Niedziela, 9 maja 2021

imieniny: Grzegorza, Bożydara, Karoliny

RSS

Już jako dzieciak postawiłem na piłkę

03.09.2013 00:00 red

W CZTERY OCZY – O przepisie na piłkarski sukces, tańcach w klubowej szatni LKS Leśnica i o tym, że do ROW Rybnik nie pasował, ale do warszawskiej Legii już tak z Łukaszem Monetą rozmawiał Wojciech Kowalczyk.

Na futbol był skazany – od urodzenia mieszkał nieopodal boiska LKS Brzezie. Gdy w wieku 8 lat wstąpił do tego klubu, stał się najmłodszym piłkarzem jaki kiedykolwiek reprezentował jego barwy. To właśnie tam poznał prawa rządzące w piłkarskim świecie oraz nauczył się walczyć z przedmeczowym stresem i presją. Później trafił do Raciborza, po czym do LKS Nędza, który był jednak wyłącznie przystankiem w drodze do gry w lepszych klubach. – Wiedziałem, że stać mnie na więcej niż klasa okręgowa – przyznaje dziś Łukasz Moneta. W ROW Rybnik przeszedł testy, ale odesłano go z kwitkiem, czego dziś nie musi żałować, bo właśnie trafił do drugiego zespołu Legii Warszawa.

– Chyba na wstępie powinienem poprosić o autograf, bo za niedługo mogę się nie dopchać. Na naszych oczach rodzi się, długo oczekiwana w Raciborzu, piłkarska gwiazda.

– O nie, z tą gwiazdą to za duże słowa. Poza tym nasze miasto miało już wielu wybitnych  zawodników, jak choćby grający w Cracovii Łukasz Zejdler. Z kolei co do autografu, to wielu znajomych żartuje, że już dziś powinni go ode mnie wziąć, bo nie wiadomo czy kiedyś będą mieć okazję.

– Boisz się, że ta przysłowiowa „sodówka” ci odbije?

– O to, że nie odbije, jestem akurat spokojny. Mam prosty przepis na to, aby się tak nie stało: zawsze na pierwszym miejscu stawiam piłkę nożną i przyjemność, jaką czepię z uprawiania tej dyscypliny.

– Powiedziałeś, że na pierwszym miejscu trzeba stawiać futbol, co jeszcze według ciebie trzeba zrobić, aby osiągnąć sukces?

– Recepta jest bardzo prosta. Trzeba za wszelką cenę dążyć do celu, nigdy się nie poddawać, bardzo ciężko pracować i przede wszystkim wierzyć w siebie. To na serio pozwala spełniać marzenia.

– Twoje się właśnie spełniają?

– Na pewno tak. Jestem świadomy tego, że gra w Legii jest dla mnie ogromnym wyróżnieniem oraz szansą, ale i wyzwaniem, bo tutaj walczy się o najwyższe cele. Mimo to, zachowuję zimną krew i spokojnie realizuję wszystko co do mnie należy.

– Jak trafiłeś do Legii?

– Mój menadżer Paweł Staniszewski zgłosił mnie na testy do Podbeskidzia Bielsko-Biała, ROW Rybnik i Zagłębia Sosnowiec. W tym ostatnim klubie wypadłem bardzo dobrze. Szukaliśmy jednak dodatkowych rozwiązań i nadarzyła się okazja wyjazdu do – zaprzyjaźnionej z Zagłębiem – Legii Warszawa. Pojawiłem się na testach w Legii. Zaprezentowałem się z pozytywnej strony, więc pojechałem z chłopakami na obóz sportowy. I jak widać, już z nimi zostałem. Później dowiedziałem się, że obserwowano mnie już w Sosnowcu i między innymi to, że w Zagłębiu zaprezentowałem się z dobrej strony, wpłynęło na chęć Legii do podpisania ze mną kontraktu.

– Od razu odnalazłeś się w zespole?

– Na początku musiałem się trochę przestawić. Wiesz, Warszawa to ogromne miasto, z kolei Legia jest klubem, w którym gra się i trenuje się zupełnie inaczej, niż choćby nawet w III-ligowej Leśnicy. Muszę przede wszystkim wkomponować się w ich koncepcję gry, czyli nauczyć się cały czas panować nad piłką i się przy niej utrzymywać. A to trudne, bo przez lata kochałem grać szybko, z kontrataku. Te nawyki muszę z siebie wyplewić. Co do samych zajęć treningowych, to najbardziej podoba mi się to, że szkoli nas aż trzech trenerów, a każdy z nich odpowiada za coś innego. Legia jest świetnie zorganizowanym klubem, posiadającym świetne zaplecze i sprzęt. To robi wrażenie

– Zawsze kibicowałeś warszawskiej Legii?

– Właśnie nie! Lubiłem ten klub, ale jakimś wielkim ich fanem nie byłem. Z najmłodszych lat pamiętam, że z tatą jeździliśmy na – jeszcze wtedy grającą w ekstraklasie – Odrę Wodzisław. To były dopiero mecze, do Wodzisławia Śląskiego zjeżdżały najlepsze ekipy w kraju!

– Wspomniałeś o ojcu, to właśnie on zaraził cię futbolem?

– Wiele czasu spędzałem z nim na znajdującym się przy moim domu, boisku LKS Brzezie. Tata postanowił zapisać mnie do wspomnianego klubu. Jak się później okazało – byłem najmłodszym zawodnikiem, jaki kiedykolwiek ubrał ich koszulkę.

– Jak na juniora bardzo wcześnie zacząłeś.

– W Brzeziu byli juniorzy i seniorzy, więc ja załapałem się do tej pierwszej ekipy. Co prawda musiałem rywalizować z chłopakami dziesięć razy większymi i kilka lat starszymi ode mnie, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. Przez te wszystkie lata grało mi się w Brzeziu bardzo dobrze, ale nie rewelacyjnie. Czegoś brakowało, dlatego gdy opuszczałem klub, czułem ulgę. Namawiali mnie, abym z nimi został i nie szedł do Raciborza. Powtarzali mi, że robię wielki błąd, bo i tak wyżej się nie wybiję. Myślę, że dziś udowadniam im jak bardzo się mylili, choć oczywiście sam mam świadomość, że niczego wielkiego jeszcze nie osiągnąłem, lecz cieszę się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Jedno jest pewne, w sportowym CV będę mógł napisać, że grałem w drugiej drużynie Legii.

– Etap twojej gry w Raciborzu jest przez wiele osób bardzo namiętnie komentowany. „Łukasz, nie daj się wkręcić w żadną Unię. Należałeś pod OSiR Racibórz, a Unia nic ci nie dała. Nie chciała płacić trenerowi Sławikowi, a na treningi wozili nas rodzice” – to jeden z komentarzy zamieszczonych na portalu nowiny.pl. Jak to właściwie z tą Unią było?

– Szczerze mówiąc, sam nie rozumiem organizacyjnych zawirowań jakie wtedy miały miejsce. Nie mam pojęcia jaka była oficjalna nazwa klubu, którego byłem piłkarzem. Wiem tylko, że grałem w Raciborzu pod okiem Bernarda Sławika.

– Z którym przeszedłeś później do LKS Nędza?

– Dokładnie tak. Razem ze mną z Raciborza przeniosło się do Nędzy wiele osób, w tym trener Sławik. Praktycznie cały czas grałem w juniorach, w seniorach natomiast rozegrałem wyłącznie 25 minut. W klasie okręgowej nie chciałem zostać, bo miałem świadomość, że stać mnie na grę „wyżej”. Trafiłem więc na treningi do Rybnika, ale niestety nie pasowałem do ich koncepcji gry. Musiałem znaleźć inny klub i wtedy z pomocą przyszedł prezes LKS Nędza, który wysłał mnie do III-ligowej Leśnicy, w której już kolejnego dnia wystąpiłem w sparingu z Ruchem Zdzieszowice. W spotkaniu tym zdobyłem bardzo ważną bramkę.

– Taki gol to chyba najlepsza rekomendacja dla każdego trenera.

– Stał się moją „przepustką” do drużyny. Później – o ile można tak powiedzieć – poszło z górki, bo będąc najmłodszym zawodnikiem w zespole, zdobywałem najwięcej goli.

– Wtedy po raz pierwszy dotarło do ciebie, że masz możliwości zajść naprawdę wysoko?

– Już wcześniej miałem świadomość, że – to zabrzmi nieskromnie – jestem dobry. W Brzeziu, w Raciborzu i Nędzy również byłem bardzo bramkostrzelny, a przecież cały czas się rozwijałem. Ogromny wpływ na to, że chciałem być coraz lepszy miało to, że już jako dzieciak, uwierzyłem, że będę kiedyś zawodowym piłkarzem.

– Ale wiesz, każdy w dzieciństwie przypisywał sobie zawód, który chciałby wykonywać. Jeden chciał być strażakiem inny pilotem, ja na przykład policjantem. Każdy miał marzenia, które później życie bezlitośnie weryfikowało.

– U mnie te marzenia się ziściły. Może zabrzmi to dziwnie, ale ja już jako dziecko „postawiłem” na piłkę. Miałem świetne wyniki w nauce, wyróżnienia, czerwone paski, ale zawsze ciągnęło mnie do sportu. Pamiętam jak w podstawówce nauczyciele pytali się mnie, co chciałbym robić w życiu, odpowiadałem: grać w piłkę nożną! Myślę, że gdy przeczytają ten wywiad, powiedzą sobie: a niech to, udało mu się.

– Twoje przezwisko „Figo” pochodzi od Figo Fago czy Luisa Figo?

– Od tego drugiego. [śmiech] Zawsze uwielbiałem jego grę. A co do samego przezwiska, to może to być kolejny dowód na to co przed chwilą powiedziałem, bowiem koledzy nazywali mnie już tak w przedszkolu, więc już wtedy musiałem mówić, co kiedyś będę robić.

– Czy oprócz futbolu masz jakieś pasje?

– Słucham bardzo dużo muzyki. Kocham także tańczyć, z czego byłem znany w prawie każdym klubie, w którym grałem. Głównie koledzy z Leśnicy często namawiali mnie, abym wykonał jakiś taniec [śmiech].

– Taki wywiad to najlepsza chyba okazja, by zapytać o twoje marzenia...

– Ze sportowych, to na pewno grać jak najwyżej, przechodzić do coraz to lepszych klubów i walczyć o najbardziej prestiżowe trofea. Natomiast z pozasportowych to założyć kochającą się i bardzo szczęśliwą rodzinę. No i spłodzić syna, którego mógłbym nauczyć grać w piłkę.

  • Numer: 36 (1112)
  • Data wydania: 03.09.13