Czwartek, 17 października 2019

imieniny: Małgorzaty, Ryszarda, Gabrieli

RSS

Ks. Łukasz Libowski: Dozwolone jest wątpienie

23.08.2015 09:56 | 0 komentarzy | red

- Jestem głęboko przekonany, że chyba nikt nie może z całą pewnością o sobie stwierdzić, iż wierzy wiarą niezachwianą. Nikt nie może tak utrzymywać, ponieważ takiej wiary nie ma. Niezachwiana wiara po prostu nie istnieje - pisze ks. Łukasz.

Ks. Łukasz Libowski: Dozwolone jest wątpienie
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas


Kto mówi, że bez jakichkolwiek wątpliwości wierzy i że zawsze bez jakichkolwiek wątpliwości wierzył będzie, ten – choć rzadko to robię, ważę się tu jednak na diagnozę – jest ideologiem. Wcale nie heroicznie cnotliwym świętym i wcale nie bohaterem. Takiego człowieka należy się, jak sądzę, obawiać. By nie powiedzieć, że bać. Taki człowiek źle bowiem pojmuje i niewłaściwie rozumie rzeczywistość wiary.

Chybotliwa sprawa

Wiara wszakże w swej istocie pozostaje chybotliwa: raz większa, raz mniejsza, raz gorliwa, raz znowuż letnia etc. Migocze niczym płomyk świecy. Dobrze właściwie, że tak jest – z dwóch powodów. Po pierwsze: ponieważ prawda pełna jest wątpliwości, a ułuda – pełna pewności. Po drugie zaś: ponieważ, jak stwierdza ksiądz Tomaš Halík, wykładowca i duszpasterz z Pragi, autor kilku bardzo poczytnych w całym świecie książek, „co nie jest chwiejne, jest nietrwałe”[1].

Gdyby chcieć zatem przebieg wiary, jej kształtowanie się, jej dynamikę zilustrować, przedstawić na jakimś schemacie, trzeba by namalować wówczas sinusoidę. Kto więc żąda albo choćby tylko oczekuje od wiary absolutnej stabilności i stałości, ten popełnia kardynalny błąd. Ten wychodzi z całkowicie błędnych założeń.

Tak, wiara bezustannie się chwieje. I to jest jak najbardziej normalne. To jest zdrowe. Gdyby wiara tego wahania zapoznała, przestałaby być sobą. Przestałaby być wiarą, a stałaby się doktryną, nauką. Z całą pewnością byłaby wtedy łatwiejsza i, że tak to ujmę, wygodniejsza. Ale czy o łatwość i wygodę w wierze chodzi?

Tyleż wiary co niewiary

Tak, wiara jest ze swej natury krucha i subtelna. To pewność swoistego rodzaju. To, rzekłbym, niepewna pewność. To pewność, w której jest miejsce na powątpiewanie oraz na pytanie. Wyraził to pięknie Zbigniew Herbert, który, zainspirowany obrazem Niewierny Tomasz Caravaggia, napisał: „Wskazujący palec Tomasza / prowadzi z góry / ręka Mistrza / a więc dozwolone jest wątpienie / zgoda na pytanie”[2]. Owszem, dozwolone jest w wierze myślenie krytyczne. Dozwolony jest sceptycyzm. Kto wierzy, nie musi przekreślać swego dociekliwego intelektu.

Powiedzmy więcej jeszcze: wiara to pewność, która zakłada wątpienie i która bez wątpienia nie może się obejść. W gruncie rzeczy trzeba zatem wierzyć i wątpić jednocześnie. Trzeba wierzyć i pytać, trzeba wierzyć i podważać wiarę jednocześnie. Trzeba żyć w ciągłym napięciu – pomiędzy przekonaniem, że to wszystko, co objawia i czego uczy nas wiara jest prawdą i że tkwi w tym jakiś zgrzyt, jakiś fałsz.

Można to ująć dobitniej: trzeba wierzyć i nie wierzyć. Trzeba być zarazem wierzącym i ateistą, wierzącym i agnostykiem. Tak mniej więcej rozważany tu problem widzi ksiądz Adam Boniecki, marianin, redaktor – senior „Tygodnika Powszechnego”, jeśli tylko dobrze go rozumiem. Powiada on, że taką właśnie postawę, nie wprost oczywiście, pochwala i tym samym niejako promuje sam Chrystus. Jako że nie gani ojca epileptyka, który, prosząc Go o uzdrowienie syna, zwraca się do Niego słowami: „Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu” (por. Mk 9,14-29). A słowa te świadczą tyleż o wierze, co niewierze[3].

Błogosławieni, którzy wątpią

Dlaczego tak trzeba? Ano dlatego, że wątpienie, pytanie, podważanie wiary – paradoksalnie i bądź co bądź niepojęcie – wiarę rozwija. Pozwala jej dojrzewać i wyprowadza ją na głębię. Pomaga jej wyzbyć się wszelkich form cherlawych i karykaturalnych, infantylizmu i prostactwa, które de facto nie ma nic wspólnego z ewangelijną prostotą. Ćwiczy ją przy tym w pokorze, największej i najważniejszej chyba z cnót. W pokorze, na której nigdy się nie straci.

Nie jest to jednakże taka łatwa sprawa, jakby się mogło zrazu wydawać. Zasadniczo bowiem swoich wątpliwości w wierze wstydzimy się. Jesteśmy co do nich podejrzliwi i nieufni. Nierzadko też traktujemy je w kategorii grzechu. Wiem o tym z konfesjonału, bo na forum zewnętrznym mało kto o tych sprawach mówi.

Naturalnie, wątpliwości w wierze mogą być grzechem, czyli czymś, co zrywa mój duchowy związek z Bogiem. Aczkolwiek równie dobrze mogą być błogosławieństwem. Myślę, że o wiele częściej są błogosławieństwem niż bluźnierstwem. Błogosławieństwem i łaską okazują się z pewnością wtedy, kiedy je właściwie przeżywamy.

Co to znaczy: właściwie przeżywać wątpliwości w wierze? Po pierwsze: cierpliwie je znosić i tolerować, nie szukając na nie szybkich, przedwczesnych w gruncie rzeczy odpowiedzi. Po drugie: wżyć się w nie, zżyć się z nimi, polubić, pokochać je, tj. pozwolić im w nas oddychać, pozwolić im w nas pracować. Po trzecie wreszcie: podtrzymywać, pielęgnować je, nie dopuścić, by się kiedykolwiek całkowicie rozwiały.

[1] T. Halík, Co nie jest chwiejne, jest nietrwałe. Labiryntem świata z wiarą i wątpliwościami, tł. J. Zychowicz, Kraków 2004. [2] Cyt. za: Sz. Babuchowski, Naprawdę Go szukałem, „Gość Niedzielny”, nr 44/2014, s. 63. [3] Zob. film pt. Żywa Księga. Ks. Adam Boniecki komentuje Biblię – dodatek do „Tygodnika Powszechnego”, nr 51-52/2014.

fot. Hans Widmer/sxc.hu