Niedziela, 19 maja 2019

imieniny: Iwa, Piotra, Celestyna

RSS

Kultura

Opowieść wigilijna księdza Jana Szywalskiego. Łzy wzruszenia gwarantowane

24.12.2018 12:30 | 2 komentarze | red

- Od pięciu lat był tu, w domu starców, tu inni zajmowali choinką i stajenką w kaplicy; jego nikt nie potrzebował - pisze ks. Jan Szywalski.

Opowieść wigilijna księdza Jana Szywalskiego. Łzy wzruszenia gwarantowane
zdjęcie poglądowe/Youtube/Edeka
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Siedział w swym pokoju i drzemał, myślał i drzemał. Dziś wigilia, ale on nie miał żadnego zajęcia. Kiedyś u siebie w domu to było co innego, to do niego należało starać się o choinkę, by ją potem ustawić i ozdabiać. Przy nim kręcił się syn Beniuś, później dołączyła Dominika, wnuczka. Z kuchni dochodziły zapachy pieczonej ryby, a on gaworzył z dziećmi.

Ale od pięciu lat był tu, w domu starców, tu inni zajmowali choinką i stajenką w kaplicy; jego nikt nie potrzebował.

– Dziadku, o szóstej będzie kolacja, wieczerza wigilijna, dziś nie będzie obiadu. Wytrzymacie tak długo? Może chcecie trochę kawy?

Salowa poprawiła mu poduszkę pod głową i wyszła.

Dbała o niego, lubił ją, ale był za dumny, by jej odpowiedzieć. I ta odzywka: „dziadku!”, której tak nie cierpiał. „Nie jestem dziadem, ani dziadkiem dla was” – chciał za każdym razem powiedzieć, ale jak zawsze tylko pokornie spuścił głowę.

Z drugiego pokoju dochodziły rozmowy i śmiechy, to Teofil miał odwiedziny. Zaś jego pokojowy towarzysz Janusz wybrał się jeszcze do miasta: – Muszę coś kupić, szwagierka przyjdzie.

On nikogo nie oczekiwał.

Dlaczego jest tutaj? Dlaczego nie w swoim domu, który po wojnie postawili z Elfrydą?

Byli szczęśliwym małżeństwem, mieli jednego syna, Beniusia. Nie byli bogaci, ani biedni, jednak zdrowi i szczęśliwi. W tych pięknych latach nawet nie zauważył jak z małego Beniusia wyrósł wysoki i przystojny Bernard; miał studia za sobą i był informatykiem.

I właśnie kiedyś w Boże Narodzenie, przy strojeniu choinki, powiedział jakby mimochodem:

– Tato, żenię się.

Był zaskoczony. Niby wiedział, że syn jest dojrzały, że pracuje i zarabia, a kiedyś przyprowadził Małgosię, którą znali, bo była z ich miejscowości, ale że chce się żenić, i to już?

– Nie jesteście za młodzi?

– Tato, ja mam 25, a Małgosia 22, skończyliśmy studia, czas leci, życie ucieka.

– Twoi koledzy są jeszcze kawalerami.

– A ileż tyś miał lat, tato?

– To były inne czasy.

Wtedy, za jego młodości, była moda, by po ukończeniu służby wojskowej, założyć rodzinę.

Ślub Beniusia z Małgosią odbył się na wiosnę, wesele było wielkie, rodzina młodej pani była liczna i zasobna.

Cieszył się z tego, że młodzi zamieszkali u nich. Tak, to było zgodne z jego wyobrażeniem o trzypokoleniowym domu, naturalnie, jeżeli Bóg da im potomstwo; miejsca jest dosyć. Rzeczywiście po roku narodziła się Dominika, po dwóch latach jeszcze Natalka.

W latach 90–tych nastała plaga bezrobocia. Bernard stracił pracę, Małgosia była na macierzyńskim. Lecz było wyjście: praca w Niemczech. Bernard pewną znajomość niemieckiego języka wyniósł z domu, więc: do Reichu!

Starał się przyjeżdżać regularnie, przynajmniej raz w miesiącu. Pracował w wolne dni, by móc być kilka dni dłużej z rodziną. Nieco później znalazł tam tanie mieszkanie, a kiedyś całą swą rodzinkę zabrał tam na kilka dni.

Aż stało się to, czego się obawiał. Bernard z Małgosią stanęli przed nim i oświadczyli:

– Tato, wyjeżdżamy na stałe, tak będzie lepiej dla nas.

Zamurowało go, Elfryda rozbeczała się.

– Tato, mamo, tak będzie lepiej dla nas, tu jestem tylko gościem, przyjeżdżam jak do hotelu, przyjeżdżam i już myślę o odjeździe.

– A ja? A my?

– Dacie sobie radę.

Przez kilka nocy ani on ani Elfryda nie spali. Zamknął się w sobie; miał ogromny żal do syna, a jeszcze więcej do synowej.

– Ona za tym stoi, ona musiała go namówić, niemieckiego luksusu się jej zachciewa.

Odjechali bez jego błogosławieństwa. Elfryda objęła młodych i płakała. Cały sen o wspólnocie rodzinnej, dumne marzenie o domu „trzech pokoleń” się rozsypało. Doskonale rozumiał się z Dominiką, starszą wnuczką, nauczył ją jeździć na rowerze, wiódł za rękę do kościoła. Czasem wysoko unosił malutką Sabinę.

Jak długo żyła Elfryda było im dobrze; spokojne życie we dwoje: kury na podwórku, truskawki w lecie, owoce jesienią; czasem na zakupy, a coraz częściej do kościoła. Czas starości mógłby być pogodnym wieczorem życia, gdyby nie cień podzielonej rodziny. Młodzi czasem telefonowali, odbierała Elfryda, on nigdy. Czuł ogromny żal do nich, a także do Pana Boga.

Aż umarła nagle Elfryda, jego ukochana żoneczka. Benuś z Małgosią przyjechali na pogrzeb. Po stypie zapytał ich cicho:

– Wrócicie? Dom jest pusty…

– Tato, nasze dzieci tam chodzą do szkoły, nasze życie jest tam.

Synowa stała obok z kamienną twarzą. Machnął ręką i odwrócił się. Nie podał im ręki, gdy odjechali.

Przemęczył się przez rok, najgorzej było zimą: długie samotne wieczory, z piecem nie dawał sobie rady. W końcu się poddał. Za radą sąsiadów, po rozmowie z proboszczem, przeniósł się do domu starców. Wszyscy rozumieli, że to najlepsze wyjście. Miał wtedy 78 lat, teraz ma 83. Spokojne życie, choć był to spokój z goryczą w sercu.

Nagle ktoś zaświecił światło w pokoju.

– Dziadku, macie besuch, jakaś ładna panienka do was.

Przymrużył oślepione oczy i zobaczył przed sobą salową, a obok młodą kobietę, ładną blondynkę, elegancko ubraną i z miłym uśmiechem.

– Opa, to ja, Dominika, twoja wnuczka.

Nakładał okulary i gorączkowo zbierał myśli.

– Dominika, wnuczka? Ależ to ta mała dziewczynka...

– Tak myślisz, opa, ale ja mam 24 lata!

– Dwadzieścia cztery? – liczył w pamięci, no tak, piętnaście lat się nie widzieli.

– Opa, nie jestem sama, pokażę ci niespodziankę.

Weszła na korytarz i wtoczyła dziecięcy wózek, nachyliła się i wyjęła małe zawiniątko.

– To twój prawnuczek.

Pochylił się wzruszony. Ach, jakże zawsze pragnął, by jego ród nie wymierał. On miał tylko jednego syna, syn miał dwoje dzieci, teraz wnuczka pokazała mu pierwszego przedstawiciela nowego okolenia.

– Jak mu na imię, jest ochrzczony?–

– Nazywa się Josel... Józef.

– To tak, jak ja!

– Właśnie dlatego.

Z radości nie wiedział co zrobić.

– Zaparzę kawę mam kilka pierników w szafie.

Ale Dominika machnęła ręką:

– Nie opa, dziś post, ale przyjdziemy jutro.

– Kto?

– Mama, tata, mój mąż Rudi.

– Oni też przyjechali?

– Pełne auto; mieszkamy u rodziców mamy i – nachylając się, szepnęła mu głośno do ucha.

– Mama z tatą chcieliby się z tobą pogodzić…

Wyprostowała się i czekała na reakcję.

Serce mu podskoczyło… „chcieliby się pogodzić”! Cała gorycz ostatnich lat stanęła mu przed oczyma: opuszczenie, samotność, „dziadek” w domu starców. Czy nie czas na grubą kreskę? Na pojednanie i wzajemne wybaczenie? Za każdym razem, gdy się spowiadał, otrzymał delikatne upomnienie i zachętę do wprowadzenia pokoju.

– Opa, przyjdziemy jutro, wszyscy razem, tata i mama, a rodzice mamy też chcą przyjść.

– Nie mam kołocza...

– Wszystko przyniesiemy, nie martw się.

Podczas pasterki w kaplicy wpatrywał się w stajenkę. Raz Maryja wydała mu się podobna do jego Elfrydy, to znów do Dominiki. Jezus zaś był podobny do Beniusia, którego narodziny dobrze pamiętał, to znów do śmiejącego się małego Józka. Właśnie śpiewano „a pokój na ziemi”. Pokój w nim już nie miał posmaku goryczy.

ks. Jan Szywalski