Piątek, 18 października 2019

imieniny: Juliana, Łukasza, Bratumiła

RSS

Wyżebrałam im to dziecko

04.09.2002 00:00
Od ponad 250 lat przybywają do tej małej miejscowości pielgrzymi. Piechotą, wozami, samochodami. „Tu dzieją się cuda” - mówili, a na potwierdzenie zostawiali laski, kule..... Sława Uśmiechniętej Pani rozchodziła się po coraz dalszych okolicach.  Jeszcze ze sto lat temu, przedmioty niepotrzebne po uzdrowieniu, wisiały za ołtarzem,  później zmurszałe i zżarte przez korniki wyrzucono. Ale mimo to, ludzie nadal twierdzą, że doznają tu uzdrowień, a ich modlitwy są wysłuchiwane.

Był XVIII w. W związku ze wspomnianym  rozgłosem, postanowiono zbadać cała sprawę. Komisja przystąpiła do przesłuchania wezwanych świadków (inkwizycji). A było ich niemało, bo 33.

Jan Karaś i jego żona Rozyna z Rydułtów zeznali przed Komisją, że ich 11-letni syn Krzysio w pierwszym roku życia wypadł z kołyski i nabił sobie guza pod lewym okiem. Guz tak zaczął się rozrastać,  że zasłonił oko i pozbawił dziecko wzroku. Matka płacząc dzień i noc nad nieszczęściem dziecka odmówiła w jego intencji trzy Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo, składając je niejako w ofierze przed obrazem Najświętszej Maryi Panny w pszowskim Sanktuarium. Wcześnie rano poszła doić krowy, a gdy wróciła do mieszkania po pół godzinie, zobaczyła, że chłopiec już wstał z łóżka, ubrał się i w ręce trzymał siekierkę:

Mamusiu ja widzę! Ja narąbię szczap - zawołał. Od tego czasu Krzysio widział już dobrze, co potwierdził ks. proboszcz Jan F. Niemczyk z Ryduł-tów i inni świadkowie.

Downo i nieprowda?

To było downo i nieprowda - mówią jednak co niektórzy. To co mnie się stało, nie jest żodno nieprowda - ripostuje Janina Szczyra z Wodzisławia Śl. Ja ubłagałam dziecko u Najświętszej Panienki w Pszowie dla mojej siostry Teresy. Choć niektórzy lekarze twierdzili, że wszystko z nią i mężem w porządku, dziecka na świecie nie było. A po ślubie 9 lat. Mieszkanie, auto, pieniądze wszystko było, tylko szczęścia nie. To, co przeżywali, nie da się opisać. Bunt, konflikt związany z brakiem potomka. Nie mogłam na to patrzeć, jako siostra strasznie to przeżywałam, łączyłam się z nią w bólu. Codziennie przed świtem „tyczałach” pod drzwiami kościoła pszowskiego. Moją modlitwę można było nazwać nawet „wadzyniem”, bo nie zawsze była pokorna. „Ty się śmiejesz, a tam się mał-żeństwo siostrze rozwala!” - zawołałam z rozpaczy któregoś dnia. Z 8 na 9 grudnia 1988 r. na świecie pojawiła się Paulinka Maria (8 grudnia to święto Niepokalanego Poczęcia NMP). Dla mnie to był cud. Niestety, Paulinka zaczęła chorować, stała jedną nogą nad grobem. Rozpacz. Niepotrzebnie wyżebrałam im to dziecko, myślałam.  I znów moje pielgrzymki do Uśmiechniętej. „Ty mi nie możesz tego zrobić. Nie teraz” - wołałam. Dziś Paulinka ma 14 lat. Rodzice ją bardzo kochają, a ociec wręcz za nią szaleje. W szkole jest prymuską, piękną dziewczyną, wygląda jak gazela. Należy do Dzieci Maryi. Nie opuści żadnego maryjnego nabożeństwa, nosi też medalik „maryjek”, z którego pół szkoły się z niej wyśmiewa. Nie przejmuje się tym jednak. Bardzo ukochała Maryję, tak od siebie, bez jakiś nacisków z naszej strony. Tak jakby to miała w genach.

Rzykałem i płakałem

Był czas, że wyrzucili mnie z ministrantów. Byłem istny leser, prawdę mówiąc czułem się wtedy jak grzesznik - wspomina Franciszek. Któregoś dnia, błąkając się po domu w chorobie, wpadła mi w ręce książka o Lourds. Pisało tam o różańcu. Spróbowałem. Ojej, to jest fajne, ta świadomość, że jak codziennie odmówię różaniec, to nie pójdę do piekła. Szansa zbawienia. To była wewnętrzna rewolucja. Gdy przeczytałem książkę Zofii Kossak „Błogosławiona wina”, wiedziałem, że chcę tak jak Sapieha pójść na pielgrzymkę. Zapragnąłem tego. Oczywiście nie do Rzymu, tylko tam gdzie było najbliżej, a najbliżej było do Pszowa. Nigdy nie byłem na pielgrzymce, więc co mi szkodzi spróbować, pomyślałem. Niestety, coś pomieszałem i  na miejsce zbiórki stawiłem się godzinę po czasie. Wszyscy poszli. Nie, nie mogę spasować, pomyślałem i poszedłem sam. Starałem się modlić. Było to dla mnie duże wewnętrzne przeżycie. Ale to co spotkało mnie w kościele, przed obrazem Uśmiechniętej, tego do dziś nie potrafię wyrazić. To było nawrócenie. Musiałem dość dziwnie wyglądać, bo ludzie pokazywali mnie sobie palcami. Rzykałem i płakałem. Do teraz  jest to dla mnie magiczne miejsce, przyjeżdżam tu jak do mamy.

Żeby powrócił

Byłam małą dziewczynką, kiedy zabrali mi ojca na wojnę - wspomina Elżbieta z Pszowa. Przeżywałam to strasznie. Razem z koleżanką biegałyśmy do kościoła z prośbą o powrót ojców do domu. Całych i zdrowych. Pewnego dnia usłyszałam w modlitwie datę powrotu mojego taty. Nikt nie chciał mi w domu uwierzyć. Ojciec wrócił cały i zdrowy, w dniu w którym powiedziałam.

Zaproszenie na koronację

Już w najbliższą niedziele, 8 grudnia arcybiskup Damian Zimoń ukoronuje koronami papieskimi, w imieniu Jana Pawła II, Matkę Bożą Uśmiechniętą.  Suma pontyfikalna i koronacja odbędzie się o godz. 11.00. Godzinę wcześniej rozpoczną się rozważania różańcowe. O godz. 14.00 będzie godzina hołdu Maryi a o 15.00 - nieszpory maryjne.

Parafia zaprasza także dzień przed koronacją, na sobotę 7 września. O godz. 15.00 odbędą się obchody na Kalwarii Pszowskiej (pomiędzy Pszowem a Rydułtowami),  o 18. 00 w bazylice odbędą się nieszpory maryjne, o 19.00 Msza św. Na godz. 20.00 Akcja Katolicka Pszów zaprasza na spektakl światła i dźwięku: „Echa śląskiej duszy”, mówiący o przeszłości pszowskiej ziemi i o Sanktuarium Matki Bożej Uśmiechniętej. Wystąpią aktorzy Teatru Śląskiego w Katowicach.

Aleksandra Matuszczyk - Kotulska

  • Numer: 36 (156)
  • Data wydania: 04.09.02