środa, 17 października 2018

imieniny: Małgorzaty, Ryszarda, Gabrieli

RSS

Gmina jak rodzina. Wszyscy pomagali po pożarze

29.03.2018 07:00 | 2 komentarze | mak

– Nagle ktoś zadzwonił do drzwi. Utworzyłam i usłyszałam dramatyczne słowa: „niech pani ucieka, bo dach się pali” – Gabriela Barańska z Lubomi wspomina groźny pożar, w którym jej rodzina straciła dobytek życia. Jednak najbardziej zapamięta to, co było potem – ogromną pomoc i życzliwość lokalnej społeczności.

Gmina jak rodzina. Wszyscy pomagali po pożarze
Ekipa na medal. Firmy Stef-Bud z Lubomi i Dachmig z Syryni zaoferowały swoją pomoc przy odbudowie dachu. Pracownicy firm uwijają się, żeby rodzina Barańskich mogła jak najszybciej wrócić do swojego domu.
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Ten dzień mieszkańcy niewielkiego domu przy ulicy Akacjowej w Lubomi zapamiętają długo. Kilkanaście minut po godzinie 11.00 doszło do groźnego pożaru budynku. W ogniu stanął dach i poddasze domu. Kłęby czarnego dymu było widać z daleka. Mimo szybkiej akcji strażaków spaleniu uległo całe poddasze budynku. W zdarzeniu nikt nie został poszkodowany, ale mieszkańcy domu - czteroosobowa rodzina Barańskich - stracili dobytek swojego życia. W obliczu ogromnej tragedii na medal spisała się cała lubomska społeczność.

Dziwne odgłosy

– Akurat byłam w domu sama. Córki były w szkole, mąż w pracy - wspomina feralny dzień Gabriela Barańska. - Nagle usłyszałam dziwne szelesty. Nie wiedziałam, skąd one dobiegają - dodaje. Intuicyjnie pani Gabriela zeszła do piwnicy, żeby sprawdzić, czy źródłem odgłosów jest piec. Okazało się, że nie. Poszła więc do łazienki. Tam też nie działo się nic niepokojącego. Nagle ktoś zadzwonił do drzwi. Utworzyła i usłyszała dramatyczne słowa: „niech pani ucieka, bo dach się pali”. Człowiek, który poinformował panią Gabrielę o pożarze, był zwykłym przechodniem, po prostu przechodził obok jej domu. Zareagował. Wezwał też straż pożarną. - Wybiegłam z domu. Zobaczyłam, co się dzieje. Był moment, że chciałam wrócić do domu po dokumenty. Ale było już za późno. Stałam i bezradna patrzyłam, jak płonie nasz dom. To było straszne, to był moment - wspomina kobieta. Dach pokryty był onduliną, co znacznie przyśpieszyło rozprzestrzenienie ognia.

Rodzina Barańskich otrzymała dom po babci pani Gabrieli. Mieszkali na górze, bo wcześniej babcia zajmowała dół. Na górze były więc wszystkie ich meble, przedmioty, pamiątki rodzinne. Stracili cały dobytek.

Samochód stał koło domu

Pożar przeniósł się też na garaż. Dach garażu został strawiony przez ogień. Samochód był zaparkowany tuż przy domu. Gdyby nie błyskawiczna reakcja jednego z sąsiadów Barańskich, pojazd też by spłonął. - Sąsiad zapytał, gdzie mam klucze do samochodu. W pierwszej chwili pomyślałam, że są na górze, że nie da się po nie wejść. Ale przypomniałam sobie, że są w drzwiach wejściowych, razem z kluczami do domu. Sąsiad wbiegł po nie do środka, wyciągnął, szybko odpalił samochód i odjechał nim w bezpieczne miejsce. W przeciwnym razie stracilibyśmy również samochód - mówi pani Gabriela.