Wtorek, 1 grudnia 2020

imieniny: Natalii, Blanki, Eligiusza

RSS

Epidemia na Śląsku:

Powódź: początek końca

01.10.2019 00:00 red

Dla pracowników raciborskiej drukarni powódź w 1997 r. była sprawdzianem ich zaangażowania w ratowanie zakładu. Dla dyrekcji w Będzinie – pretekstem do pozbycia się problemu. Podczas gdy załoga z ogromnym oddaniem ratowała sprzęt i maszyny, na górze zapadały już decyzje, które zapoczątkowały koniec raciborskich zakładów graficznych.

Dom z papieru

Choć takiej wody, jak ta, która przyszła w nocy z 7 na 8 lipca 1997 roku, nikt nie przewidział, to pracownicy doskonale wiedzieli, że bez generalnego remontu budynku wcześniej czy później zakład nie będzie w stanie funkcjonować. – Wieloletnim zaniedbaniem był cieknący od lat dach, który po każdym deszczu sprawiał, że zalane mieliśmy archiwum. On w całości nadawał się do wymiany, ale dyrekcja nie podjęła żadnych kroków, żeby nam w tym względzie pomóc. Dla nich przedwojenny budynek zakładu był nieekonomiczny – tłumaczy Anna Koziarczyk, która rozpoczęła pracę w drukarni w 1989 roku, idąc w ślady rodziców: Józefa i Marii zaczynających w latach 70. w kartoniarni.

Stefan Rostek pamięta z kolei, że kilka lat przed powodzią po ulewnym deszczu zalało magazyn. – Nasz zakład był usytuowany dość nisko, a studzienki kanalizacyjne nie były w stanie przyjąć takiej ilości wody, która sięgała w piwnicy pół metra. Całą niedzielę wyciągaliśmy stamtąd wszystkie rzeczy i je suszyliśmy. Trochę udało się uratować. Na szczęście byliśmy ubezpieczeni, więc za papier, który tam trzymaliśmy, dostaliśmy odszkodowanie – wspomina Stefan Rostek, który w ratowaniu zakładu po powodzi nie uczestniczył, bo był już wtedy na emeryturze.

7 lipca pamięta za to Henryk Szczepanowski, który pracował wtedy na pierwszą zmianę. – Skończyliśmy o 13.00, ale nie pojechaliśmy do domu. Jak zobaczyliśmy, że z gulika na Kolejowej wybija woda, to zaczęliśmy wynosić z magazynu papier kredowy, który ładowaliśmy do windy i składaliśmy na parterze w hali maszyn. To był papier, który dostaliśmy od klienta drukującego u nas opakowania na papierosy. Przewoziliśmy go dopóki nie wyłączyli prądu. Wróciliśmy rano żeby ratować resztę. To był nasz chleb, nasze miejsca pracy – wspomina pan Henryk.

Inną historię z papierem pamięta Antoni Szumilak. – Podczas powodzi w 1997 roku popłynął cały warsztat i magazyn, który był w piwnicy, a wraz z nim drukarskie farby, kompresory i oczywiście całe role papieru po 500 – 600 kilogramów. Wody było tyle, że te role podniosły się z dołu i pływały jedna na drugiej. Gdy woda opadła, zaczęliśmy ratować co się dało. Wpadliśmy na taki pomysł, żeby najdroższy kredowy papier poobcinać po 10 centymetrów z każdej strony i w ten sposób trochę zaoszczędzić, bo środek był całkiem dobry – wspomina Antoni Szumilak i dodaje, że na lipiec miał wyznaczony termin wizyty w klinice na Ochojcu, gdzie leczył się jego syn, który miał wadę serca. – Nie wiedzieliśmy co mamy zrobić, bo z Raciborza nie można się było wtedy wydostać. Pomoc zaproponowała ekipa śmigłowca, która transportowała pensjonariuszy „Złotej Jesieni” z Ostroga na plac Arki Bożka. Polecieliśmy z nimi na lotnisko w Muchowcu, gdzie czekała na nas karetka. Zostaliśmy w klinice cztery dni – wspomina pan Antoni.

Wielkie sprzątanie

8 lipca zjawili się w zakładzie wszyscy pracownicy, którzy chcieli pomóc. Anna Koziarczyk, która pracowała w biurze zaczynała pół godziny później niż reszta. – Kiedy przyszłam na Staszica, wszyscy pracownicy stali już na wysokości piekarni Alfreda Chrobaka, bo tam kończyło się lustro wody. Dla nas wszystkich to był ogromny szok, bo nikt się nie spodziewał, że nie będzie można postawić suchej stopy żeby wejść na teren zakładu. Od strony podwórka, które było usytuowane w dole, mogliśmy się dostać dopiero na drugi dzień. O pracy tego dnia nie było mowy. Woda stopniowo opadała, ale dopiero w godzinach popołudniowych można się było dostać do drukarni. Ludzie czuli się odpowiedzialni za zakład i mimo że na początku nie mogliśmy wejść do środka, to cały czas ktoś był na zewnątrz. Jak jedni szli do domu, żeby coś zjeść, inni ich zmieniali – wspomina pani Ania.

Maria Augustyniak była świeżo po operacji nogi. – Przyszłam w bandażach do zakładu, bo wiedziałam, że muszę otworzyć kasę i wydać ludziom pieniądze potrzebne na zakup gumowych rękawic, butów i środków czystości. To trzeba było zrobić od razu, nikt nie mógł czekać – tłumaczy swoją decyzję.

Znajdująca się na wysokim parterze hala maszyn ocalała, ale woda zalała stojącą w pomieszczeniu przy podwórku najnowszą dwukolorową pełnoformatową maszynę offsetową. – Na szczęście wszystkie elementy odpowiadające za precyzję maszyny były powyżej linii wody. Zalane zostały części mechaniczne, które udało się uratować. Przyjechali mechanicy z Będzina, ale to nasi pracownicy zajęli się doprowadzeniem jej do stanu używalności. Wyczyściliśmy ją z błota i dalej pracowała. Największe straty ponieśliśmy w magazynie, który znajdował się w piwnicy. Składowano tam farby i papier przeznaczony do druków akcydensowych, prasy i folderów – wspomina Anna Koziarczyk.

Osobne pomieszczenie magazynu przeznaczono na produkty wykorzystywane w dziale chemigrafii. – To były tak niebezpieczne i żrące środki, że bez ochronnych rękawic i butów, strach było tam sprzątać. To co się dało, ratowaliśmy. Resztę samochodami wywoziliśmy na wysypisko. Mieliśmy w tym nieszczęściu trochę szczęścia, bo stojące kiedyś razem z dwukolorówką dwa offsetowe „Brylanty” przenieśliśmy przed powodzią do hali maszyn na parter i to je uratowało. Drukowaliśmy na nich „Nowiny Raciborskie” i dzięki temu udało się szybko uruchomić produkcję – tłumaczy maszynista Ryszard Drelich, a ja tylko dodam, że nasz tygodnik w ciągu 27 lat istnienia nie ukazał się tylko raz. To było 11 lipca 1997 roku.

Na ratunek drukarni

W zakładzie zjawił się od razu Stanisław Wasiuta, wcześniejszy kierownik drukarni, którego w tym czasie oddelegowano do Rybnika. Nie mogąc wydostać się z miasta, zaangażował się w pomoc na miejscu. – Pracowałem wtedy w zakładzie ślusarskim, który znajdował się w budynku byłej kartoniarni przy ul. Londzina, którą przeniesiono wcześniej do zakładów graficznych przy Staszica. Woda zatrzymała się na wysokości kina Bałtyk, więc nasz zakład nie ucierpiał. Miałem wtedy aparat fotograficzny i ojciec zabrał mnie do drukarni, żebym zrobił zdjęcia załodze, która gdy tylko opadła woda, zaczęła porządkować zalane pomieszczenia. Zrobił potem z tego filmu odbitki i wysłał je do Będzina – wspomina Mirosław Wasiuta. Na jego fotografiach pojawiają się nieżyjący już pracownicy drukarni: kierowniczka magazynu Janina Sobala, obsługujący zalaną dwukolorówkę offsetową Józef Koziarczyk, który pokazuje dokąd sięgała woda i przedostatni kierownik zakładu Stanisław Wasiuta. Na kolejnych w wielkim sprzątaniu biorą udział Ryszard Drelich, Antoni Szumilak, Henryk Szczepanowski i Józef Piechaczek. Dziś te zdjęcia mają wymiar historyczny, bo są jedynym dokumentem z czasów powodzi. – Najgorsze było to, że my próbowaliśmy ten zakład za wszelką cenę ratować, a nasza dyrekcja w Będzinie miała doskonały powód do tego, żeby sobie odpuścić. Tam nikomu na nas nie zależało. Do dzisiaj nikt nie wie jakie odszkodowanie zostało przyznane raciborskiej drukarni. Wszystkie pieniądze trafiły do dyrekcji w Będzinie, a Racibórz nie dostał nawet złotówki. Od powodzi zaczął się początek końca. Najdroższą dwukolorówkę wywieziono do Będzina, resztę maszyn dyrekcja sprzedawała na bieżąco, a ja oprowadzałam potencjalnych nabywców i pokazywałam im sprzęt. Moje zadanie skończyło się wraz z opróżnieniem budynku i przekazaniu go skarbowi państwa. To było w lutym 2000 roku – podsumowuje Anna Koziarczyk, ostatnia kierowniczka zakładu która przez kilka lat prowadziła jeszcze wraz ze wspólnikami drukarnię na Ostrogu.

Katarzyna Gruchot

  • Numer: 40 (1423)
  • Data wydania: 01.10.19
Czytaj e-gazetę