Czwartek, 20 czerwca 2019

imieniny: Bogny, Florentyny, Bożeny

RSS

Burzliwy powrót człowieka prawicy

12.01.2015 12:10 | 2 komentarze | ma.w

Wywiad z Markiem Rapnickim (na zdj. stoi), radnym Raciborza. Kiedy jawnie wyraził swe poglądy, wielu odwróciło się od niego. Uważany za ikonę prawicy, został odtrącony przez PiS.

Burzliwy powrót człowieka prawicy
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

– Znowu jest pan w gronie radnych miejskich. Dlaczego po dość długiej nieobecności w samorządzie wrócił pan do politycznej gry?

– Nie chciałem jej opuszczać, startowałem w wyborach. Sam zdobywałem znaczące poparcie, ale na ogół przegrywały listy, na których byłem. Teraz stanąłem do rywalizacji jako członek PiS. Uznaliśmy z kolegami, że należy dać dobrą zmianę w Raciborzu. W poprzedniej radzie miasta był tylko jeden przedstawiciel partii. Ta sytuacja wydała nam się niedobra. Dodatkowo nowa ordynacja wyborcza dawała szansę czystej rywalizacji, wywoływała dreszcz emocji.

– Dobrą zmianę? Tylko na prawicy czy ogólnie w mieście?

– Należałem do kontestatorów panującego układu politycznego. Władza sprawowana permanentnie przez jedną grupę ludzi może się zamienić w satrapię, tak zawsze twierdziłem. Jej elementy dostrzegałem. Grzechów rządzącej ekipy było dużo: zakonserwowanie sytuacji kadrowej, uwiąd kapitalizmu w mieście, ograniczenie wolnej konkurencji, wreszcie skłonność do „igrzysk”. To wszystko prowadziło w ślepą uliczkę.

– Nie zdecydował się pan na start w Ocicach, gdzie mieszka. To było ryzyko, czy przemyślana kalkulacja?

– Startowałem w okręgu, gdzie 18 lat temu mieszkałem. Tym samym nie mogłem oddać na siebie głosu. Poddałem się w pełni ocenie wyborców, powierzając swój los Matce Bożej, patronce parafii w tym okręgu wyborczym. Rywalizowałem tam z Krzysztofem Szydłowskim. Pojedynek jak w westernie, jeden na jednego. Wybrano mnie.

– Jako reprezentant PiS szedł pan po władzę u boku Dawida Wacławczyka. Partia reklamowała go jako wymarzonego przez nią kandydata na prezydenta. Przez pana też?

– Na łamach Nowin politolog Marek Migalski pochwalił Dawida Wacławczyka za zjednoczenie raciborskiej prawicy. To jednak błędna diagnoza. Kandydatem prawicy przez pół roku przed datą wyborów był Robert Myśliwy. Człowiek z ośmioletnim stażem w samorządzie, o poglądach konserwatywnych i darzony szacunkiem z różnych stron sceny politycznej. To on był szansą raciborskiej opozycji, popierany przez PiS, Klub Gazety Polskiej, a także przez NaM. Wskutek obiekcji dosłownie kilku z grona PiS oraz Oblicz ostatecznie wycofał się. Dopiero wtedy wkroczył Dawid Wacławczyk, czego zresztą nie kontestowałem.

– Wacławczyk zyskał wsparcie całej prawej strony raciborskiej sceny politycznej. Dlaczego przegrał, był dopiero trzeci w rywalizacji?

– Zacznę w ten sposób: Robert Myśliwy jako założyciel NaM, a dziś polityk niezależny, ze swym konserwatyzmem  idealnie pasował do roli zwornika wszystkich ugrupowań. Miał znakomity przegląd pola politycznego. To nałogowiec samorządu i społecznik.  Zaś Dawid Wacławczyk jest liderem dość liberalnego NaM, które zdominowało prawicę wobec słabości PiS. On wielu ludziom nie kojarzył się z prawicowym dekalogiem. „Prawicowości” nie sposób się w miesiąc nauczyć, mówili. W związku z tym niektórzy mocni kandydaci wycofali się ze startu w wyborach lub poszli z własnych komitetów. To niewątpliwie osłabiło jego kandydaturę.

– Po pierwszej turze wyborów opowiedział się pan przeciw sojuszowi Dawida Wacławczyka z Anną Ronin. Nie żałuje pan ten decyzji po tym, co później pana spotkało?

– W życiu mężczyzny są chwile, gdy trzeba powiedzieć „tak, tak – nie, nie”. To nie było łatwe. Ale po miesiącu od tamtych wydarzeń wiem, że znów postąpiłbym tak samo. Oferta wyborcza opozycji powinna być dużo lepsza od konkurencji. Tymczasem po przegranej Wacławczyka i Ronin w pierwszej turze, niespodziewana (?) fuzja tych dwojga sprawiła, że ja oraz wiele znanych mi osób poczuliśmy się zmuszeni do rozwiązywania równania z maksymalną liczbą niewiadomych.

– Był pan na spotkaniu z kandydatką Mniejszości Niemieckiej w sztabie Dawida Wacławczyka. Nie udało się rozwiać wątpliwości?

– Niestety, tego wieczoru czułem się jak na seansie psychologicznym, na którym ktoś chce mi sprzedać swój produkt. Czułem się manipulowany i słyszałem w dyskusji, że to nie tylko moje wrażenie! Odczytałem spotkanie jako grę o przejęcie władzy, gdzie prawdziwych atutów nie ma, albo są skrzętnie ukrywane z jakiegoś tajemniczego powodu. Praktycznie nieznaną i niedoświadczoną kandydatkę anonimowi reżyserzy wpisali w scenariusz opowieści pt. „Jak wygrać wybory”.

– Nie popierał pan jej, ale mógł pozostać z boku jako człowiek sukcesu, przyszły radny. Po co pan się publicznie sprzeciwił?

– Dobre pytanie! Bo leży mi na sercu przyszłość Raciborza, naprawdę. Byłem przekonany, że trzeba przeciwstawić takiemu scenariuszowi swój honor i swoją pozycję człowieka prawicy. Że trzeba krzyknąć głośno: – To nie jest droga do naprawy naszej małej Ojczyzyny!

– Zapłacił pan za ten akt. Stracił miejsce w partii i dotąd go nie odzyskał. Znów zapytam: nie żal panu?

– W istocie to dla mnie ogromna cena. Należę do, jak to się mówi, twardego elektoratu Prawa i Sprawiedliwości właściwie od początku istnienia partii. Także w opinii osób, które mnie znają, to, czego doświadczyłem, jest krzywdzące i niesprawiedliwe. Robienie ze mnie zwolennika Platformy, jak to uczynił p.o. pełnomocnika powiatowego, to jakiś absurd, który dowodzi ponadto nieznajomości specyfiki raciborskiej sceny politycznej. Źle rozpoznano dobro miasta, tolerując post factum niewłaściwie realizowane aspiracje Wacławczyka. Alternatywa wobec Mirosława Lenka, jaki by nie był, firmowana przez Dawida, którego prywatnie bardzo lubiłem, była alternatywą szkodliwą. Jeden z poważnych obywateli Raciborza powiedział przed wyborami, że zagłosuje na kogokolwiek, byle nie na Lenka. To dowód frustracji, ale nie nowej koncepcji.  Annę Ronin można szanować za odwagę, ale niechęć do aktualnie rządzącej ekipy nie może być jedynym pretekstem do zmiany władzy.

– Kwestionując walory kandydatki na prezydenta naraził się pan kolegom z prawicy, z którymi pan startował. Zaskoczyło to pana?

– W swoim apelu nie powiedziałem słowa więcej niż to, co Dawid Wacławczyk mówił do swojej konkurentki przed pierwszą turą wyborów. NaM kontestowało to samo, o czym ostrzegłem ja: jej niedoświadczenie, brak zaplecza, późny akces wyborczy, skrzętne ukrywanie sojuszników...  Kampania była ostra, bo walczono o ten sam elektorat. A potem nagłej zmiany frontu przez NaM nie mogło – według mnie –  usprawiedliwić hasło „Wróg mojego wroga moim przyjacielem”. To by się posypało na pierwszym zakręcie, zbyt wielu rosłych mężczyzn ukryło się za błękitnym kostiumem kandydatki!

– NaM pana skrytykował, PiS porzucił. Co bardziej zabolało?

– Dzień po moim oświadczeniu raciborski PiS na zebraniu z udziałem pani senator Izabeli Kloc, ogromną większością głosów wyraził dezaprobatę dla obu konkurentów, jednocześnie apelując o „mądry wybór”. Ja dokonałem wyboru, racjonalnego wyboru! Mój apel nie był daleki od stanowiska partii, gdyż głównie kontestowałem jednego z kandydatów. Zrobiłem to  jako raciborzanin z 34-letnim stażem. Żałuję, że nie przyjęto tej argumentacji, pomimo moich wyjaśnień. Co do NaM-u: byliśmy koalicjantami, ja skorzystałem ze swego prawa do suwerenności przed drugą turą. Godności i honoru nie trzeba mnie uczyć!

– Jaką rolę odegrał w pańskiej postawie fakt, że konkurentka reprezentowała Mniejszość Niemiecką?

– Wątek narodowościowy nie był tu istotny. Przypomnę, że w latach 90 inspirowałem prezydenta pierwszej kadencji do przywrócenia pomnika Eichendorffa w Raciborzu w miejscu, gdzie stał przed wojną. Byłem i jestem zwolennikiem pojednania. A z Dawidem Wacławczykiem, jak wielu innych, umówiłem się na wygraną z Mirosławem Lenkiem. Nie było umowy, że będziemy przejmowali władzę przy użyciu sojuszu, którego rzetelności nikt nie omówił, tworzonego ad hoc, by zniwelować porażkę wyborczą.

– Internet huczał od nienawistnych wpisów pod pańskim adresem. Odniósł się pan do tego na drugiej sesji, wskazując NaM-owi drogę do zgody. Stowarzyszenie natomiast zaatakowało pana przed świętami apelem o rezygnację z mandatu radnego. Jak pan to przyjął?

– Mój apel na sesji nie został zrozumiany. Zaatakowano mnie w okresie przedświątecznym kiedy nawet w średniowieczu i dawniej zawieszano topory wojenne. Zażądano oddania mandatu. Mam przeczucie, że mandat jest własnością radnego, tym bardziej że zdobyty w otwartej walce w okręgu jednomandatowym. Jest on efektem mojej pracy w kampanii i wieloletniego dorobku. Uzasadnianie dobrego wyniku efektem siły komitetu stanowi uzurpację, gdyż jest nie do udowodnienia. W kampanii położyłem na wyborczą szalę trzy swoje przymioty: wiarę, rozum i doświadczenie. Tę ofertę przyjęto. W oparciu o te składniki wykonałem następnie ruch, który był dla mnie ich naturalną konsekwencją –  służył trosce o duszę miasta.

– Jak pan postrzega radę miasta u progu nowej kadencji?

– Widzę w niej dużo porządnych ludzi. Zarówno, gdy patrzę w lewo jak i na prawo. Poprzez absencję kilku poprzednich radnych ta kadencja może być jakościowo inna. Wcześniej miastem rządziła ekipa zhierarchizowana i zdominowana przez jedną, najwyżej dwie osoby. Czy te więzi przetrwały, wyjaśni się w najbliższym czasie.

– Mówiąc o absencji, ma pan zapewne na myśli Tadeusza Wojnara?

– Skład tej rady uprawnia do przypuszczeń, że nie będzie wymagała cerbera, jakim był przewodniczący rady. Ludzie okrzepną i będą dobrze pracować, tak sądzę. Przed prezydentem zaś pojawiły się nowe wyzwania – będzie mu potrzebna większa operatywność. Jednak nie musi się już na nikogo oglądać. Ma szansę wprowadzić nową jakość rządzenia miastem. Zależy jednak, co zechce zmienić w swojej pracy.

– Na czym miałaby polegać ta nowa jakość rządzenia?

– Trzecia kadencja nie każdemu się zdarza, ale każdy samorządowiec by tego chciał. Mirosław Lenk ma przed sobą ogromną szansę. Konfiguracja personalna: Henryk Mainusz – Mirosław Lenk jest wyraźnie inna od tej z poprzednich kadencji. Dziś widzę prezydenta na najważniejszym dla siebie i miasta skrzyżowaniu. Może pójść w jednym z kilku kierunków. Jest ogromna szansa, że postawi na znaczącą ewolucję, a nie na „utrzymanie dotychczasowych pozycji”.

– Siedzi pan w Sali Kolumnowej obok dwóch młodszych radnych – Michała Wosia i Michała Fity. Co pan o nich sądzi?

– Dzieli ich jakieś 10 – 12 lat, a łączy to, że są niezależni. Jest takie przekleństwo „obyś żył w ciekawych czasach” i właśnie im przyszło pracować w interesującej kadencji.  To mogą być dla nich kluczowe cztery lata w ich rozwoju jako samorządowców. Michał Woś to bez wątpienia przyszłość raciborskiej rady miasta, Michał Fita nabrał już doświadczenia w samorządzie. Obaj zyskali uznanie wyborców, bo stanęli do walki w pojedynkę. Po wyborach ocalili swoją suwerenność, lecz nie powinni z niej uczynić wartości absolutnej: aby będąc niezależnym, nie zostać bezradnym. Dobry pomysł, ktokolwiek by go proponował, zasługuje na poparcie, a słusznej sprawy należy bronić. Oni mogą być języczkiem u wagi, dwa głosy mogą przesądzać w wielu głosowaniach.

– W kuluarach pojawiły się informacje, że Woś miał ofertę zostać wiceprzewodniczącym rady, a Fita szefem komisji oświaty. Czy to dobrze, że obaj odrzucili propozycje?

– Moim zdaniem  mogli przyjąć te funkcje. Były adekwatne do ich kompetencji i mogły stanowić sygnał zmiany warty. Byłoby to dobre dla Raciborza. Wtedy udałoby się nowej radzie od razu wyjść poza kontekst nieustannej walki w podziale na opozycję i koalicję.

– Zrobił to Andrzej Rosół i został ostro skrytykowany przez kolegów, z którymi startował by. Ich zapewne też spotkała krytyka. Może uznali, że nie warto?

– Na temat, kto „zdradził” w tych wyborach, trzeba byłoby zrobić ogromne sympozjum. Jeżeli samorząd to „matka” mieszkańców, a demokratyczne procedury wyłoniły prezydenta, kogoś w rodzaju „ojca”, to jego propozycje trzeba traktować z wielkim namysłem, poważnie. Przyznam, że łatwiej mi jest oceniać tę sytuację, gdyż sam żadnych funkcji w radzie nie planowałem.

– Pańscy krytycy chętnie podnoszą temat „stołka” dla pana, który należy się za poparcie dla Mirosława Lenka…

– Proszę mi zatem wskazać ten stołek! (śmiech) Uzyskałem mandat radnego i nie zrezygnuję z niego, by zająć stanowisko w urzędzie miasta, czy też podległej mu jednostce. Mandat przyznany decyzją wyborców to zaszczyt, 333 głosy oddane na mnie są poważnym zobowiązaniem. Jedno mogę o sobie rzec: niczego w życiu nie zrobiłem „dla kariery”, ani też ze strachu. To był odruch sumienia, które z natury rzeczy nie jest partyjne.

– Obok pana, za Lenkiem opowiedział się Robert Myśliwy. Przyjaźnicie się panowie od dawna. Jaką rolę widziałby pan w Raciborzu dla tego byłego już samorządowca?

– Szkoda, by ograniczył się on tylko do roli obserwatora. Cztery lata kadencji samorządu to swego rodzaju pole bitwy, gdzie potrzeba zawodowców! Obecnemu prezydentowi niezbędne jest wsparcie, bo w Raciborzu muszą nastąpić daleko idące zmiany w mechanizmach działania, polityce personalnej i gospodarczej. Tu jest niezbędna ożywcza transfuzja. A ja przez 25 lat raciborskiego samorządu nie spotkałem tej klasy samorządowca co Robert Myśliwy!

Rozmawiał Mariusz Weidner



Ludzie:

Dawid Wacławczyk

Dawid Wacławczyk

Radny Powiatu Raciborskiego.

Mirosław Lenk

Mirosław Lenk

Radny Miasta Racibórz, były prezydent.

Robert Myśliwy

Robert Myśliwy

Naczelnik Wydziału Edukacji, Kultury i Sportu