Poniedziałek, 22 kwietnia 2019

imieniny: Leona, Kai, Heliodora

RSS

Dlaczego Siostra jest siostrą?

12.02.2017 06:47 | 0 komentarzy | red

"Dlaczego Siostra jest siostrą?" Postawiłem to pytanie kilku osobom zakonnym. Niekóre chciały zachować dyskretną anonimowość - pisze ks. Jan Szywalski.

Dlaczego Siostra jest siostrą?
fot. Jerzy Oślizły
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Mówimy o nich: osoby konsekrowane, czyli poświęcone.

Wraz z laicyzacją życia znika poczucie sensu życia dla Boga. („Jakiego Boga?!”) Maleje także wiara w życie po życiu i traci sens wybór trudnego życia klasztornego dla wieczności. „Jedno mam życie!” – mówimy. Trzeba je spędzić jak najprzyjemniej. Trudno ślubować czystość, ubóstwo i posłuszeństwo jeżeli nie ma się żadnej dostrzegalnej korzyści z tego. A jednak są i dziś osoby, które rzucają się w ramiona Boga i są do Jego dyspozycji.

Dlaczego Siostra jest siostrą?

Postawiłem to pytanie kilku osobom zakonnym. Niekóre chciały zachować dyskretną anonimowość.

Siostra A. (lat 79, Służebnica Ducha Świętego)

– Miałam dobrych rodziców. Z nami mieszkała również pobożna ciotka. Wzrastałam z siostrą i wszystko robiłyśmy wspólnie: chodziłyśmy na zabawy. jeździłyśmy na pielgrzymki na Górę św. Anny czy do Wambierzyc. Lubiłyśmy też czytać książki.

Szukałam drogi życia. Gdy zmarła moja siostra (miała 21 lat) wtedy moja droga życiowa się krystalizowała. W naszej parafii były wtedy siostry zakonne, być może to też miało jakiś wpływ na moje powołanie. Wspomniana ciotka pouczała nas, że przy wstąpieniu do jakiegoś nowego kościoła, trzeba pomodlić się w intencji Ojca Świętego i możemy wyrazić jakieś konkretne pragnienie, które zostanie spełnione. Zawsze prosiłam o rozeznanie mojej drogi życia.

Kiedyś byłam na rekolekcjach w Annuntiacie, które głosił o. Barkowski SVD. Wtedy się zdecydowałam wstąpić do klasztoru. Napisałam prośbę o przyjęcie do zgromadzenia sióstr misjonarek. Jako powód podałam: „dla ratowania dusz”. Była to decyzja wyłącznie moja, nikt mnie nie zmuszał, ani nakłaniał i nigdy też tej decyzji nie pożałowałam. „Zawiodłaś mnie!” – powiedział tylko chłopiec, który myślał, że będziemy parą. Miałam wtedy 23 lata.

Imponowały mi misje. Byłam młodą siostrą, gdy do nas przyjechała z wizytacją przełożona generalna. Wtedy wyraziłam me życzenie: „chcę pojechać na misje”. Po chwili powtórzyłam tę prośbę. Nie było reakcji tylko mała notatka. Jeszcze raz powiedziałam: „Ja naprawdę chcę pojechać na misje!”

Po ślubach wieczystych otrzymałam przeznaczenie misyjne do Indonezji. Krzyż misyjny wręczył mi w Rzymie Ojciec Święty Paweł VI. Miałam wtedy 33 lata i pracowałam w Indonezji przez 32 lata. Spełniły się moje marzenia. Ze względów zdrowotnych wróciłam do Polski.

Trzeba mieć odwagę do ryzyka. Rękę przyłożyć do pługa i wstecz się nie obracać. Nie było takiego dnia, bym myślała, że źle wybrałam.

Siostra Florensia (lat 47, Służebnica Ducha Świętego)

Pochodzi z Indonezji – Flores, ale przebywa w Polsce na swojej placówce misyjnej, gdyż klasztory sióstr misyjnych mają zasadę umiędzynarodowienia swych wspólnot.

– Moja rodzina jest katolicka i bardzo religijna. Ojciec był katechistą ‘Guru agama‘ (uczył katechizmu) i przygotowywał ludzi z wiosek na przyjazd kapłana. On też tłumaczył jego słowa na język lokalny. W domu ojciec codziennie otwierał Biblię z obrazkami i opowiadał z niej. Najpierw pytał nas o to, co mówił ostatnim razem, a potem mówił dalej. Matka nie umiała pisać ani czytać, ale była bardzo pobożna. Codziennie modliła się różaniec i w każdą niedzielę brała udział we Mszy Świętej, choć do kościoła miała 5 kilometrów pieszo. Z otwartym sercem gościła misjonarzy i dzieliła się tym, co miała najlepsze.

Na początku nie miałam żadnych planów, by zostać siostrą zakonną. Ukończyłam uniwersytet i zdobyłam zawód nauczycielki. Miałam chłopaka z którym planowałam małżeństwo, ale pewnego popołudnia byłam przy grocie i mówiłam do Matki Bożej: „Maryjo, Ty usłyszałaś Pana Boga i uczyniłaś to, co Bóg chciał. Pomóż mi i daj znak, jaką mam obrać drogę, co Bóg chce dla mnie najlepiej.” Gubernator (wojewoda) zaproponował mi, abym przyjęła posadę nauczycielki, ale ja odpowiedziałam, że muszę słuchać mojego serca i myślę, żeby zostać siostrą zakonną. On tego nie zaakceptował, natomiast jego brat, który jest werbistą, bardzo się ucieszył i wsparł mnie modlitwą. Mojego wyboru nie zaakceptowali mama, bracia i siostry. Miałam pracować, by pomóc rodzicom. O pracę u nas było ciężko, a ja ją miałam zapewnioną. Chcieli mnie nawet zatrudnić w radiu, ale odmówiłam.

W Boże Narodzenie odwiedziłam moją kuzynkę, która jest siostrą zakonną w naszym zgromadzeniu W maju przyszedł list od Siostry Floridy, (która była odpowiedzialna za powołania), że przyjęli mnie do pracy w szpitalu prowadzonym przez siostry i tam zrodziło się moje powołanie. W sierpniu 1996 r., przyjęto mnie do postulatu, potem do nowicjatu, a pierwsze śluby złożyłam 8 grudnia 1999 r. Zostałam nauczycielką w szkole prowadzonej przez nasze siostry. Uczyłam geografii i prowadziłam akademik. Wieczyste śluby złożyłam 6 lipca 2006 r. i otrzymałam przeznaczenie misyjne do Polski. Następnie posłano mnie do Irlandii na naukę języka angielskiego i stamtąd przyjechałam do Polski 25 stycznia 2008 r.

S. M. M. (lat 25, Zgromadzenie Sióstr Elżbietanek).

– Moja decyzja dojrzewała powoli z biegiem lat. W dzieciństwie bywała czasem w naszym domu ciocia, która jest zakonnicą. Widziałam, że jest szczęśliwą. Dziś jest na misjach. Później jednak nie miało to zbyt wielkiego wpływu na mą decyzję.

Będąc w III klasie gimnazjum, brałam udział w konkursie wiedzy religijnej na temat Marii Luizy Merkert, założycielki sióstr Elżbietanek. Było to krótko po jej beatyfikacją w 2007 r. i było o niej głośno. Ja zaś, przygotowując się do konkursu, dużo o niej czytałam. Jej przykład bardzo mnie pociągał.

Wpływ rodziny? Rodzina dała mi fundament: byliśmy blisko Kościoła, brałam udział w pielgrzymkach pieszych do Częstochowy, czy w wyjazdach na Górę św. Anny, należałam do dzieci Maryi. Ale decyzja była moja, nikt mnie nie nakłaniał. Sama do do niej dojrzewałam. Bez dialogu oznajmiłam im o wstąpieniu do zakonu.

Wybrałam Elżbietanki: pociągał mnie uniwersalizm ich działalności: zajmują się ludźmi chorymi, starymi, czy dziećmi; pracują na misjach.

Decyzja zapadła na polach lednickich po maturze. Niby chciałam wstąpić do klasztoru, ale: czy wpierw nie wybrać się na studia? Może potem? Na polach lednickich była chwila gdy zabrakło Komunii św. Po dodatkowej Mszy św. w namiocie, ksiądz rozdzielał Komunii dzieląc hostie na małe cząsteczki. Nagle przyszła mi myśl, że nie będę wodziła Jezusa za nos, nie będzie żadnych studiów, ani nic.

Jak rodzina to przyjęła? Nie było awantur, ani płaczu. Domyślali się może tego, bo nie złożyłam podania na studia i codziennie chodziłam do kościoła...

Z siostrami Elżbietkami miałam pierwsze kontakty w klasie maturalnej. Byłam u nich w Nysie na dniu skupienia, a w czerwcu na rekolekcjach. We wrześniu złożyłam dokumenty, a w październiku weszłam w mury klasztorne.

Miałam 19 lat. Potem był rok postulatu i rok nowicjatu. Obecnie jestem na czwartym roku junioratu i rozpoczęłam studia pielęgniarskie – w myśl charyzmatu naszego zgromadzenia. Mam pod opieką grupę dzieci z rodzin dysfunkcyjnych w świetlicy prowadzonej przez nasze siostry.

Czy żałowałam decyzji? Nie. Nie wszystko jest różowe, w małżeństwie też tak bywa. Niekiedy jest ciężko, czasem zaś unosi mnie jakbym miała skrzydła. Przygotowuję się obecnie do ślubów wieczystych.

„Niech świeci światłość wasza przed ludźmi”. (Mt 5,16)

ks. Jan Szywalski