Wtorek, 10 grudnia 2019

imieniny: Danieli, Julii, Eulalii

RSS

Mam na imię Małgosia. Jestem żoną i matką alkoholików

01.12.2019 13:00 | 3 komentarze | OK

Zdzisiek był jej wielką miłością. Po jego śmierci nie była w stanie przekroczyć progu poradni, w której pracował, ani snuć planów na przyszłość, której bez niego nie widziała. Uczucie pozwalało jej przez wiele lat znosić upokorzenia i popchnęło do picia w imię ratowania męża. Kiedy nauczyła się kochać mądrze, odzyskała nie tylko Zdziśka, ale i własne życie.

Mam na imię Małgosia. Jestem żoną i matką alkoholików
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Anatomia uczucia

Poznali się w liceum w Głubczycach. Małgosia pochodziła z Krzyżowic, gdzie po wojnie osiedlili się jej rodzice – repatrianci z Kresów, a Zdzisiek z oddalonych o kilka kilometrów Zubrzyc. Jemu spodobała się drobna blondyneczka, którą obserwował jak ćwiczy podczas lekcji wuefu na szkolnym boisku, a jej długowłosy chłopak, który świetnie tańczył i chodził do klasy dwa lata wyżej. – Rodzice byli dość tradycyjni, więc w domu obowiązywały zasady, że jak któraś z nas miała chłopaka to trzeba się było z nim spotykać w domu, a nie prowadzać po wsi. Zdzisiek chodził do mnie z Zubrzyc polną drogą pokonując w jedną stronę 9 kilometrów. Nasze wiejskie zabawy w świetlicy w Bogdanowicach wspominam do dzisiaj i nieraz marzę o ty, żeby jeszcze choć raz w życiu na takiej się znaleźć – wspomina pani Małgorzata.

Gdy o pana Zdzisława upomniała się armia, musieli się rozstać na trzy lata. Trafił do marynarki wojennej i stacjonował najpierw w Ustce a potem Gdyni. O Małgosi nie zapomniał. Przyjeżdżał na przepustki, pisał piękne listy, wiersze i co nie bez znaczenia, przypadł do serca przyszłej teściowej. Pobrali się w 1982 roku, a po ślubie zamieszkali w rodzinnym domu pani Małgosi. Gdy na świecie pojawiły się dzieci, zrezygnowała z pracy zawodowej i przez pięć kolejnych lat zajmowała się domem. Życie w Krzyżowicach nie byłoby złe, gdyby nie nie fakt, że wśród najbliższych domowników coraz częściej brakowało pana Zdzisława. – Mąż pił już przed ślubem, ale wtedy wszyscy młodzi ludzie sięgali po alkohol i to było normalne. Kiedy pierwszy raz nie wrócił z pracy do domu myślałam że coś się stało i zaraz dałam znać teściowej. Okazało się, że jest u niej. Od tej pory zdarzało się coraz częściej, że gdy pił wracał do niej, a nie do mnie. Kiedy wpadał w ciąg, potrafił nie pojawiać się przez kilka dni w pracy. Szef spółek wodnych w Głubczycach, gdzie był zatrudniony, znalazł go kiedyś u kolegi w Kietrzu. Po tym incydencie zmobilizował go do leczenia, ale wizyty w poradni uzależnień nie pomogły. Podawano mu najpierw antikol a potem wszyto esperal. I pierwszy i drugi zapił – opowiada pani Małgosia.

Gdy pojawiał się alkohol, pan Zdzisław nie miał odwagi wracać do domu. Nie robił awantur i trudno powiedzieć czy bywał agresywny, bo w stanie upojenia nikt z najbliższych go nigdy nie oglądał. Teściowie bardzo go lubili, więc szybko przebaczali i nigdy nie nastawiali córki przeciwko mężowi. Dla Małgosi wciąż pozostawał dobrym człowiekiem, który trochę pogubił się w życiu, dlatego nad decyzją o przeprowadzce do Raciborza w ogóle się nie zastanawiała. Skoro znalazł tam pracę i mieszkanie, oczywiste było to, że będzie stać przy jego boku. Przyjechali w maju 1987 roku. To data, którą Małgosia dobrze pamięta, bo wtedy zaczął się jej życiorys pisany jego alkoholem.