Poniedziałek, 25 marca 2019

imieniny: Marioli, Dyzmy, Wieńczysława

RSS

Na święta du dom, czyli opowieść wigilijna ks. Jana

24.12.2015 07:00 | 1 komentarz | red

- Józef chodził od okna do okna. Wreszcie zobaczył, że szef wytoczył swoje audi na podwórko. Jego willa stał obok zakładu. Poszedł do niego zdecydowanym krokiem, choć serce miał pod gardłem - pisze ks. Jan Szywalski.

Na święta du dom, czyli opowieść wigilijna ks. Jana
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

„Jest taka noc, na którą człowiek czeka i za którą tęskni.
Jest taki wyjątkowy wieczór w roku,
gdy wszyscy obecni gromadzą się przy wspólnym stole,
Jest taki wieczór, gdy gasną spory, znika nienawiść...
Wieczór, gdy łamiemy opłatek, składamy życzenia...
To noc wyjątkowa... Jedyna... Niepowtarzalna...
Noc Bożego Narodzenia ...”

Pracowali tylko do dwunastej; ostatnia zmiana przed świętami. Fajrant! Jeszcze dwa dni do wigilii, ale oni już mieli wolne. Nieco mieli nadrobione, trochę z łaski szefa – właściciela ich zakładu. Mogli zdjąć higieniczne maski z twarzy i białe nakrycia głowy. Przewidziane było jeszcze zebranie całej załogi, gdyż szef chciał spotkać się jeszcze z nimi przed rozjazdem.

Przyszedł elegancko ubrany, stanął przed równo ułożonym stosem kolorowych pudełek z ich firmowymi czekoladowymi wyrobami. Przewidywali, że dostaną prezent świąteczny przed wyjazdem na święta. Piękny gest szefa. Prowadził firmę oszczędnie, był uczulony na tle czystości i higieny, wymagał punktualności i dokładności, ale potrafił być hojny i mile zaskoczyć.

– Meine Herren! – zaczął. Erwin miał tłumaczyć na polski, ale przerwał; na tyle rozumieli wszyscy po niemiecku. – Nasz zakład nie będzie pracował do Nowego Roku. Oczekuję was po Nowym Roku punktualnie na miejscu pracy. Zajedźcie szczęśliwie do domu. Życzę zdrowych i miłych świąt. Pozdrówcie ode mnie wasze rodziny. Dla każdego jest przygotowany pakiet naszych słodkich wyrobów. Z 30 procentowym rabatem możecie dostać więcej naszych świątecznych produktów. Jedźcie ostrożnie, wracajcie zdrowi! Dziękuję za dobrą robotę całego roku.

Na końcu mam prośbę: mimo że nasz zakład będzie stał, musi być pod nadzorem. Kontrolować należy temperaturę i wentylację oraz trzeba chronić zakład przed włamaniem. Proszę o dwóch ochotników; stawka w te dni jest podwójna. Kto się zgłasza?

Stali milcząc. Oferta była kusząca, ale święta poza domem?

– Ich! – wyrwał się jeden. – Był to Arab czy Turek; nie miał rodziny, a Boże Narodzenie nie znaczyło dla niego wiele.

– Noch einer; jeszcze jeden – szef rozglądał się i czekał.

– Ich, jo też! – zgłosił się Józek.

– Gut! Na, dann auf wiedersehen – zakończył zebranie.

– Chłopie, kaj mosz rozum?  Odbiło ci?  – objechał Rysiek Józka na osobności, gdy byli w swym pokoiku noclegowym. – Mosz w doma baba i bajtle, a papy nie będzie!?  Moja stara toby mi zaroz scheidung posłała – sznurował swoje pakunki gotując się do wyjazdu.

– Przeca ktoś tu musi być – tłumaczył się Józek – jak nie jo, to ktoś inkszy.

– Z arbeistsamtu mu kogoś poślą, albo ten Turek se kogoś znojdzie. Na kasa lecisz?  A baba w doma na święta jak wdowa bez chłopa, a dzieci jak sieroty bez papy.

– Dyć to dla nich robiam. Hajcung nowy robimy, a geldtag na święta podwójny. Do kościoła pójda se tu, ten som Ponbóczek.

– Rób co chcesz, twoja sprawa. Szef poleci do Tajlandii albo na narty w Alpy, a ty jak niewolnik będziesz zasuwoł – machnął pogardliwie ręką.

Wieczorem zadzwoniła do Józka Gosia, jego żona:

– Józek kiedy przyjedziesz?  Chłopacy czekają. Geschenki mosz?  Wiesz coś nom obiecoł?

– Gosiu, ja cię bardzo przepraszam, ale...

– Nie przepraszaj, kiej nie kupiłeś, to tu coś poszukomy. Pa, lecam do kościoła, do zobaczenia!...

– Dla rodziny to robiam – powtarzał sobie Józef w nocy, ale nie mógł zasnąć. Rysiek obok równo oddychał i zdrowo spał; zapewne śnił o domu.

– Jo potem se pojadam w styczniu na dłużej – powiedział sobie – ale czy to to samo?  Wigilia bez taty?  Pierwszy raz.

Żeby usnąć zaczął się modlić. – Ojcze nasz... Zdrowaś... – wszystko co umiał na pamięć. Przypomniał sobie, jak to modlili się przy wigilijnym stole, zawsze dłużej i pobożniej niż zwykle, także za zmarłych – wszystko tak, jak to było u niego w domu, gdy był dzieckiem. Gosia ze swoich rodzinnych tradycji dodawała czytanie Ewangelii o Bożym Narodzeniu i wniosła opłatek.

Raz, gdy ustawiali stajenkę pod choinką, nie mogli odnaleźć figurki św. Józefa. Już chcieli zrezygnować z niej, ale Gosia oświadczyła, że św. Józef musi być, bo „cóż to za rodzinka bez świętego Józefa? ”

– To papa tu stanie, on też jest Józef – mądrował starszy synek.

Józef podskoczył na łóżku: – Prawda, „co to za rodzina bez Józefa”, tak, jakby ktoś zaświecił mu w duszy; ojciec musi być, Józef, aby strzegł. Nie mógł doczekać ranka.

Skoro świt Rysiek ubrał się pozbierał tobołki i wyszedł bez pożegnania. Chłopi odjechali wspólnym samochodem.

Józef chodził od okna do okna. Wreszcie zobaczył, że szef wytoczył swoje audi na podwórko. Jego willa stał obok zakładu. Poszedł do niego zdecydowanym krokiem, choć serce miał pod gardłem.

– Guten Tag, Herr Stromayer! Ja też chciałbym jechać do domu, do Polski.

– Was? ! – szef nie krył swego niezadowolenia.

– Habe Familie, Frau, zwei Buben. – pokazał na palcach.

– Was soll ich jetzt machen; co mam teraz zrobić?

– Arbeitsamt... Asylanten. – próbował mu podpowiedzieć Józef.

Szef wyciągnął telefon. Dzwonił w różne miejsca. Czasem rozmawiał tonem urzędowym, z niektórymi po przyjacielsku. Wreszcie zamknął aparat.

– In Ordnung, może pan jechać. Wszystkiego najlepszego!

– Danke, bardzo dziękuję.

Odwrócił się i hamował się, by nie biec. Teraz na dworzec, może złapie okazję, na Śląsk jechało wiele mikrobusów; ostatecznie wieczorem jest autobus.

– Kolego, ale płacisz 50 euro. – znalazła się okazja. Wszystko jedno, aby do domu, na święta. W samochodzie mało rozmawiali; każdy myślami już był wśród swoich. Byle szybciej!

Nie jechali przez jego miejscowość, musiał wysiąść na jednym ze skrzyżowań. Zadzwonił do kolegi. Przyjechał i podwiózł pod dom. Pozbierał z bagażnika wszystkie pakunki i wszedł w swe podwórko.

– Papa przyjechoł! – chłopcy wypadli z domu, bez czapek i kurtek; widocznie czekali na niego przyklejeni do szyby okiennej.

– Dzieci, przeziębicie się! – Gosia stała w drzwiach wycierając ręce w fartuchu i śmiała się uradowana.

– Papa, coś przywiózł?  – chłopcy złapali go za nogi i podskakiwali.

– Nie rozpakowywać! – podniósł ostrzegawczo palec. Mniejszego wziął na ręce, starszy ciągnął tasze po śniegu.

– Tak bałam się, że nie przyjedziesz, Rysiek dzwonił, żeś z nimi nie jechoł.

– „Cóż to by była za rodzinka bez świętego Józefa? ” – powiedział.

– No nie, taki święty zaś ty nie jest.