Czwartek, 25 kwietnia 2019

imieniny: Jarosława, Marka, Elwiry

RSS

Piotr Sput: Daleko nam do Europy, czyli po debacie

28.11.2014 15:25 | 4 komentarze | web

Po niedawnych wyborach jest oczywiste dla wszystkich, którzy obiektywnie chcą spojrzeć na polską rzeczywistość, że w zasadzie żyjemy w republice bananowej. Frekwencja wyborcza, katastrofalnie niska, o której nikt prawie nic nie pisze, jest porażająca. Ilość oddanych głosów nieważnych można wytłumaczyć logicznie tylko na dwa sposoby. Głupotą wyborców albo też manipulacjami wyborczymi.

Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Sami Państwo wybierzcie, którą wersją uważacie za bardziej prawdopodobną. Z frekwencji wyborczej, mniejszej niż w Botswanie, Burundi lub Burkina Faso wypływa jedyny możliwy, prosty wniosek. Większość ludzi w Polsce uważa państwo za twór obcy, może być jednak gorzej, bo ludzie mogą uznać państwo, jego organy i instytucje na różnych szczeblach, za twór wrogi, szkodliwy dla siebie, swych rodzin i podstaw egzystencji. Wtedy nikt za nic nie może ręczyć.

W Raciborzu zaś zamieszanie, jakiego już dawno nie było. Ludzie piszą oświadczenia, zmieniają obozy, poglądy, zdradzają swych dotychczasowych partnerów politycznych nie wiedząc, czy to konieczne i czy wyjdzie im to na dobre – w sumie – kabaret polityczny.

Mieliśmy wczoraj debatę radiową Anny Ronin z Mirosławem Lenkiem. Obydwoje kontrahenci wypadli blado, potyczka wyraźnie speszyła adwersarzy, nikt nie chciał zrobić błędu, co gorsze, nikt nie miał nic konkretnego do powiedzenia.

Ronin była słabiutka, nie potrafiła nawet wypunktować słabości Lenka w jego trosce i zabiegach o dobro ludzi starszych i musiała przyznać, że zabiega głównie o młodszych. Pani Ronin – czy tak trudno wpaść na to i udowodnić, że Lenk pozbawia ludzi starszych, o których niby tak dba, rzeczy dla nich zwykle najcenniejszej – ich rodzin, dzieci i wnuków, którzy muszą wyjeżdżać do pracy za granicę, bo tutaj dla nich jej nie ma? Zwykle, mając na uwadze elektorat Lenka, bardzo daleko, np. na zmywaki do Anglii. To przecież prosta zależność przyczynowo – skutkowa. To oczywisty fakt, nawet nie demagogia. Doradcy Ronin - słabiutko.

(...)

Pani Ronin jest związana z mniejszością niemiecką, chociaż w kampanii nie widziałem żadnych popierających ją członków władz organizacji mniejszości niemieckiej. Czyż to nie zastanawiające? Z nieformalnych rozmów pobrzmiewa jednoznacznie „…kandydatka słaba, nie wiadomo skąd ma poparcie, ale skoro nasza, to nie mamy wyjścia, trzeba popierać…”. Jedyne, w zasadzie pewne jest to, że popierają ją przedsiębiorcy nie będący dotychczas w łaskach władz miasta i chcący to zmienić. Ta zmiana, bez ścisłej kontroli i transparentności, nie wyjdzie miastu na dobre.

Zastanawiający jest też inny problem. Z jednej strony pani Ronin boi się ujawniać nazwiska popierających ją osób, z drugiej zaś, niczego wielkiego w życiu jeszcze nie dokonawszy, grozi wielu osobom, którzy według jej mniemania, nagłaśniali informacje związane z jej domniemanym związkiem z grupą tzw. odnowy, krokami prawnymi. Jakaż to niekonsekwencja – z jednaj strony chroni zagrożonych jej zdaniem nie wiadomo czym i przez kogo popleczników, z drugiej twardo grozi sankcjami prawnymi różnym osobom. Pani Ronin musi się przyzwyczaić do wolności informacji w państwie demokratycznym. I twardości, w zasadzie prawie całkowitego zbydlęcenia gry politycznej w naszym kraju.

Pomimo tego, że pani Ronin jest osobą niezbyt wybitną, prze do władzy nie mając własnej wizji, etosu, wiedzy, nawet wyraźnych zdolności przywódczych, ma zaś, nie wiadomo z czego wynikającą, pewność siebie przechodzącą czasem w tupet, należy stwierdzić, że nie mając już w chwili obecnej wyjścia, licząc nieco, ale tylko nieco na Dawida Wacławczyka, ciekawe byłoby oglądanie ostatecznego rozkładu układu z Wileńskiej po wygranej wspomnianego tandemu. Gorzej będzie jak im się nie uda i układ nie przetrwa czterech lat. Wtedy wileńczycy będą chcieli wrócić ze wzmożoną siłą.

Lenk zaś mówił o swoich radnych jak o swej prywatnej własności – podobnie Ronin wyrażał się o swoich ekspertach. Jest to nad wyraz żałosne. Lenk w sposób butny mówił o „jego radnych” oraz pytał Ronin jak chce rządzić bez większości w radzie. Pytam Lenka, czy kupił radnych na własność, bo tak to zabrzmiało. Radni to nie dawny beton partyjny – mogą zmienić zdanie, mają mandat wolny. Inna sporawa, że niektórzy, po 20 latach przewodniczącego Tadeusza, mogą o tym nie wiedzieć lub dawno zapomnieli.

Lenk dywagował też o wolności gospodarczej oraz o tym, że układ Wacławczyk – Ronin nie daje gwarancji dynamicznego rozwoju a faktycznie skazuje raciborzan na stagnację i brak perspektyw. Tutaj jakby nasz Mirosław Lenk mówił o sobie! Bo ciężko bardzie zaniedbać rozwój miasta jak on to właśnie zrobił.

Pytał też Ronin, co było do przewidzenia, o priorytety w zakresie samorządów terytorialnych dotyczące funduszy europejskich. Ekspertów Ronin ma słabych, było pewne, że Lenk spyta właśnie o to i to Ronin powinna, choćby w skrócie, mieć przygotowane.

Lenk w podsumowaniu czytał z kartki passus o tym, że Ronin nie miała pojęcia o środkach i priorytetach unijnych – więc pytanie było z założenia podchwytliwe a krytyka Ronin za niewiedzę w tym wypadku przygotowana z góry. Ronin chciała w podsumowaniu uderzyć w Lenka (chodziło o beton podżegający i straszący pracowników w urzędzie). Tłumaczenia i zaprzeczenia Lenka wyszło blado, brzmiały niezbyt suwerennie, płaczliwie.

Nie poruszano spraw najważniejszych – jak przełamać zły, niezbyt przychylny stosunek inwestorów do miasta, jak go zmienić, spowodować, by był lepszy? Co zrobić z fatalną, kolejny raz katastrofalną frekwencją wyborczą w Raciborzu? Wiem, że to może zabrzmieć naiwnie, szczególnie w Polsce i w Raciborzu, ale bez szerszego wciągnięcia w procesy demokratyczne ludzi nie zlikwidujemy patologii nigdy. Wiem, że niektórzy na to właśnie liczą.

Muszę stwierdzić dobitnie, że w normalnym kraju Europy Zachodniej ani Lenk nigdy nie zostałby prezydentem miasta ani też nikt, po takiej a nie innej kampanii wyborczej oraz zważywszy na stopień znajomości kandydatki, nie oddałby głosu na Annę Ronin.

Powiem wprost. Jestem zdegustowany, bowiem nie na takiego kontrkandydata dla Lenka czekało wielu, bardzo wielu raciborzan. Nie jest to wina Dawida Wacławczyka czy Anny Ronin, to Lenk jest winny, że najlepsi i najzdolniejsi raciborzanie wyjeżdżają bezpowrotnie i nikt utalentowany nie chce tutaj nawet zostać prezydentem.

Tak, sami raciborzanie też są z pewnością nieco winni. Jak mówi przysłowie „ludzie mają taką władzę, na jaką zasługują. Każda władza deprawuje, nawet taka jaką dysponuje prezydent podupadającego miasta. Dotychczasowy prezydent i jego team, przyznacie Państwo, nie był zbyt pilnie kontrolowany i krytycznie oceniany. Wiadomo zaś, że jest on zwykle na tyle sprawny i pracowity na ile zmusi go do wysiłku społeczność lokalna. Jeżeli obywatele, łącznie ze środkami masowego przekazu, po wygranych wyborach, będą się władzą miasta zachwycać, przylizywać, chwalić na wschodnią modłę, to szybko decydentów zdeprawują, co grozi zwykle nabyciem cech osobowości narcystycznej. Rządzący powinni czuć na sobie oddech kontroli. Bicz lokalnego referendum (odwoławczego). Musimy się pozbyć wschodniej czołobitności. Niestety często mylimy szacunek (który należy się każdemu człowiekowi) z uniżonością do osób, które sprawują jakiś, choćby najmniejszy mandat.

Dobrym, napawającym optymizmem na przyszłość jest fakt, że społeczeństwo się budzi. Dzisiejsza nasza władza, zarówno w państwie jak i w naszym podupadłym mieście – w dalekim stopniu antyspołeczna, siermiężna, postkomunistyczna, tworząca układy i sitwę, filc, najbardziej boi się odbudowy więzi społecznych, chce utrzymać atomizację społeczeństwa. Dla niej jest najlepiej, gdy, tak jak częściowo za komuny, każdy każdego się boi, jest konkurentem, co dzisiaj, w czasach wzrastającej biedy, bezrobocia i niepewność pracy oraz utrzymania rodziny jest na porządku dziennym. A na górze, jak we wschodnich satrapiach, króluje dobry ojciec batiuszka – wieczny i niepodważalny. Lub też dobra matka narodu, błaźniąca się na każdym kroku. Taką, opisaną powyżej, prymitywną władzę przeraża samoorganizująca się wspólnota, zwana społeczeństwem obywatelskim, która jest nastawiona na odbudowę więzi międzyludzkich i odzyskanie swej podrzędności i suwerenności w państwie. To spędza kacykom sen z powiek – prowadzi bowiem do funkcjonowania demokracji – czyli w dużej mierze wymieraniu kasty kacyków.

Chodzi o to, aby oprzeć się przemianie, którą wielu próbowało na nas dokonać. Z krytycznego obywatela chcą z nas zrobić bezkrytycznego konsumenta, co w konsekwencji dla nas samych i demokracji byłoby zabójcze.

Nie bójmy się nowej władzy. Kontrolujmy ją, jeżeli przyjdzie. Organizujmy się. Nie na dwa miesiące przed wyborami tylko zaraz po nich, na cztery lata przed następnymi. Tak jak w krajach demokratycznych. Wciągajmy do pracy ludzi mądrych i prawych, także takich, którzy nie mają aspiracji politycznych, wypracowujmy wspólne cele i metody ich realizacji. Naciskajmy na władzę w celu ich realizacji. W sytuacji skrajnej, która w Raciborzu dawno powinna nastąpić, organizujmy referendum lokalne (odwoławcze). Do wyborów wystawiajmy kandydatów nie z kapelusza wziętych, tylko powszechnie znanych. Wtedy nie będziemy przeżywać takich zaskoczeń, domniemanej, zakulisowej walki dwóch przeciwstawnych grup przedsiębiorców czy uważanych za prawdopodobne działań nieformalnych grup modlitewnych oraz innych niedemokratycznych czynników.

Dajmy nowej władzy, tak jak na zachodzie, 100 dni na rozkręcenie się, potem zaś traktujmy ją zgodnie z sentencją Napoleona Bonapartego, który stwierdził „Nie polityka powinna rządzić ludźmi, lecz ludzie polityką”. I kto to powiedział.

Piotr Sput




Opinie oraz treści zawarte w rubryce WebKrytyka przedstawiają wyłącznie własne zdanie autorów i mogą ale nie muszą odzwierciedlać poglądów redakcji. Masz coś ciekawego do przekazania szerszemu gronu - zapraszamy na łamy portalu nowiny.pl - opublikujemy Twój felieton bezpłatnie. Wyślij swoje przemyślenia na adres webkrytyka@nowiny.pl. Redakcja zastrzega sobie prawo odmowy publikacji materiału.