Czwartek, 16 lipca 2020

imieniny: Mariki, Benity, Dzierżysława

RSS

Problem przygranicznych rolników nie do rozwiązania? Gospodarz szacuje straty na 200 tys. złotych

31.03.2020 00:00 red

Na polsko-czeskim pograniczu nie brakuje rolników, którzy mają swoje pola uprawne po drugiej stronie granicy. Obostrzenia wprowadzone przez rząd w związku z pandemią koronawirusa powodują jednak, że gospodarze nie mogą przekraczać granicy, a więc uprawiać swoich pól. Tacy rolnicy mieszkają m.in. w gminie Krzyżanowice, Krzanowice i Pietrowice Wielkie. Gospodarze nie są wpuszczani na teren Czech, gdyż nie są w grupie osób uprawnionych. Ci wracający z Czech zostaną zaś poddani 14-dniowej kwarantannie.

Początkowo rolnicy posiadający spore areały na pograniczu zwrócili się z problemem do swoich władz gminnych o pomoc w przemieszczaniu się po polach leżących po obu stronach granicy polsko-czeskiej. Następnie Grzegorz Utracki z Krzyżanowic, Andrzej Strzedulla z Krzanowic oraz Andrzej Wawrzynek z Pietrowic Wielkich poprosili starostę Grzegorza Swobodę o interwencję w tej sprawie.

Wójt Grzegorz Utracki już w poniedziałek po zamknięciu granic zlecił pracownikom urzędu sporządzenie listy rolników gminy posiadających swe grunty w Czechach i rozmawiał w tej sprawie z komendantem Straży Granicznej w Rudzie Śląskiej, która odpowiada za granice na terenie powiatu raciborskiego. Wójt apelował, aby umożliwiono rolnikom dostęp do swoich pól w Republice Czeskiej. Sporządził wykaz rolników z gminy Krzyżanowice posiadających grunty w Czechach i przekazał do placówki straży granicznej z Rudy Śląskiej. Ten sam wykaz trafił kilka dni później do Starostwa Powiatowego w Raciborzu. W przypadku Krzyżanowic mowa o 21 rolnikach potrzebujących pomocy. – Niestety, usilne starania i zabiegi naszego urzędu oraz starosty raciborskiego nie przyniosły efektu, nie wyrażono zgody na przekraczanie granicy czeskiej dla rolników – zauważa włodarz. Rolnikom strona rządowa zaproponowała, aby na czas wprowadzonego zakazu poszukali czeskich partnerów, którzy zajęliby się ich uprawami. – To jednak nie jest takie proste, ale wiem, że duża część naszych rolników rozpoczęła starania, by tak się stało. To nie jest najlepsze rozwiązanie tej sprawy, część rolników straciła możliwość uprawy znacznej części swoich gruntów rolnych – powiedział nam wójt Grzegorz Utracki.

Burmistrz Krzanowic Andrzej Strzedulla mówiąc nam natomiast o licznych apelach samorządowców w sprawie problemu rolników, podkreśla, że jak na razie niewiele się zmieniło. – Wiemy jednak, że ostateczna decyzja w tej sprawie nie jest tylko i włącznie po polskiej stronie. To musi być ustalone z rządem czeskim – zauważa włodarz. Burmistrz przyznaje, że w przypadku Krzanowic mowa o kilkunastu rolnikach posiadających areały na sąsiedniej ziemi. – Mam nadzieję, że uda się zakończyć tę sprawę pozytywnie, a więc, że nasze wszystkie apele zostaną wysłuchane – puentuje włodarz.

– Ciągle interweniujemy, ale niestety nie ma pozytywnych wiadomości. Zaproponowano tym rolnikom, że mają sobie poszukać partnera po stronie czeskiej, aby ktoś za nich dokonywał pracy na roli. To jest jednak trudne, wręcz niemożliwe – dostrzega z kolei wójt Pietrowic Wielkich Andrzej Wawrzynek. Wójt ubolewa, że jak na razie nie pojawiło się ze strony rządzących zrozumienie wobec gospodarzy. – Rolnicy dopasowaliby się do nałożonych na nich restrykcji, nie byłoby problemu. Oni chcą tylko wykonywać pracę, z której żyją – akcentuje wójt. Andrzej Wawrzynek puentując rozmowę, zauważa, że samorządy każdego dnia dokładają starań, aby rozwiązać problem mieszkańców. W przypadku Pietrowic Wielkich mowa o jednym rolniku mającym problem, ale za to posiadającym spore areały w sąsiednich Czechach.

(mad)


200 tys. złotych strat

O problemach rolników zdecydował się opowiedzieć Henryk Jeremiasz, gospodarz z Samborowic. To jedyny rolnik, który znalazł się w tej patowej sytuacji z terenu gminy Pietrowice Wielkie. Mówi nam, że po czeskiej stronie ma około 200 hektarów, ale z racji nałożonych obostrzeń nie może wykonywać swojej pracy. – Trzeba buraki siać, dokonywać oprysków, a niestety nie da się – martwi się w rozmowie z nami. Zauważa, że jego polskie pola łączą się z tymi czeskimi, więc tym bardziej nie może zrozumieć nałożonych obostrzeń. – Chcemy mieć tylko możliwość uprawy naszego terenu – podkreśla. Co do propozycji, aby ktoś uprawiał jego pole, odpowiada, że nie ma na to szans. – Szukaliśmy, ale niestety nie ma chętnych. To zbyt duży areał – przyznaje nasz rozmówca. Szacuje, że jeśli nie uda mu się wykonać zaplanowanej pracy, to jego straty będą sięgać nawet 200 tysięcy złotych.

  • Numer: 13 (1456)
  • Data wydania: 31.03.20
Czytaj e-gazetę