Czwartek, 23 września 2021

imieniny: Bogusława, Tekli, Liberta

RSS

Dyrektor szpitala w Rybniku: Wołamy teraz SOS do wszystkich, którym zależy [rozmowa z Ewą Ficą z WSS3]

18.07.2021 19:00 | 13 komentarzy | ska, aps

Rozmowa z dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 3 w Rybniku. Ewa Fica wyjaśnia przyczyny dramatycznej sytuacji lecznicy, powody ogromnego zadłużenia sięgającego aż 205 mln zł oraz zawieszenia czterech oddziałów. Pytamy także o kontrowersje wokół stacji dializ i o to, czy szpital otrzymuje wsparcie także od podmiotów prywatnych oraz samorządów.

Dyrektor szpitala w Rybniku: Wołamy teraz SOS do wszystkich, którym zależy [rozmowa z Ewą Ficą z WSS3]
Dyrektor WSS3 Ewa Fica wyjaśnia ostatnie bulwersujące sprawy związane ze szpitalem, m.in. powody ogromnej straty szpitala oraz odejść lekarzy.
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Wołamy teraz SOS do wszystkich, którym zależy - rozmowa z Ewą Ficą z WSS3

(Red.) Aktualna strata szpitala to ponad 205 milionów złotych, czyli dla większości ludzi kwota niewyobrażalna, a przez to abstrakcyjna. Dlatego pytanie brzmi, co tak wysoka strata oznacza dla potencjalnych pacjentów?

Ewa Fica. Zacznijmy od tego, że strata to nie jest zadłużenie, bo tak czasem się mówi. I że zadłużony szpital zbankrutuje i zostanie zamknięty. Nie, nie zostanie, to plotki bez pokrycia w faktach. W Polsce publiczny szpital nie może zbankrutować. Strata jest wtedy, kiedy koszty funkcjonowania szpitala są wyższe niż jego przychody. Ona nie pojawiła się w szpitalu w tym roku, ani w ubiegłym. Te ponad 200 milionów to kumulacja strat co najmniej z kilkunastu lat. Chyba tylko raz w historii szpitala, w 2013 roku, miał on niewielki wynik dodatni. Zawsze więc do szpitala trzeba było dopłacać, ale fakt faktem, że nie tak dużo jak ostatnio. I to jest rzeczywiście dramatyczny problem, utrudniający bieżące funkcjonowanie. Robimy wszystko, żeby te straty ograniczać i mamy efekty, bo przecież o ile strata za styczeń 2021 roku przekraczała 4 miliony złotych, to już za maj wynosiła tylko 1,9 miliona. Tylko i aż, bo to wciąż niepokojący wynik.

Dlaczego straty w szpitalu się kumulują, a nie są pokrywane na bieżąco przez organ założycielski, czyli Marszałka Województwa Śląskiego?

Były pokrywane, w takim zakresie, na ile pozwalają przepisy, czyli samorząd województwa dopłacał tylko kwotę która przekraczała wartość amortyzacji. Zresztą na Urząd Marszałkowski zawsze możemy liczyć i tak naprawdę dzięki niemu wciąż utrzymujemy się na powierzchni i możemy leczyć mieszkańców Subregionu Zachodniego Województwa Śląskiego.

Chce pani powiedzieć, że – niezależnie od zasobności portfela Marszałka – szpital jest skazany na stałe generowanie strat?

W obecnym systemie finansowania ochrony zdrowia, ciągłym wzrostom wysokości płac i podejściu do szpitala jego innych interesariuszy – tak. Trzeba zauważyć, że szpital ma w praktyce tylko jedno źródło przychodów, kontrakt z NFZ, z którym można negocjować tylko w ograniczonym zakresie. Z kolei po stronie kosztów ogromne pozycje to zarobki, na których kształtowanie – zwłaszcza w ostatnich latach – wpływ zarówno szpitala, jak i organu założycielskiego też był mocno ograniczony. A te koszty rosły w ostatnich latach wręcz lawinowo. 

Kontrakt z NFZ także wzrósł…

Kontrakt z NFZ wzrósł istotnie tylko w 2020 roku, ale z kolei znacznie poszły w górę także wydatki szpitala na różne procedury i zakup materiałów w celu przeciwdziałania Covid-19. Ale najbardziej finanse szpitala zostały „dobite” przez wzrost kosztów wynagrodzeń, wynikający przede wszystkim z podwyżek dla pracowników wprowadzonych wskutek zakończonego sporu zbiorowego. Rok do roku w ostatnich latach koszty wynagrodzeń (z ZUS) w szpitalu wzrastały o ogromne sumy: w 2017 roku o 16,5 mln zł, w 2018 o 17,4 mln, w 2019 o 24,5 mln, a w 2020 o 18,3 mln. Niezależnie od tego, żeby kadra nie odchodziła do pracy w innych placówkach, nasz szpital też musi oferować porównywalne zarobki. 

Ale szpital widocznie nie oferuje konkurencyjnych zarobków, skoro odchodzą lekarze i trzeba zamykać oddziały?

Proszę Pana, przede wszystkim mówimy o odejściu tylko 21 lekarzy w ostatnim czasie, gdy w szpitalu pracuje ich aktualnie ponad 330, a łączne zatrudnienie w placówce to ponad 1600 osób. W przypadku lekarzy nie chodziło o niskie stawki, ale o dodatki za tzw. zejścia po dyżurach, czyli za czas, kiedy lekarz de facto nie pracuje, nie ma go w szpitalu. Szpitala nie stać na płacenie za pracę, która nie jest wykonywana. Tego się zbierało po 15-50 godzin miesięcznie, za które szpital płacił jak za normalny czas pracy. Sąd Najwyższy uznał, że te dodatki nie należą się lekarzom i my też zdecydowaliśmy, że przestaniemy je wypłacać. 

Ale najbardziej finanse szpitala zostały „dobite” przez wzrost kosztów wynagrodzeń, wynikający przede wszystkim z podwyżek dla pracowników wprowadzonych wskutek zakończonego sporu zbiorowego. Rok do roku w ostatnich latach koszty wynagrodzeń (z ZUS) w szpitalu wzrastały o ogromne sumy: w 2017 roku o 16,5 mln zł, w 2018 o 17,4 mln, w 2019 o 24,5 mln, a w 2020 o 18,3 mln

Można było przewidzieć czym to będzie grozić…

I tak, i nie. Do ostatniej chwili trwały negocjacje z lekarzami, apelował do nich w czasie wideokonferencji konsultant wojewódzki ds. nefrologii prof. Andrzej Więcek, były sygnały, że porozumienie jest możliwe, ale ostatecznie część lekarzy nie zgodziła się na to. Zresztą w kilku przypadkach o odejściu nie zdecydowały w ogóle względy finansowe tylko osobiste, związane z różnymi planami życiowymi, a wypowiedzenia zostały złożone jeszcze przed zmianą warunków. Poza tym podkreślam, oddziały nie zostały zamknięte, ale czasowo zawieszone. 

Trudno się chyba dziwić, że lekarze nie przyjęli wypowiedzeń, w wyniku których finalnie mieli zarabiać mniej…

Podkreślam jeszcze raz: wypowiedziane zostały tylko dodatki za zejścia po dyżurach. Takie jest prawo. Dlaczego szpital ma płacić za czas, kiedy lekarza nie ma w szpitalu? Zresztą, jak łatwo zauważyć, ogromna większość lekarzy rozumie trudną sytuację szpitala i pacjentów. Cały czas pracujemy, żeby pozyskać lekarzy na zawieszone oddziały. Może nawet wrócą niektórzy z tych, którzy odeszli z końcem czerwca. Mogę już dziś powiedzieć, że podpisaliśmy porozumienie z panią ordynator Katarzyną Musioł i od 1 września uruchomimy pediatrię dziecięcą. W najbliższych dniach ogłosimy postępowania konkursowe w zakresie naborów na pozostałe zawieszone oddziały. 

Głośne odejście lekarzy nie zniechęci innych do podjęcia pracy w szpitalu?

To smutne, że lekarze którzy zdecydowali się odejść, wciąż robią czarny PR rybnickiemu szpitalowi, bo publikują oświadczenia na stronie Śląskiej Izby lekarskiej, w których de facto namawiają kolegów do tego, by w imię solidarności zawodowej nie przyjmowali naszych ofert pracy. Ja się zastanawiam, gdzie w tym wszystkim troska o dobro pacjentów, których powinniśmy leczyć na zawieszonych oddziałach? Czy kwestie ambicjonalne są ważniejsze od bezpieczeństwa zdrowotnego mieszkańców Subregionu Zachodniego Województwa Śląskiego?

„Na mieście” mówi się, że o chętnych do pracy może być trudno także dlatego, że szpital płaci 70 zł za godzinę, gdy obecnie na rynku standard to 120 zł.

To nieprawda. Nie ma u nas lekarzy, którzy pracują za 70 zł za godzinę na kontraktach. Zdarzają się stawki 80-90 zł, są stawki 100 zł, także 120 zł, a nawet więcej. W szczegóły nie chcę się wdawać, bo to niepotrzebne. Powiem jednak tak – szpital w Rybniku naprawdę płaci dobrze.

Dlaczego odejście „tylko” 21 lekarzy musiało spowodować zawieszenie aż 4 oddziałów?

To wynika z tego, że musimy zapewnić zabezpieczenie lekarzy dyżurujących na poziomie kontraktu z NFZ. Jeśli nawet dwóch lekarzy zabraknie do ustalonej normy to zgodnie z prawem oddział nie może pracować. Inną sprawą jest obłożenie – na przykład na pediatrii z trudem sięgało ono 50 procent łóżek. Natomiast powtarzam od dawna, że ten oddział jest dla nas ważny i absolutnie nikt nie myśli o jego likwidacji, bo takie głosy czasami słyszę. Wraca we wrześniu i dalej będziemy leczyć na nim najmłodszych pacjentów.

CZYTAJ DALEJ NA STRONIE 2 >