użyła jako narzędzie grupa miejscowych obywateli, wrogo do państwowości polskiej nastrojonych.” Czy była to ta sama grupa która w Rogowie, zakłóciła ciszę nocną? „Przed kilkoma dniami słyszeli policjanci w nocy u kupca L., niemieckie śpiewy Deutschland über alles... Obserwując dalej, wyszedł z tego domu nauczyciel P. i robotnik W...”

Miejscowe władze są świadome niebezpieczeństwa jakim jest zbyt bliskie sąsiedztwo Rzeszy. Za proniemieckie wypowiedzi sypią się wysokie kary pieniężne, a kolejni zatrzymani zostają publicznie napiętnowani, również na łamach „Echa Odry”. Mimo to, problem nie znika. Tygodnik wysoko punktuje wszystkie „patriotyczne czyny” miejscowych, nawet jeżeli są one zwykłymi aktami wandalizmu, tak jak zamalowywanie niemieckich napisów w Wodzisławiu: „Jakiś urwis zamazał napis na pewnej oberży Stehbierhalle, bo nie otrzymał piwa stojącego albo też zazdrościł stojącym piwoszom. Musiał to być siedzący piwosz. Na drugi dzień jakiś inny urwis miał apetyt na rolmopsa i zmazał Jego. Obecnie miasto niema ani jednego napisu niemieckiego. Teraz to i poszkodowany cieszy się pomimo, że patryjotyzm kończy się jemu w brzuchu...”. Przytacza również i inne budujące przykłady propolskiej postawy, takie jak zamienienie niemiecko brzmiącego nazwiska na polskie, czy wspomniana już wcześniej „wymiana” żydowskiego fotografa na Polaka. Sam redaktor Krzystek ma niezaprzeczalne poczucie misji: jego rdzennie polska gazeta musi nakłaniać do patriotyzmu, bo jak sam pisze, taka jest właśnie rola kultury.

„...Krzewiciele oświaty i kultury, pamiętajcie, że nie dlatego były trzy powstania, aby resztki niektóre przyodziały się na Gór. Śląsku, lecz, aby naszą Rzeczpospolitą Polską bronić i oświatę i kulturę polską krzewić. Idźcie i nieście przed narodem oświaty kaganiec, tak woła wielki wieszcz nasz...”.

Nieskuteczna agitacja

Pomimo intensywnej agitacji za Polską, Wodzisław pozostanie nadal miastem „pomiędzy”. Gdy 1 września 1939 roku żołnierze hitlerowscy wjadą na te ziemie, w wielu oknach powiewać będą niemieckie flagi, a część mieszkańców powita najeźdźców kwiatami. Zachowane w wodzisławskim Muzeum zrobione tego dnia dwa zdjęcia przedstawiają uśmiechnięte twarze i charakterystyczne opaski na ramionach Wodzisławian. Ten polsko-niemiecki dualizm pozostanie nierozstrzygnięty do końca wojny, a nawet i dłużej. Cóż, taki skomplikowany los przypadł w darze chyba wszystkim „kresowym” miastom.

Kinga Kłosińska

  • Numer: 38 (671)
  • Data wydania: 17.09.13