Poniedziałek, 14 października 2019

imieniny: Alana, Kaliksta, Fortunaty

RSS

Co synek z Pszowa nabroił w Ameryce?

25.09.2002 00:00
Delikatne, wypielęgnowane ręce, burza we włosach, opadająca grzywa, ogromna mucha i wzrok utkwiony w obłokach to popularny wizerunek pianisty. Kiedy w drzwiach stanął kawał chłopa, z rękami które pracy raczej się nie bały i krótko ściętymi włosami bez grzywy, stereotyp prysł jak bańka mydlana. Będzie ciekawie, pomyślałam.

Pianino kupiliśmy dla najstarszego syna Andrzeja. To on w naszych marzeniach miał zostać pianistą. Z biegiem czasu okazało się jednak, że młodszy Jacek, który przysłuchiwał się grze brata, łapie wszystko w mig, a w końcu gra lepiej niż starszy i to bez nut. Skąd miał je znać, skoro miał dopiero sześć lat? - wspominają rodzice.

Idealne dziecko? - śmieją się z pytania. No może zdolne, ale swoje za uszami miał. Może i dobrze? - zastanawiają się. W życiu przynajmniej dał sobie świetnie radę. Od dzieciństwa był taki wrazidlaty.

Lekki deszcz, szara, długa ulica, mało kto chce w taką pogodę nosa wyściubić z ciepłego mieszkania. W oddali dwie postacie. Starszy mężczyzna trzyma za rękę dziecko. Ten mały to Jacek grzecznie, choć trochę ze skwaszoną miną, wędruje z ojcem na lekcję muzyki. Trzeba było iść, rodziców zdanie było święte - komentuje Jacek. Nie miałem nic do gadania.

Jo takich małych dzieci nie lubia przyjmować, ale ty możesz przychodzić - stwierdził pszowski organista Józef Latocha, po przesłuchaniu Jacka. No i przychodził.

Muzyka w domu brzmiała od zawsze. Mama w młodości uczyła się gry na fortepianie w Raciborzu. Ojciec gry na skrzypcach u znanych w Pszowie muzyków Dojczmanków. Chciałem cokolwiek wiedzieć z tej muzycznej edukacji, chwyty, takie podstawy. Nabyć muzycznej ogłady - tłumaczy ojciec. Kiedy Jacek zaczął spełniać ich młodzieńcze marzenia, włożyli całe serce by mu to umożliwić. No i niemałe pieniądze. Pianino kupili od znajomych. Początkowo nie było go gdzie postawić.

Kiedy wiek już na to pozwalał, Jacek rozpoczął naukę w szkole muzycznej w Rybniku. Dzielił swe obowiązki pomiędzy szkołę podstawową w Pszowie i szkołę muzyczną w Rybniku.

Niejeden raz miał chwile zwątpienia. Niepotrzebnie zapisaliście mnie do tej szkoły, mówił czasem - wspomina mama. Myślałam, że może ma rację, ale konsultacje z jego pedagogami, którzy przekonywali nas, że ma wielki talent, uspokajały i pokazywały sens nauki.

Popisy w szkole muzycznej, pod koniec roku szkolnego, były pierwszymi publicznymi występami Jacka.

Pamiętam jego koncert w Teatrze Ziemi Rybnickiej. Miał wtedy 11 lat. Przeżywałam to razem z nim - tłumaczy mama. Kilka dni po koncercie powiedział mi, że chyba będzie złym uczniem w pszowskiej podstawówce. Nie potrafi się uczyć, w głowie bowiem brzmi mu tylko muzyka.

Obawy były widocznie płonne, kiedy skończył podstawówkę poszedł do liceum. Dalej także kontynuował naukę w średniej szkole muzycznej. Nic więc dziwnego kiedy wybór studiów padł na Akademię Muzyczną w Katowicach.

Jak tu przeżyję?

Po drugim roku studiów brat Andrzej, który od dwóch lat mieszkał w USA, załatwił mi możliwość zdawania na jedną z najlepszych uczelni na świecie, nowojorską Juilliard School of Music. Pojechałem, nie miałem nic do stracenia - wspomina  Jacek. Zdał. Problemy po egzaminie nie skończyły się jednak. Tak naprawdę dopiero się zaczęły. Synek z Pszowa w Ameryce. A za co jo tu przeżyja? Studia płatne i to ogromne pieniądze, mieszkać nie mam gdzie, bo brat za daleko od uczelni, prawie sam jak palec, z językiem też nie za dobrze, a Polaków w gronie znajomych na palcach policzyć - zaczął rozmyślać. Zresztą ciężko to przyznać, ale Polacy pomagają tu sobie tylko do pewnego stopnia. Kontakt Polaka z Polakiem jest tu bardzo kiepski.

Nie wystraszył się jednak, mimo że studia wyglądają tam inaczej niż w Polsce. Polegają zwłaszcza na kursach i tzw. kredytach. Jeśli uzbiera się odpowiednią ich liczbę zalicza się dany rok. Zwykle trwa to cztery, pięć lat. On ukończył je w dwa!

Szkoda było pieniędzy i czasu - śmieje się, tak jakby wiedza i zdolności nie były tu wcale potrzebne. Skromność zresztą bije od niego z daleka. Dziś sam się dziwię, że było mnie na to stać. Na taką walkę o swoje. Niektórzy mówili, że za bardzo broję. W czasie jednego roku zaliczyłem przedmiot, który normalnie trwa trzy lata. Profesor pukał się w głowę i nie chciał nawet o tym słyszeć. „Jak możesz chodzić na zajęcia z drugiego i trzeciego roku, kiedy chodzisz dopiero na zajęcia z pierwszego roku? Nie masz podstaw - krzyczał. A ja i tak dalej chodziłem. Najpierw słuchałem, potem zacząłem być aktywny, dyskutować z nim, w końcu stwierdził: „Nie chodź już na te wykłady z pierwszego roku. Szkoda twojego czasu”.

Na początek pieniądze na studia spadły mu z nieba. Pierwszy semestr opłaciła milionerka. To niezwykle modne, by pomagać w ten sposób, na drugi semestr otrzymał 1000 dolarów w prezencie, 1000 dolarów stypendium z uczelni i 1500 dolarów prywatnego stypendium od swojego nauczyciela. Aż nieprawdopodobne. Drugi rok opłacił sam. Skąd na to miał? A miał, z ciężkiej pracy.

Śmieszą mnie pianiści, którzy ciężkiej torby nie mogą podnieść, bo sobie narzędzie pracy zniszczą. Jedynie tydzień przed koncertem staram się, dla lepszego samopoczucia rąk, nie grzebać w smarach. Zresztą kogo tam interesowało, że jestem pianistą? Musiałem przeżyć - tłumaczy.

Malował więc mieszkania, korytarze, klatki schodowe, drzwi do wind i wejściowe. Tych ostatnich co najmniej ze 100. Kładł z bratem płytki sufitowe i zakładał światła awaryjne. Jednak po studiach praca stała się lżejsza. Uczył gry na fortepianie w szkole muzycznej ale, jak mówi, nie rajcowało go to. To było strasznie nudne. Potem praca w firmie telefonicznej. Skończył mu się też dostęp do instrumentu. Przez kilka lat nie dotknął fortepianu! Ktoś jednak się dowiedział, że potrafi grać. Zaczęły się zaproszenia na koncerty. Czasem takie, że instrument nie nadawał się do grania. Były i zabawne sytuacje. Raz ustawili mi fortepian i zapomnieli dostawić krzesło. Wyszedłem z nim zza kulis, co wywołało ogólną owację - śmieje się.  Dziś terminy jego koncertów nakładają się na siebie. Jest rozchwytywany. Koncerty nie były jednak źródłem utrzymania, a praca w firmie telefonicznej szczytem marzeń.

Pianista i makler. Woda i ogień

Chłopie tyś chyba z byka spadł, kaj ty sie ciśniesz? Do Merrill Lynch największej na świecie firmy maklerskiej? Tam nawet Amerykanie z licencją nie mają szans. Na maklera? Przecież jesteś pianistą! - pukali się w czoło znajomi. Dla Jacka nie było to jednak ważne. Widziałem tu jak mechanik samochodowy zostawał lekarzem, jak studentami byli i 60-latkowie. Tu naprawdę mało co jest niemożliwe. A jeśli tak, to sam chciałem się o tym przekonać, usłyszeć od kompetentnej osoby, że się nie nadaję, a nie zaraz pasować - tłumaczy. Poszedł na rozmowę wstępną, na wariata. Dziękujemy, może się skontaktujemy - usłyszał. Nie skontaktowali się. No i co z tego pomyślałem i co dwa tygodnie regularnie dzwoniłem z pytaniem czy nie znalazłaby się jakaś praca? - wspomina. Ciągle z kulturą odmawiali. Przez długie pół roku. Pewnego dnia jeden z pracowników zachorował i szukali kogoś na zastępstwo, na kilka dni. Został na 12 lat. Stał się prawą ręką w firmie. Zrobił licencję maklera. Kiedy tam zacząłem pracować nie miałem pojęcia co to jest akcja - wspomina. Ciągle latałem do słownika coś sprawdzać. Widać jednak warto być wrazidlatym. Gdybym nie dzwonił, nie wzięliby mnie. Tam warto być takim, tu w Polsce wiązałoby się to z etykietą nachalnego, a zmiana pracy z człowiekiem który nie może zagrzać miejsca.

Ale miejsce pana Jacka jest chyba w ... powietrzu. Od dziecka marzył o lataniu. Jak wspomina, potrafił przeczekać cały nudny „Dziennik Telewizyjny”, by na telewizyjnym ekranie zobaczyć migawkę o rakietach. Od najmłodszych lat to one były głównymi bohaterkami jego prac plastycznych, kupował też samolociki i sklejał. Robi to zresztą do dziś. Marzenie by zostać pilotem szło za nim od dzieciństwa.

Brat kupił dom obok lotniska, będąc u niego zafundowałem sobie lekcję latania. Marzenia stały się rzeczywistością - mówi.

Rozpoczął kurs, otrzymał podstawową licencję do samodzielnych lotów. Cały czas był jeszcze menedżerem maklerów, ale praca stawała się coraz bardziej odpowiedzialna i stresująca. Polegała na kontrolowaniu pracy kolegów. Odszedł z firmy, choć po namowach pozostał jej konsultantem. W najbliższej przyszłości chce uczyć latania i zatrudnić się w liniach lotniczych.

Zawód pilota daje dużo wolnego czasu, a tego zwłaszcza mi dziś brakuje. Chciałbym więcej poświęcić grze na fortepianie. W końcu jestem pianistą - śmieje się. Nareszcie mam ku temu warunki. Dom i fortepian, który jest gdzie wstawić. Ludzie pytają czy po tragicznym 11 września nie boję się zawodu pilota. Nie, mam respekt ale zawsze go miałem. To odpowiedzialna praca. Tak podchodzą do niej wszyscy znani mi piloci. Bardzo poważnie ją traktują. Wśród pilotów nie poznałem jeszcze wariatów, takich jak wśród kierowców samochodowych. Mniej się boję latać niż jeździć samochodem. Za to żona ciągle się o mnie boi. Gdy tylko dotknę ziemi zaraz muszę dzwonić z lotniska, że jestem. „Tu święty Piotr, żartuję, łączę z panem Zganiaczem.”

Aleksandra Matuszczyk - Kotulska

Za tydzień w „NW” relacja z koncertu Pszowiki Pszowikom, który odbył się w ubiegłą niedzielę w pszowskim MOK. Jednym z gości był Jacek Zganiacz.

  • Numer: 39 (159)
  • Data wydania: 25.09.02