Czwartek, 29 października 2020

imieniny: Euzebii, Wiloletty, Narcyza

RSS

Raciborzanin prawdopodobnie najmłodszym Polakiem na Matterhornie

26.09.2020 07:00 | 2 komentarze | web, ż

15-letni Szymon Warsz jest znany z udziału w projekcie „Szlakiem w nieznane”. Młody raciborzanin postawił sobie za cel zdobycie najwyższych szczytów oraz wzniesień we wszystkich krajach Europy przed ukończeniem osiemnastych urodzin. Co prawda wejście na szwajcarski szczyt Matterhorn, uchodzący za jedną z najpiękniejszych gór świata, nie mieściło się we wspomnianym projekcie, ale warto odnotować również tę wyprawę, gdyż Szymon Warsz był prawdopodobnie najmłodszym Polakiem, który kiedykolwiek wszedł na ten szczyt. W zorganizowanej pod koniec sierpnia podróży towarzyszyli mu Marek Warsz oraz Aleksander Niemczyk.

Raciborzanin prawdopodobnie najmłodszym Polakiem na Matterhornie
Wyprawa Szymona Warsza na Matterhorn trwała 34 godziny. Wielogodzinna wspinaczka, warunki pogodowe oraz perspektywa powrotu do schroniska sprawiły, że na samym szczycie  śmiałkowie z Raciborza (Marek Warsz, Szymon Warsz, w tle Alek Niemczyk) spędzili zaledwie kilka chwil.
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Jak tam w ogóle było, czyli szwajcarski monster

Szczyt od dawna był na liście naszych górskich marzeń. Jego sylwetka wzbudza zachwyt, strach i pokorę. Wznosi się prawie 3 km nad najbliższym szwajcarskim miastem – Zermatt. Rok temu po intensywnych opadach śniegu musieliśmy z niego zrezygnować. W tym roku miał być Elbrus 5642 m n.p.m., ale Rosjanie zamknęli granice, więc nadarzyła się idealna okazja, aby ponownie ogarnąć temat Matterhornu. Wraz z Alkiem Niemczykiem udaliśmy się do Szwajcarii 23 sierpnia. W planach mieliśmy wejście na Dufourspitze i Matterhorn. Na Dufoura nie weszliśmy, ale o tym później. Przejdźmy do Matterhornu.

27 sierpnia o godzinie 0.03 opuściliśmy kwaterę w Zermatt i obładowani bagażami ruszyliśmy w stronę Matterhornu. Zermatt położone jest na wysokości ok. 1600 m n.p.m. więc różnica wzniesień pomiędzy Matterhornem to prawie 3000 m. Do tej pory nasz rekord wynosił 2014 m, więc poprzeczka zawieszona była wysoko. Po niespełna dwóch godzinach marszu w szybkim tempie dotarliśmy na wysokość 2600 m n.p.m. do Schwarzsee. Tam 5-minutowa przerwa i obieramy kierunek Hörnlihutte (3260 m n.p.m.), skąd 90% wspinaczy zaczyna wejście na Matterhorn. Do schroniska dotarliśmy o 3.43. Spędziliśmy tam ok. półtorej godziny – w oczekiwaniu aż się rozjaśni, aby móc rozpocząć właściwą wspinaczkę. Jak to Alek mówi, na Matterhornie 90% osób to przewodnicy z klientami, a pozostali to takie wariaty jak my, czy para Słowaków, która wraz z nami tego dnia atakowała szczyt. Spotkaliśmy także kilku Polaków, ale nie wiemy, czy szli sami, czy z przewodnikiem. Po godzinie 5.00 ruszyliśmy w górę. Trasa była oznakowana w niewielu miejscach i trzeba było uważać, żeby nie zapuścić się w bardzo kruchy teren. Niemal cały czas byliśmy w bezpośrednim kontakcie rękami ze ścianą. Teren można wycenić jako II taternicka z kilkoma miejscami III. Ścieżka miejscami była ubezpieczona w grube liny, które czasami okazywały się naprawdę pomocne. Na wysokości ok. 4000 m n.p.m. mieścił się schron Solvay. Tam doszliśmy o godzinie 9.40. Krótka, 10-minutowa przerwa na posiłek i szliśmy dalej.

Czekan do ręki, raki na nogi

Nasze tempo wraz z nabieraniem wysokości spadało, a działo się tak przez coraz mniejszą zawartość tlenu w powietrzu. Ponad schronem wspinaczka robiła się jeszcze trudniejsza. Czas leciał szybko, a osoby wracające ze szczytu nie ułatwiały nam wspinaczki w górę. W pewnym miejscu musieliśmy czekać aż 30 minut. Na wysokości ok. 4350 m n.p.m. zaczął się stały lód. Ubraliśmy raki, wzięliśmy czekany do ręki i w końcu... O godzinie 13.15 dotarliśmy na szczyt najpiękniejszej góry świata. Radość była olbrzymia.

Zostałem najprawdopodobniej najmłodszym Polakiem, który wszedł na ten szczyt. Na szczycie spędziliśmy ok. 15 minut. Wiatr w porywach dochodził do 40 km/h. Nakręciliśmy szybkie wideo, które zamieściliśmy na Facebooku, zrobiliśmy kilka zdjęć i ruszyliśmy w dół, bo trochę późno.

Trudna droga powrotna

W dół robiliśmy zjazdy, zjazdy i jeszcze raz zjazdy. W niektórych miejscach nawzajem siebie asekurowaliśmy, ale głównie bazowaliśmy na zjazdach. Niestety „straciliśmy” na tym bardzo dużo czasu, bo mieliśmy tylko jedną linę i aż 3 osoby. O godzinie 18.30 zameldowaliśmy się ponownie w Solvay Hutte. Do zachodu słońca pozostało półtorej godziny, więc lecieliśmy na dół. Na wysokości ok. 3500 m n.p.m. – więc 250 m nad schroniskiem – zapadł zmrok. Niestety, droga zrobiła się trudna logistycznie i zaczęliśmy błądzić przez następne dwie godziny. O godzinie 23.00 podjęliśmy decyzję, że przenocujemy wśród skał. Baliśmy się, czy nie zamarzniemy, ale noc okazała się być znośna i temperatura wynosiła ok. 0°C. Przed wschodem słońca zaczęły wyruszać ekipy z przewodnikami ze schroniska, które mieliśmy w zasięgu wzroku. Przed godziną 5.00 okazało się, że... spaliśmy na właściwej ścieżce. W pewnym momencie przewodnicy przemierzyli nasze miejsce noclegowe i zobaczyliśmy, gdzie powinniśmy się kierować. Do schroniska Hörnlihutte dotarliśmy o godzinie 6.20 i następnie już prostym terenem wyczerpani o godzinie 10.00 rano dotarliśmy do Zermatt.

Kilometry w nogach, tysiące spalonych kalorii

W sumie wyprawa zajęła nam 34 godziny. Podczas błądzenia robiliśmy dodatkowe metry przewyższenia i zegarek Suunto pokazuje 3770 m przewyższenia, co okazuje się być naszym absolutnym rekordem. Mieliśmy 27 km w nogach i 2500 spalonych kcal. Żeby pokonać tę trasę trzeba mieć naprawdę bardzo dobrą kondycję. 90% ludzi zaczyna wspinaczkę w schronisku na 3260 m n.p.m, a my zaczęliśmy na 1600 m n.p.m. Wyprawa na długo zostanie w naszej pamięci...

Szymon Warsz