Czwartek, 21 lutego 2019

imieniny: Eleonory, Kiejstuta, Fortunata

RSS

Wierzę i teraz już się nie boję... Opowieść wigilijna prałata Szywalskiego

25.12.2017 09:00 | 0 komentarzy | red

(...) Gdy wysiadł na dworcu w Raciborzu zastał ludzi spieszących na ostatnie roraty. Odruchowo szedł z nimi do kościoła i stanął z tyłu. Po chwili zauważył, że właściwiej jest w kolejce do konfesjonału. „Teraz albo nigdy”, rzekł sobie, albo ktoś mu to podszepnął? (...)

Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Niedawno wpadła mi do rąk stara widokówka wysłana jeszcze na mój adres starowiejski, a więc nieomal pięćdziesiąt lat temu; „Pozdrawiam z morze! Pływać lubię. Góry chodzi nie lubię – Roma”. Styl i gramatyka osób niesłyszących, którzy ustawiają pojęcia obok siebie jak przedmioty. Przypominam sobie, że napisała te słowa przekornie, była bowiem krótko przed wyjazdem nad morzem na pielgrzymce głuchych na Górze św. Anny i strasznie narzekała, gdy musiała iść piechotą z powrotem w dół do Zdzieszowic. „Mama, nogi bolą!” – jęczała co kilka metrów. Za to w pływaniu była dobra, należała do drużyny szkolnej i była często wysyłana na zawody.

Romę przyprowadziła do mnie kiedyś matka, pani Stanisława. Należała do parafii św. Mikołaja na Starej Wsi i wiedziała o mnie, że nie tylko jestem wikariuszem, ale też duszpasterzem niesłyszących. Romę przyprowadziła do mnie, bo chciała, abym ją przygotował do I Komunii św. Zasadniczo takie kursy przygotowawcze dla dzieci niesłyszących odbywały się na Górze św. Anny. Nie było wtedy religii w szkołach, a dla nas, księży jakikolwiek kontakt z dziećmi w szkole był niemożliwy, więc każdego roku na początku wakacji gromadziliśmy na Górze św. Anny drugą klasę i przez trzy tygodnie trwała katechizacja zaczynająca się od kreślenia znaku krzyża na sobie, aż po sposób spowiadania się i przyjmowania Komunii św. Wspominam te czasy bardzo mile: staraliśmy się łączyć naukę z zabawami i spacerami po pięknej naszej świętej śląskiej górze. Zwykle uroczystość Pierwszej Komunii św. odbywała się w święto narodowe, obchodzone wtedy 22 lipca; rodzice mieli wolny dzień i mogli swobodnie przybyć, a na Górze św. Anny nie było wielkiego tłoku pielgrzymów.

U Romy był jednak dodatkowy problem: ojciec był milicjantem. Na pewno nie był wrogiem religii i Kościoła, ale posady utracić nie chciał, a do wczesnej emerytury brakowało mu tylko kilka lat. Roma przychodziła więc na naukę religii do mnie prywatnie na plebanię. Miała blisko; zwykle było to w późne popołudnie, gdy inne dzieci opuszczały salkę. Patrzyły zdziwione na dziewczynkę, która nic nie mówiła, jednak szybko pojęły, że jest niesłysząca, gdyż takie osoby w Raciborzu można spotkać często.

Matka Romy zwierzyła mi się kiedyś ze swego życia. Wyszła za mąż w lekko posuniętym wieku. Po roku, ku radości jej i męża, urodziła córkę. Jednak po kilku tygodniach zauważyli, że dziewczynka nie reaguje na dźwięki; coś spada z trzaskiem na ziemię – a dziecko nie odwraca głowy; mama mówi do niej z boku – a córka patrzy przed siebie lub w sufit. Zaczęło się rozpaczliwe chodzenie po lekarzach i błaganie o pomoc. Ci zwodzą, obiecują pomoc, ale słuch się nie poprawia. Powstaje też pytanie o przyczynę, bo ani w jej rodzinie, ani męża nie było inwalidy słuchu; dziewczynka też nie chorowała na zapalenie opon mózgowych – częstą przyczynę głuchoty, lub jakąś chorobę uszu. Pewien doktor wpadł jednak na trop:

– Czy pani choruje?

– Leczę się na reumatyzm.

– Bierze pani lekarstwa?

– Muszę brać, mam silne bóle.

– W czasie ciąży brała pani lekarstwa?

– Nikt mnie przestrzegał.

– No to mamy przyczynę!

Roma była jedynym ich dzieckiem, namiętnie kochanym. Dla niej rodzice byli gotowi uczynić wszystko. Zdaje się, że po to przeprowadzili się do Raciborza, by nie musiała mieszkać w internacie Ośrodka dla Niesłyszących. Lubiła pływać. Nauczyciel zauważył u niej talent, dozował trening, zaliczył do drużyny szkoły, wysyłał na zawody. Stąd „lubię morze, nie lubię chodzi góry”.