środa, 12 maja 2021

imieniny: Pankracego, Dominika, Domiceli

RSS

Nie tak miało się skończyć...

03.07.2002 00:00
Choć od zakończenia rozgrywek II ligi minęło już troszkę czasu, wielu zagorzałych kibiców Włókniarza Kietrz wciąż nie może pojąć, jak to się stało, że ich drużyna pożegnała się z tym szczeblem rozgrywek. To miał być przecież sezon przełomu - do trzech razy sztuka - aby powalczyć o ekstraklasę. Stało się zgoła inaczej.

Trzyletni epizod w II lidze zespołu z małej opolskiej mieściny to powód do chwały dla każdego, kto zaangażował się w jego stworzenie, prowadzenie i wspomaganie. Także dla miasta i mieszkańców. W niejednej podobnej miejscowości byliby szczęśliwi z faktu bycia tak wysoko w futbolowej hierarchii choćby przez rok. Ale tu apetyty rosły w miarę jedzenia. Zwłaszcza, że przez dwa sezony z dyspozycją zespołu nie było najgorzej. Wiele spotkań przeszło do historii, połamali sobie na Kietrzu zęby mocniejsi od niego - żeby nie wspomnieć mistrza kraju Polonię Warszawa. Futboliści wielkomiejskich klubów dowiedzieli się, gdzie siedziba ich pogromców. Ostrożniej zaczęli wypowiadać się o przyszłych konfrontacjach. A Włókniarz plasował się w czołówce, choć dwukrotnie okazało się, że za wysokie jeszcze ciut kolejnej ligi progi. Przed trzecim z kolei sezonem oczekiwania były spore. A jednak stało się inaczej - zamiast walki o awans była walka o utrzymanie. Przegrana.
 
Co tym razem poszło nie tak, jak powinno? Dlaczego drużyna klubu o ustabilizowanej pozycji organizacyjnej i finansowej zawiodła nie tylko fanów, ale przede wszystkim działaczy zarządu i prezesa Mariana Konopkę? Po słabej jesieni było widać, gdzie źródło kłopotów. Najsłabsza defensywa ligi, najmniej bramkostrzelny atak. Statystyki były bezlitosne, obnażając prawdziwy obraz możliwości zespołu. Odejście kilku czołowych graczy sprawiło, że niektóre klocki futbolowej układanki obsunęły się. Zastępcy jakoś się nie wybijali w tle. Pierwszy trener - Petr Żemlik - chyba trochę przesadził z przygotowaniem kondycyjnym. Włókniarze miast wyprzedzać rywali, sami byli wyprzedzani. Ani się obejrzano, a drużyna poprzegrywała kluczowe mecze i było jasne, że o walce na górze można zapomnieć. Następca, Jan Furlepa, poskładał nieco rozbity tym razem psychicznie team. Ale rywale wiedzieli już, co jest słabością Włókniarza. Duże zamieszanie kadrowe, częste zmiany trenerów, presja wyników. I wykorzystywali to bez skrupułów. Zwykle blokowali dostęp do własnej bramki, błyskawicznie kontrowali i zadawali ciosy. Lepszy, mający przewagę zespół nie zawsze wygrywa - a zwycięzcą zostaje ten, kto popełni mniej błędów.
 
Wiosna, skrócona nieco z powodu kilku kolejek, rozegranych awansem jesienią, zaczęła się obiecująco. Punkty uzbierano z silniejszymi ekipami, ale brakowało nadal częstszych premii za zwycięstwa. Bo inne walczące o utrzymanie zespoły nadrabiały również dystansu. Niekiedy nie zawsze chyba fair. Wojciech Łazarek, trener zdegradowanej również w dziwny sposób Jagiellonii skwitował sytuację trafnie: „Nie ja wymyśliłem pewne rzeczy, tylko Fenicjanie”. Kto wie, jak by wyglądała sytuacja Włókniarza, gdyby nie „mieszali” sędziowie - choćby w meczach z Petro i Bełchatowem, gdy miejscowym należały się karne. Gdyby je podyktowano, Kietrz prawdopodobnie wygrałby i miałby kilka „oczek” więcej. W ostatecznym rozrachunku mogły się okazać faktycznie decydujące.
 
Decydujące o spadku okazały się jednak inne starcia. Przede wszystkim u siebie. Nie ma szans na utrzymanie czy awans drużyna, która u siebie traci punkty - tym bardziej z teoretycznie słabszymi czy równorzędnymi rywalami. Był wprawdzie już moment, że Włókniarz wspiął się na 12 pozycję i miał kilka punktów przewagi nad rywalami z tyłu. Ale nastąpiła seria porażek na wyjazdach i znów Jan Furlepa musiał się martwić. Tym bardziej, że plaga kontuzji i kartek przetrzebiła zespół - a dublerzy nie zachwycali. Praktycznie o wszystkim przesądziły porażki z Hutnikiem Kraków i Arką Gdynia. Zawiodła defensywa. Monolitem w tym sezonie nie była. Chybione okazały się niektóre transfery. Choćby Artur Rozmus czy Arkadiusz Bałuszynski - błysnęli tylko w pojedynczych grach. Słabo grała druga linia - szczególnie gdy dołki formy zdarzały się Andrzejowi Jasińskiemu.. „Rodzynków” było niewiele. Poprawnie spisywał się w bramce Adam Hołda, dobre mecze miał obrońca Grzegorz Jakosz, błyszczał niekiedy pomocnik Arkadiusz Kłoda. W ataku, o ile nie był kontuzjowany, potrafił zamieszać Grzegorz Pilch. Za rzadko jednak...
 
Im bliżej końca, tym więcej było spotkań o być albo nie być. To nie ułatwiało ani piłkarzom, ani trenerowi zadania. Kolejna stracona szansa sprawiała, że znów trzeba było się nastawiać na maksa z innym rywalem. Jak nie wyszło z Hutnikiem czy Szczakowianką, to trzeba było wygrać ostatnią szansę z Górnikiem Łęczna - jak nie z Ceramiką Opoczno, to z Hetmanem Zamość. Ostateczny cios zadał Ruch Radzionków na kolejkę przed końcem. Gorycz opolskich kibiców była tym większa, że spadła również Odra Opole. A ostatni mecz, pożegnanie z drugoligowym towarzystwem, okazał się żałosnym spektaklem. Zupełnie pogrążył fanów brak ambicji, chęci godniejszego „adieu”. Byliśmy w tym sezonie po prostu słabsi, ustępowaliśmy umiejętnościami rywalom. To główne źródło sytuacji, jaka nas spotkała - stwierdził Furlepa po ostatnim gwizdku na stadionie przy ul. Sportowej. Wielu piłkarzy zawiodło nie tylko mnie. Nie dorośli do tego, by grać w drugiej lidze. Kibice - zwłaszcza ci z okolicy -  tracili zaufanie do zespołu i z pewnością nie będą często zajeżdżać na trzecioligowe starcia. A jeśli ekipa, która praktycznie przestała istnieć i musi być budowana od nowa - ponad połowa zawodników szuka innych klubów - będzie miała kłopoty również we wcale nie słabszym trzecioligowym towarzystwie, może skończyć się gorzej...

(sem)

  • Numer: 27 (535)
  • Data wydania: 03.07.02