Niedziela, 16 czerwca 2019

imieniny: Aliny, Justyny, Benona

RSS

Patrol

16.12.2012 11:59 | 64 komentarze | acz

Podczas tradycyjnej procesji konnej w Pietrowicach jeźdźcy wymierzają sobie kuksańce i ciosy batem. Już po procesji dochodzi do awantur i bójek. Taki obraz wypływa z relacji samorządowców, którzy skierowali sprawę burd do prokuratury. Sąd Rejonowy w Raciborzu wydał właśnie wyrok w sprawie incydentów podczas wielkanocnego przemarszu.

Proces po procesji
Fot. Adrian Czarnota / nowiny.pl
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Tradycyjna procesja wielkanocna w Pietrowicach Wielkich to chluba gminy. Bo choć swoje procesje wielkanocne mają Bieńkowice, Sudół i Zawada Książęca, to właśnie pietrowicka uważana jest za tę „pierwszą” i „prawdziwą”. W kwietniu jeźdźcy na koniach objeżdżają pola, prosząc Boga o łaskę i urodzaj. Po tym objeździe odbywają się emocjonujące wyścigi jeźdźców, a od kilku lat impreza na miejscowym boisku. Niektórzy jeźdźcy żyją wyścigami już na kilka tygodni przed Wielkanocą. Jednego z nich nadmierne emocje zaprowadziły przed oblicze Temidy.

Bito jeźdźców
Procesja konna w Pietrowicach Wielkich organizowana była najpierw przez samego proboszcza, później zaczął pomagać urząd gminy. – Kilka lat temu zaproponowałem proboszczowi, że pomożemy mu w organizacji. Widziałem, że procesja powoli umiera,  że jest coraz mniej jeźdźców – mówił Henryk Marcinek, przewodniczący Rady Gminy w Pietrowicach Wielkich. Gmina zaproponowała, aby po procesji wprowadzić świecką część, czyli imprezę na boisku. Udział gminy nie podobał się niektórym, zwłaszcza starszym uczestnikom. Za wszelką cenę starali się, aby zniechęcić gości spoza gminy do przyjazdu. – Kilka lat temu wypłynęła sprawa bicia przybyszów przez pietrowickich jeźdźców. Kiedyś było tak, że gospodarze nie dopuszczali obcych do udziału w procesji. Była taka tradycja. To właśnie dlatego przyjeżdżało coraz mniej jeźdźców. Pod adresem gości masowo kierowano obelgi, podczas jazdy bito ich pejczami, były przepychanki – wspominał przed sądem Marcinek.

Stek wyzwisk
To właśnie przewodniczący Henryk Marcinek zawiadomił prokuraturę o incydencie, który miał miejsce 25 kwietnia 2011 roku w Pietrowicach Wielkich. Tego dnia radny jechał w bryczce z zaproszonymi gośćmi. W pewnym momencie do Marcinka podjechał jeden z gospodarzy Jan H. i zaczął wyzywać samorządowca. 17 maja do Prokuratury Rejonowej w Raciborzu wpłynęło zawiadomienie o przestępstwie. Jak napisał w nim Henryk Marcinek, już na boisku w Pietrowicach Wielkich Jan H. miał mu grozić pobiciem. – Używając wulgaryzmów zapowiedział, że przy nadarzającej się okazji mnie pobije. Groźba ta wywołała u mnie obawę, że zostanie spełniona. Jan H. znany jest z porywczych i nieprzewidywalnych zachowań, co utwierdza mnie w przekonaniu, że jest on w stanie zrealizować wypowiedzianą groźbę  – pisał przewodniczący rady gminy. W połowie czerwca Prokuratura Rejonowa w Raciborzu odmówiła wszczęcia dochodzenia. Radny złożył więc zażalenie do sądu. – Decyzja prokuratury jest nietrafna, a z pewnością przedwczesna. Braku jakichkolwiek czynności w prowadzonym przez policję postępowaniu sprawdzającym nie sposób usprawiedliwić – pisał Marcinek. 16 listopada Sąd Rejonowy w Raciborzu przyznał mu rację i uchylił decyzję prokuratury.

Pieczki w sądzie
29 marca do Sądu Rejonowego w Raciborzu wpłynął akt oskarżenia przeciwko Janowi H. Zarzuty dotyczyły znieważenia Henryka J. Marcinka oraz kierowania pod jego adresem gróźb karalnych. Radny domagał się przeproszenia na łamach prasy oraz wpłaty na cel społeczny.  – Nie wyzywałem Henryka Marcinka, a jedynie powiedziałem mu przy bryczce, że nie jest właścicielem procesji i ma trzymać się ustaleń, jakie były przed procesją.  Co do groźby, to mu nie groziłem, powiedziałem jedynie, że jeśli chce to mu mogę pierdol..., ale to wyszło z  wcześniejszej rozmowy z nim – bronił się Jan H.

Czyja procesja?
Niepozorne nazwanie Henryka Marcinka „właścicielem” procesji oddaje sedno pietrowickiego sporu. –  Ja w tej procesji uczestniczę od 60 lat. Kiedyś organizowali to gospodarze z księdzem. Teraz gmina się do tego „wcisła”, a nas, gospodarzy, odstawili na boczny tor – mówił 10 października przed sądem  Adolf H., ojciec oskarżonego. Równocześnie utrzymywał, że Henryk Marcinek miał go chwycić za klapę marynarki i popchnąć, kiedy ten zwrócił mu uwagę na bałagan podczas procesji. – Marcinek zablokował nas bryczką. Tyle lat jeżdżę, ale jeszcze „krokiem” na procesji nie jechałem. To nie w porządku, że pan Marcinek z takimi „pieczkami” zaraz poleciał do sądu.

Goście się bali
– W procesjach brałam udział wielokrotnie, ale robiło się coraz niebezpieczniej. Niechętnie przyjmowałam zaproszenia. Przyjechałam w 2011 roku, kiedy władze gminy zapewniały, że sytuacja jest już ucywilizowana – zeznawał jeden ze świadków przed sądem. Wcześniej, na spotkaniu ustalono, że przejazd odbędzie się spokojnie, bez galopu. Mimo to emocje jeźdźców wzięły górę. Kiedy zaczęli przyśpieszać spłoszył się koń proboszcza Damiana Rangosza. Duchowny zaczął tracić kontrolę nad zwierzęciem. – Na co dzień nie jeżdżę, gdyby nie procesja nie wsiadłbym na konia – przyznaje proboszcz pietrowickiej parafii. Widząc kłopoty księdza, bryczka w której jechał Marcinek próbowała osłaniać proboszcza przed gospodarzami. To wywołało gniew, między innymi rodziny oskarżonego.

Wyścig musi być
Gospodarze nie mogą przeboleć, że podczas procesji ma nie być wyścigów. Na procesie jeden ze świadków wspominał, że w przeszłości gospodarze z Pietrowic podczas wizyt weterynarza pytali o... środki dopingujące dla zwierząt. Wygranie wyścigu było najważniejsze. – Niektórzy tracą rozum przez te wyścigi i na dwa tygodnie przed procesją nie myślą o niczym innym. Długo się zastanawiałem, czy zawiadomić prokuraturę, ale autentycznie bałem się o rodzinę – mówi Henryk Marcinek. Z ambony przemoc wśród jeźdźców potępił także proboszcz. – Sytuacja zaczyna się prostować i procesja w 2012 roku już była spokojna. Mamy nadzieję, że ludzie nie będą się bali do nas przyjeżdżać – mówi proboszcz Damian Rangosz. 5 grudnia Sąd Rejonowy w Raciborzu uznał Jana H. winnym tego, że znieważył Henryka Marcinka oraz tego, że kierował pod jego adresem groźby karalne. Gospodarz z Pietrowic Wielkich ma zapłacić 800 złotych grzywny oraz przeprosić radnego w miejscowej gazecie. Wyrok nie jest prawomocny a stronom przysługuje odwołanie do drugiej instancji

Adrian Czarnota