środa, 16 października 2019

imieniny: Gawła, Florentyny, Grzegorza

RSS

Czternastoletni raciborzanin na Mont Blanc

21.09.2019 19:00 | 0 komentarzy | ma.w, web

Raciborzanin Szymon Warsz wraz z tatą Markiem i Dawidem Łomnickim rozpoczęli projekt Korona Europy dla miasta Racibórz pod nazwą „Szlakiem w nieznane”. 14–latek zamierza przed osiągnięciem pełnoletności zdobyć najwyższe szczyty Europy.

Czternastoletni raciborzanin na Mont Blanc
Dawid Łomnicki, Marek Warsz i jego syn Szymon na Mont Blanc
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Szymon Warsz wraz z tatą Markiem i Dawidem Łomnickim rozpoczęli projekt Korona Europy dla miasta Racibórz pod nazwą Szlakiem w nieznane. W pierwszą podróż wyruszyli 18 sierpnia 2019r. w stronę austriackiego miasteczka Kals am Grossglockner. Ze względu na przewidywane załamanie się pogody w ciągu dnia zdecydowali się na nocne wejście na najwyższy szczyt Austrii – Grossglockner 3798 m.n.p.m., zaraz po 10-cio godzinnej podróży z Raciborza. Kolejne dni aklimatyzowali się na wysokościach około 3500 m. w Szwajcarii i 3800 m. we Francji. Potrzebowali aklimatyzacji by przyzwyczaić organizm do warunków panujących w wysokich górach. Pierwszy etap zapisał się ich wejściem na "Dach Europy" czyli Mont Blanc 4810 m. oraz na najwyższy szczyt Włoch - Mont Blanc di Courmayeur 4748 m. Szymon jest jednym z najmłodszych Polaków, który stanął na najwyższym szczycie Europy.

Poniżej opis wejścia na Mont Blanc przygotowany przez ekipę "Szlakiem w nieznane":

Wszystko zaczęło się pobudką w piątek o 22.00, po 2 godzinach snu. Szybkie śniadanie w postaci liofilizatów i w drogę. O 23.10 wyruszyliśmy ze schroniska Tete Rousse 3167m.n.p.m.

Po paru minutach od wyjścia zeszliśmy ze szlaku. Teren po którym szliśmy okazał się bardzo niebezpieczny, każdy nieuważny krok stwarzał duże zagrożenie, przez co atmosfera stawała się coraz bardziej napięta... Dużo było w nas złości i niepokoju. Straciliśmy jakieś półtora godziny i dużo energii by wrócić na właściwe tory. Euforia na właściwej drodze jednak długo nie trwała. Sto metrów od wejścia na szlak, skręciliśmy w złą ścieżkę. Sugerowaliśmy się wydeptaną drogą i niestety zawiedliśmy się, raczej nie jako pierwsi w tym miejscu. 150-200metrów przewyższenia w błędnym kierunku spotęgowało nasze emocje.

Kamienie jak lodówki

Musieliśmy zejść w kierunku innych wspinaczy, którzy pojawili się na właściwej trasie. Te manewry zajęły kolejne półtorej godziny i zapas naszej energii. Wreszcie prawidłowym szlakiem dotarliśmy do sławnego kuluaru śmierci. W tym miejscu kamienie, niektóre wielkości lodówek, co jakiś czas spadają z zawrotną prędkością. Jest to miejsce w Alpach, gdzie ginie bardzo duża liczba osób.

Po miejscu grozy zaczęła się wspinaczka „ścianą Goutera” ubezpieczona stalowymi linami, która trwała aż do schroniska Gouter 3863m.n.p.m. Przekroczyliśmy tam swój rekord wysokości.

Właśnie tam zaczynał się lodowiec, którym szliśmy nieprzerwanie pod sam szczyt. W związku z tym pod schroniskiem ubraliśmy niezbędny sprzęt lodowcowy. Powiązani obowiązkowym elementem bezpieczeństwa - liną ruszyliśmy w stronę schronu Vallot 4362m.n.p.m. Trasa biegła już nieprzerwanie terenem lodowcowym, bogatym w szczeliny oraz nawisy śnieżne. Ze względu na nocną porę, którą szliśmy, musieliśmy zachować szczególną ostrożność.

Trzeba zjeść

Zaprzyjaźniony z nami kolega z zespołu czuł się coraz gorzej, wraz z tym tempo malało. Mimo wychładzania się naszych organizmów przez postoje, nie ulegliśmy. W końcu zobaczyliśmy piękny wschód słońca na wysokości ok. 4300m.n.p.m. Wschód słońca w takich okolicznościach jest nie do opisania. Była godzina 6.30. W schronie Vallot postawiliśmy nogę ok. pół godziny później. Przemarznięci i zmęczeni poszliśmy spać. Sen trwał około 2 godzin, a kolejną godzinę przeznaczyliśmy na drugie śniadanie. Apetyt na tej wysokości był znikomy, w zasadzie jedliśmy ze świadomością, że po prostu trzeba.

Godzina 10.00 była czasem startu po ostatnich setkach metrów przewyższenia. Atak szczytowy prowadziliśmy wymieniając się jednym plecakiem z najważniejszymi rzeczami, a dwa zostały w schronie. Nie sądziliśmy że ok. 450 m przewyższenia zajmie nam aż 2 godziny. Jednak spory ruch na trasie i coraz większa wysokość spowodowały, że doszliśmy na szczyt w samo południe. Widoki zapierały dech w piersiach, pogoda była bardzo łaskawa, przez co na szczycie jak i podczas całej wędrówki trochę się opaliliśmy.

Po włoskiej stronie

W związku z tym, że tuż obok znajdował się najwyższy szczyt Włoch Mont Blanc di Courmayeur 4748m.n.p.m, a pogoda wciąż nas rozpieszczała, zeszliśmy nieco niżej na stronę włoską. Odznaczyliśmy tym samym 3/46 szczytów projektu #koronaeuropydlamiastaracibórz

Ponowne wejście na Mont Blanc w celu zejścia znaną nam już trasą, było dla nas jazdą na resztkach sił.

Tym sposobem byliśmy dwa razy na dachu Europy jednego dnia. Było to wspaniałe uczucie. O godzinie 14.00 z wysokości 4810m.n.p.m. zaczęliśmy schodzić. Średnio wypoczęci zeszliśmy 2430 m przewyższenia niżej, do pierwszego schroniska Nid d’Aigle - tuż obok tramwaju górskiego. Po drodze przy zachodzącym słońcu pięknie prezentowało się całe miasteczko Chamonix. O godzinie 23 zameldowaliśmy się w schronisku.

Okrągłe 24 h na nogach, ponad 1800 m przewyższenia w drodze na szczyt i 2430 m w dół dało się we znaki w postaci bólu pleców, kolan i stóp. Lecz wrażenia i emocje jakie nam towarzyszyły były nie do opisania i na pewno pozostaną w naszej pamięci na długie lata.