Sobota, 16 lutego 2019

imieniny: Danuty, Julianny, Daniela

RSS

Stanisław Hoffmann laryngolog w mundurze

27.03.2018 00:00 red.

Kiedy wizytował oddział, pacjenci stali przy swych łóżkach na baczność, ale zamiast musztry dostawali dobre słowo i fachową opiekę. Nie bez powodu korytarz laryngologii wypełniał zawsze tłum pacjentów, którzy bez skierowania, o każdej porze dnia i nocy, byli przez doktora przyjmowani. Dziś brzmi to jak bajka, ale w czasach doktora Hoffmanna nikt kto się zgłosił do szpitala nie mógł zostać pozbawiony pomocy.

Goffmann garcerz do tablicy

W rodzinie Hoffmannów dużą wagę przywiązywano do wykształcenia i wartości duchowych. Podczas gdy pan Bronisław oddawał się pracy urzędniczej w szamotulskim Starostwie Powiatowym, jego żona Zofia zajmowała się nie tylko prowadzeniem domu i wychowywaniem dzieci, ale i dobroczynnością. – Babcia starała się o dożywianie ubogich. Zdobywała dla nich jedzenie i środki na jego zakup, gotowała. Zmarła w młodym wieku, a na jej pogrzeb przybyły tłumy ludzi, którym pomagała – opowiada Anna Czarnecka – córka doktora Hoffmanna.

Jej dziadkowie mieli pięcioro dzieci. Najstarszy Tadeusz jeszcze przed wojną skończył wydział elektrotechniki na Politechnice Warszawskiej. – Tatuś opowiadał, że był bardzo uzdolniony, razem z braćmi zrobił w domu radio kryształowe, czyli wykorzystujące własności piezoelektryczne kryształu kwarcu. Został wzięty do niewoli w 1939 r. Ostatnią wiadomość wysłał rodzinie w grudniu. Prosił o koce i żywność, miał nadzieję na rychły powrót do domu. Przez całe lata modliliśmy się wspólnie o szczęśliwy powrót wujka Tadzia. Jego narzeczona czekała na niego całe życie, nigdy nie wychodząc za mąż – opowiada pani Anna. Jej wuj walcząc w kampanii wrześniowej jako podporucznik 7 Pułku Strzelców Konnych, dostał się do niewoli sowieckiej. Był jeńcem obozu w Starobielsku i zginął zamordowany w Charkowie w 1940 roku, o czym rodzina przez wiele lat nie wiedziała.

Tego losu uniknął Stanisław, który przyszedł na świat 18 kwietnia 1917 roku w Buszewie i nie został zmobilizowany, bo we wrześniu czekał jeszcze na końcowe egzaminy na wydziale medycznym Uniwersytetu Poznańskiego. Wojna sprawiła, że dyplom odebrał dopiero w 1945 roku. Jego siostra Zofia zdobyła dyplom pielęgniarki, a najmłodsi bracia Jan i Włodzimierz już po wojnie skończyli Akademię Ekonomiczną w Poznaniu.

Bracia, oprócz zdolności technicznych, mieli zacięcie do piłki nożnej i muzyki. Śpiewali, grali na różnych instrumentach, a w domu była perkusja, na której grywał Stanisław. Należeli do Towarzystwa Szamotulan, gdzie uczyli się piosenek i tańców ludowych, które prezentowali na różnych uroczystościach, a także do towarzystwa gimnastycznego „Sokół”. Byli też harcerzami i w czasie wakacji jeździli na obozy. – Podczas jednego z takich wyjazdów przez cały czas padał deszcz i w związku z tym tato nie zdejmował beretu z głowy. Gdy wrócił do domu okazało się, że włosy, które zawsze miał proste, zaczęły mu się kręcić. Koledzy i nauczyciele w szkole wyśmiewali się, że sobie kręci loki, a matematyk, który zamiast „h” mówił „g” i nie przepadał za harcerstwem, wzywał tatę do odpowiedzi wołając Goffmann, garcerz do tablicy – opowiada pani Czarnecka.

Jak zdobyć dziewczynę z czarnym warkoczem

Beztroskie dzieciństwo i młodość przerwała rodzeństwu wojna. W obawie przed aresztowaniem przez Niemców za przynależność do organizacji patriotycznych, pan Stanisław został przez rodzinę wysłany na wschód Polski. Trafił do Jędrzejowa, gdzie zatrzymał się u znajomych rodziców, państwa Pokornych. Ponieważ znał język niemiecki, został zatrudniony w firmie zajmującej się dystrybucją węgla. W Jędrzejowie poznał swoją przyszłą żonę Marię Piotrowską, która wraz z ojcem Edwardem i młodszą o dwa lata siostrą Elżbietą została wysiedlona z Poznania w 1940 roku. – Tatuś opowiadał mi piękną historię o tym, jak poznał mamusię. To było którejś niedzieli. Zobaczył schodzącą ze schodów dziewczynę z długim czarnym warkoczem i zrobiła na nim takie wrażenie, że za wszelką cenę chciał ją poznać. W tamtych czasach chłopakowi nie wypadało jednak podejść do dziewczyny na ulicy, więc szukał jakiejś sposobności, by się z nią zobaczyć. Okazało się, że obie córki państwa Pokornych przyjaźniły się z siostrami Piotrowskimi i z ich pomocą udało mu się zrealizować marzenie – mówi pani Anna.

Pobrali się w kwietniu 1941 roku i zamieszkali w położonym niedaleko Sędziszowie, gdzie w grudniu 1942 roku przyszedł na świat ich syn Tadeusz. – Tatuś nie przyznawał się do tego, że jest lekarzem, ale wiemy, że potajemnie leczył rannych partyzantów AK. Mama dowiedziała się o tym dopiero po wojnie. Do Jędrzejowa i Sędziszowa rodzice zabrali nas kiedyś w sentymentalną podróż z okazji 20 rocznicy swego ślubu. Poznaliśmy ludzi, u których podczas wojny mieszkali i tych, którzy o pomocy tatusia dla partyzantów nie zapomnieli – opowiada Anna Czarnecka.

W 1945 roku pan Stanisław został zmobilizowany do II Armii Wojska Polskiego, gdzie pełnił funkcję lekarza pułkowego. Już jako oficer należał do oddziału, który brał udział w wyznaczaniu nowej granicy wschodniej. – Po latach opowiadał, że ludzie mieszkający w pobliżu ich prac pytali, jak będzie przebiegała i po której stronie granicy będzie ich dom. Zdarzało się, że przez noc przenosili cały swój dobytek, aby zostać w Polsce – wspomina pani Anna.

Ponieważ czasy były trudne, a pana doktora przenoszono wciąż z miejsca na miejsce, wysłał żonę z synkiem do teścia, który już zdążył wrócić z wysiedlenia do Poznania. Wkrótce do nich dołączył, uzupełniając brakujące do uzyskania dyplomu lekarza egzaminy. W 1948 roku urodził się drugi syn Hoffmannów – Jerzy, a po trzech latach córka Anna.

Major na rowerze

W 1946 roku doktor Hoffmann został przeniesiony do Szpitala Wojskowego w Poznaniu, gdzie zrobił I i II stopień specjalizacji. Trafił do chirurgicznego zespołu profesora Małeckiego, co wpłynęło na jego zainteresowanie laryngologią i zapoczątkowało badania naukowe, zwieńczone rozprawą doktorską. Stopień doktora nauk medycznych uzyskał w 1951 roku na wydziale lekarskim Akademii Medycznej w Gdańsku.

W 1953 roku pan Stanisław został przeniesiony rozkazem do Szpitala Garnizonowego w Żarach, gdzie organizował oddział laryngologiczny. Prowadził też poradnię laryngologiczną dla pracowników PKP. Wraz z nim przeniosła się tam cała rodzina. – Pamiętam, że do pracy dojeżdżał na rowerze. Ponieważ nosił spodnie z szerokimi nogawkami, żeby nie wkręcały się w szprychy koła, spinał je metalowymi klamerkami, co wyglądało zabawnie. Ponieważ Żary leżą w okolicy pełnej lasów, jeździliśmy do nich na rowerowe wycieczki. Zbieraliśmy grzyby, bracia strzelali z własnoręcznie zrobionych łuków, skakaliśmy po piaszczystych skarpach. Było fantastycznie – wspomina pani Anna. W 1957 roku doktor Hoffmann wystąpił z wnioskiem do ministra o przeniesienie do cywila. Udało się. Został zwolniony ze służby wojskowej i w stopniu majora przeniesiony do rezerwy.

Po wygranym konkursie na stanowisko ordynatora oddziału laryngologicznego Szpitala Miejskiego w Raciborzu, rodzina przeprowadziła się we wrześniu 1959 roku do naszego miasta i zamieszkała w kamienicy przy placu Wolności. Pan doktor pracował również w przychodni rejonowej i przyjmował pacjentów w swoim prywatnym gabinecie w domu.

Pacjenci z kotwiczkami

Zanim powstał założony przez doktora Hoffmanna oddział laryngologiczny w raciborskim szpitalu, wcześniej istniał taki pododdział na chirurgii. – To była jedna sala opatrunkowo-operacyjna, w której wykonywało się zabiegi, a pacjentów kładziono na chirurgii. Nie pamiętam dokładnie nazwiska pani ordynator tego pododdziału, ale wiem że przyjechała z Krakowa i gdy tylko dostała stamtąd propozycję pracy, to do niego wróciła. Pracowali z nią doktorzy Rakowski, który zmarł w tragicznym wypadku i Szura, który trafił potem do wojska i już do nas nie wrócił. Pierwszą oddziałową na laryngologii była Cecylia Plura, a po niej Łucja Piszczan – wspomina Anna Bluk – pierwsza oddziałowa tutejszej sali operacyjnej, która z doktorem Hoffmannem przepracowała 30 lat. Swojego szefa wspomina jako bardzo dobrego człowieka i doskonałego lekarza. – Za doktora Hoffmanna oddział laryngologii dostał swoje miejsce na parterze. My mieściliśmy się po lewej stronie od wejścia, a chirurgia po prawej. Nie było już żadnych ograniczeń w przyjmowaniu pacjentów, a odkąd zaczął ich leczyć szef, to korytarze były pełne ludzi, bo znany był z tego że nikomu nie odmówił pomocy – dodaje pani Anna.

Obsadę oddziału stanowili lekarze: Kazimierz Barycki, Zygmunt Kampik, Józef Kłosek, Andrzej Prokesz, Bogusław Cygan i Urszula Krężel oraz pielęgniarki: Anna Ciesielska, Irena Dziadek, Alina Jaroniak, Marta Sytnik i Janina Kikomber.

– Szef był dla nas jak ojciec, przy nim czuliśmy się jak w jednej rodzinie. Ze wszystkim można było do niego przyjść i o wszystko zapytać. Obowiązywała zasada dyrektor Gizeli Pawłowskiej, że każdy, kto trafia do szpitala musi zostać zbadany i doktor Hoffmann tego się trzymał – mówi pielęgniarka Alina Jaroniak, a oddziałowa sali operacyjnej Marta Sytnik podkreśla, że szef był zawsze punktualny i wymagał tego również od innych. – Pierwszy obchód zaczynał się o 8.00 rano a drugi o 16.00. Ci, którzy byli po zabiegach mogli leżeć, ale reszta musiała podczas wizyty stać przy łóżkach. Prawie codziennie operowaliśmy, a jak było dużo pacjentów to ustawiało się dodatkowe łóżka na korytarzach. Był jednym z niewielu lekarzy, który pozwalał rodzicom zostawać po zabiegu z dzieckiem – wspomina pani Marta i dodaje, że wiele narzędzi laryngologicznych doktor Hoffmann przywiózł do szpitala ze sobą. Gdy odszedł na emeryturę zostały jako pamiątka po twórcy oddziału.

Doktor Urszula Krężel pamięta szefa jako bardzo pracowitego człowieka. – Miał zawsze nocny dyżur pod telefonem i gdy tylko ktoś z miasta potrzebował pomocy, to do szpitala zaraz przyjeżdżał. Przed wigilią kazał sobie przygotowywać zestaw do wyciągania ości, bo takich przypadków mieliśmy sporo. Był dobrym psychologiem, wiedział jak podejść do ludzi dlatego pacjenci go lubili – opowiada pani doktor.

Na laryngologię trafiali też często więźniowie, którzy chcąc się wydostać na zewnątrz połykali tzw. „kotwiczki” zrobione z kawałka drutu, które trzeba było usuwać z przełyku w warunkach szpitalnych. – Tatuś był niezadowolony, bo żaden inny pacjent nie mógł leżeć na sali z więźniem, którego pilnował strażnik, więc trzeba było chorych przenosić, co dezorganizowało pracę oddziału – opowiada Anna Czarnecka. Mimo przejścia na emeryturę doktor przychodził jeszcze na wizyty na oddziale pediatrycznym, pracował w przychodni przy Ocickiej i prowadził praktykę prywatną w mieszkaniu przy Winnej, gdzie rodzina przeprowadziła się w latach 70.

Ostatnia podróż do Poznania

Pan Stanisław bardzo cenił sobie życie rodzinne i pomimo wielu zajęć zawodowych, dla najbliższych zawsze znajdował czas. – Do tradycji należało spędzanie Świąt Wielkanocnych w Poznaniu u teścia i szwagierki oraz w rodzinnym domu w Szamotułach, gdzie mieszkała siostra taty i dojeżdżali jego bracia. Na Boże Narodzenie kto mógł przyjeżdżał do Raciborza. Rodzice kochali Tatry. Był okres, że przez 11 kolejnych lat spędzaliśmy wakacje w Poroninie – wspomina syn doktora Tadeusz Hoffmann i dodaje, że w latach 60. w okresie świetności drużyny piłkarskiej Unia Racibórz ojciec był jej wiernym kibicem. Jego siostra podkreśla, że to właśnie rodzice nauczyli ich podziwiać piękno przyrody i kochać życie rodzinne. – Byli towarzyscy i często, gdy starsi bracia woleli inne atrakcje niż wycieczka do lasu z rodzicami, zabieraliśmy moje koleżanki. Pamiętam, że gdy do Rybnika przyjechał na koncert zespół rockowy „Czerwone Gitary” tata zawiózł tam mnie i moje koleżanki i był na nim do końca, nie narzekając na hałas. Rodzice przyjaźnili się z Buzkami, Koczenaszami, Roszczakowskimi i Skoczkowskimi, ale tato nie lubił, gdy wracając do domu zastawał w nim jakąś przyjaciółkę mamy. Szybko dawał jej do zrozumienia, że to jest jego czas i chce go spędzić z żoną – tłumaczy pani Anna.

Hoffmannowie byli ludźmi głębokiej wiary, przeżyli ze sobą 55 lat i snuli plany na przyszłość, którą chcieli spędzić z dziećmi i wnukami. – Tatuś zmarł 14 maja 1996 roku, niecały miesiąc po rocznicy ślubu. Zupełnie się tego nie spodziewaliśmy. Do końca maja miał pracować w przychodni, a w lipcu rodzice planowali przeprowadzkę do Poznania, gdzie kupili już mieszkanie. Liczyłam na to, że będziemy mieć dla siebie więcej czasu. Nie udało się, ale cieszę się, że mój tata zrobił w życiu wiele dobrego i stał się przez to ważny nie tylko dla własnej rodziny – podsumowuje Anna Czarnecka.

Katarzyna Gruchot


Stanisław Hoffmann (1917 – 1996) lekarz laryngolog, dr nauk medycznych, twórca i ordynator oddziału laryngologicznego Szpitala Miejskiego w Raciborzu

  • Numer: 13 (1345)
  • Data wydania: 27.03.18
Czytaj e-gazetę