Piątek, 15 lutego 2019

imieniny: Faustyna, Jowity, Georginy

RSS

Jan Koczenasz, lekarz z pacjentem na kolanach

13.03.2018 00:00 red.

Małym pacjentom poświęcił całe swoje życie. Będąc w ciągłym biegu potrafił się przy nich wyciszyć i cierpliwie zaczekać aż przestaną się bawić słuchawkami i będzie mógł ich zbadać. Dzieci go uwielbiały i choć był postrachem matek, ufały jego doświadczeniu. Doktor Jan Koczenasz miał bowiem to „coś” co sprawiało, że nawet najbardziej oporny pacjent lądował w końcu na jego kolanach.

Szkoła życia

Czasy, w których przyszło żyć Janowi Koczenaszowi ukształtowały go jako człowieka. Bardzo szybko musiał nauczyć się samodzielności i odpowiedzialności za rodzinę. Upór i zaradność życiowa, które pozwoliły mu przetrwać czas wojny, pomogły mu później w karierze zawodowej.

Urodził się 23 grudnia 1926 roku w Przemyślu w zamożnej rodzinie inteligenckiej – ojciec Wasyl był sędzią a matka Janina lekarką. Rodzina Koczenaszów podzieliła losy tysięcy Polaków, żyjących na Wschodzie. Ojciec zaginął na wojnie, dwaj przyrodni bracia Jana: Borys i Oleg Wituszyńscy trafili do obozów koncentracyjnych, a Jan wraz z matką został zesłany do Kazachstanu. To właśnie tam przeszedł prawdziwą szkołę życia. – Szybko nauczył się jak sobie radzić w trudnych warunkach. Miał szesnaście lat i już utrzymywał mamę. Opowiadał mi jak łowił ryby w przerębli i uszył sobie ciepłą czapkę – wspominała nieżyjąca już żona doktora Halina Koczenasz.

Kiedy w ZSRR zaczęła się formować Armia Berlinga, od razu się zaciągnął. Przeszedł szybkie szkolenie i trafił do brygady pancernej. Krótka przygoda z wojskiem skończyła się dla młodego czołgisty raną nogi i utratą palca ręki. Ten fakt zaważył później na jego decyzji o wyborze pediatrii zamiast chirurgii, o której marzył. Ranny trafił do szpitala, a stamtąd wrócił do ukochanego Przemyśla. Z całej rodziny odnalazł tam tylko kuzynkę. Matka została w Kazachstanie, a bracia rozpierzchli się po świecie – Borys znalazł się w Argentynie a Oleg, który został lekarzem trafił do kolonii trędowatych na Madagaskar. Młody Jan zdany był tylko na siebie. Na sentymenty nie miał jednak czasu. Szybko znalazł pracę u piekarza i rozpoczął naukę w liceum. Po maturze postanowił iść na studia i tak trafił do Wrocławia.

Bez taryfy ulgowej

Wybór studiów na Akademii Medycznej we Wrocławiu był kontynuacją rodzinnych tradycji. Utrzymanie się na nich bez jakiejkolwiek pomocy było nie lada wyzwaniem. Po raz kolejny przydała się szkoła życia, którą pan Jan przeszedł podczas wojny. Okazał się jednym z najzdolniejszych studentów, a oprócz nauki znajdował jeszcze czas na sport. W czasach akademickich był zapalonym wioślarzem. Znając jego upór, mógłby w tej dziedzinie odnosić sukcesy, ale z powodu kłopotów zdrowotnych lekarz nie wyraził zgody na uprawianie przez niego tej dyscypliny. Jeździł też na rowerze, na którym robił sobie wycieczki z Wrocławia nad morze, a w późniejszych czasach jego pasją stały się narty.

Pod koniec studiów, podczas jednego ze spotkań medycznych, poznał młodą pielęgniarkę Halinę, która wkrótce została jego żoną. Młodzi pobrali się w 1953 roku i zamieszkali w malutkim mieszkanku w starej kamienicy. – Warunki były okropne, bardzo ciasno, toalety na korytarzu i my z dwójką maleńkich dzieci, Piotrem i Anią. Byliśmy jednak młodzi, więc wszystko nas cieszyło – wspominała żona. Wkrótce dołączyła do nich pani Janina, która wróciła z Kazachstanu.

Świeżo upieczony absolwent medycyny został pracownikiem I Kliniki Pediatrycznej Akademii Medycznej we Wrocławiu, gdzie zdobył I i II stopień specjalizacji. Pan Jan zdawał sobie sprawę z tego, że pięcioosobowej rodzinie trzeba zapewnić lepsze warunki, przede wszystkim lokalowe. Kiedy dowiedział się o ogłoszonym konkursie na stanowisko ordynatora oddziału dziecięcego w Raciborzu, długo się nie zastanawiał. Jesienią 1959 roku szpital zyskał wysokiej klasy specjalistę pediatrii.

Szef jak ojciec

Jan Koczenasz przejął oddział pediatryczny po doktorze Andrzeju Majewskim, który został szefem oddziału noworodków. Obaj lekarze, choć bardzo od siebie różni, szybko zaprzyjaźnili się i przyjaźń ta towarzyszyła im przez całe życie. Wymieniali się doświadczeniem, konsultowali trudne przypadki i zastępowali się na dyżurach.

Nowy ordynator zaczął wprowadzać na oddział zasady, które wyniósł z kliniki we Wrocławiu. – W każdy piątek po wizycie mieliśmy w szpitalu spotkania, na które młodzi lekarze musieli przygotowywać referaty. Nikt z nas nie miał czasu, by czytać całą prasę medyczną, więc takie „prasówki” były świetnym pomysłem. Wymagał od nas tego, by przygotowanych materiałów nie czytać z kartki, bo uważał, że umiejętność wysławiania się jest w życiu bardzo przydatna – opowiada doktor Ewa Łomot-Domagała, która była zastępcą ordynatora. A doktor Krystyna Góral dodaje: Na te zebrania szef często przynosił lody albo ciasta, które sam piekł. Nawet kiedy miałyśmy już specjalizacje i nie pracowałyśmy w szpitalu, w piątki tradycyjnie przychodziłyśmy na oddział.

Doktor Koczenasz dawał młodym lekarzom dużo swobody i samodzielności, bo jego zdaniem zdobywanie doświadczenia i wyciąganie wniosków z własnych błędów uczyło zawodowej odpowiedzialności. – Nigdy nie bał się konkurencji z naszej strony. Dzielił się swoją wiedzą i zawsze mogliśmy liczyć na jego wsparcie – mówi Krystyna Góral. Wśród młodszych kolegów i pielęgniarek nieco apodyktyczny szef wzbudzał jednak respekt. – Kiedy w lutym 1964 roku rozpoczęłam staż na oddziale pediatrii byłam przerażona. Szef wydawał mi się człowiekiem ostrym i niedostępnym. Po prostu bałam się go – wspomina doktor Krystyna Góral. – To były jednak tylko pozory. Wkrótce zrozumiałam, że traktował nas jak ojciec. Był perfekcjonistą w każdym calu i tego samego wymagał od nas. Kiedy trzeba było potrafił jednak pochwalić, pocieszyć albo po prostu przytulić – dodaje pani doktor.

Raciborska pediatria była często stawiana innym placówkom medycznym za przykład. – Pamiętam, jak podczas stażu w klinice Akademii Medycznej w Zabrzu pani profesor chwaliła nasz oddział za to, że sami potrafimy zrobić punkcję opłucnej, podczas gdy inni wożą małych pacjentów do kliniki pediatrycznej – mówi Ewa Łomot-Domagała. W klinikach doceniano też raciborskich lekarzy stażystów za wzorowo przygotowywane epikryzy, które były oczkiem w głowie doktora Koczenasza. Taki opis zakończonego u pacjenta procesu postępowania lekarskiego zawsze trafiał do rąk ordynatora, który go sprawdzał. – Zdarzało się, że szef brał dodatkowe dyżury, żeby to wszystko przeczytać. Był bardzo dokładny, szczególnie jeśli chodziło o uzasadnienie leczenia. Jeżeli coś mu się nie podobało, to zawsze wyciągał taką epikryzę i omawiał z nami, co można było zrobić inaczej – wspomina Ewa Łomot-Domagała.

Mimo natłoku zajęć ordynator znajdował jeszcze czas na pracę w żłobku, pisanie pracy doktorskiej, którą obronił w 1972 roku oraz wykłady w Liceum Medycznym Pielęgniarstwa. Kontrolował też pracę pediatrów w przychodniach w całym powiecie. – Często siadał w poczekalni i zaczynał od rozmowy z matkami. Sprawdzał kartoteki szczepień, wizyty domowe i patronaże – opowiada doktor Ewa Łomot-Domagała.

Żaden ordynator nie mógłby się pochwalić na swoim oddziale takim wynikiem, jaki osiągnął doktor Koczenasz. Na pediatrii przeprowadzono kilkadziesiąt specjalizacji pierwszego i drugiego stopnia. – On nie tylko wymagał od lekarzy ciągłego dokształcania się, ale i mobilizował nas. Przepytywał przed egzaminami, jeździł z nami na nie i bardzo dobrze nas przygotowywał. Wszyscy zdawaliśmy za pierwszym podejściem – wspomina pani Ewa. Równie wymagający był w stosunku do pielęgniarek. Odbywające na oddziale pediatrii staż uczennice szkoły medycznej wiedziały, że u doktora Koczenasza nigdy nie ma taryfy ulgowej. Wiedzę teoretyczną, której wymagał od nich podczas zajęć w liceum, musiały skonfrontować z praktyką. – Wzbudzał respekt. Gdy ordynator miał dyżur, wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik. Z drugiej jednak strony kiedy widział, że któraś z nas miała jakieś problemy, od razu pytał: co cię gryzie? Potrafił wysłuchać i doradzić nawet w sprawach prywatnych, jak ojciec – wspomina pielęgniarka oddziałowa Elżbieta Rogalska. – Stworzył nam takie warunki, że czuliśmy się jedną rodziną – dodaje.

Po przejściu na emeryturę w 1996 roku doktor Koczenasz prowadził jeszcze w niepełnym wymiarze godzin poradnię konsultacyjną dla dzieci przy oddziale pediatrycznym. Do ostatniej chwili praktykował też w domu.

Dzieci go kochały a matki się bały

– Potrafił objechać niejedną mamę, gdy w ciepły dzień przyprowadzała zakutane od głowy po stopy dziecko, a sama była w krótkim rękawku – wspominała Halina Koczenasz. Jeśli chodziło jednak o dobro dzieci, to ordynator mobilizował wszystkich bez względu na to, jakie pełnili funkcje. – Naczelny architekt miasta Olek Czeski, który był przyjacielem doktora, osobiście pomalował nam kiedyś salę chorych w scenki z bajki „Jaś i Małgosia” – wspomina doktor Ewa Łomot-Domagała.

Jednym z pierwszych pomysłów ordynatora Koczenasza było wprowadzenie w szpitalu kuchni mlecznej dla niemowląt. Oddział pediatryczny liczył wtedy 45 łóżek, ale przy dużym obłożeniu dostawiało się po prostu następne, by żadnego dziecka nie zostawić bez pomocy. Wśród małych pacjentów było dużo niemowlaków, dla których zaczęto przygotowywać odpowiednie posiłki mleczne. Przez jakiś czas funkcjonował też bank mleka przy ul. Fornalskiej. Mamy oddawały tam swoje mleko i w zamian za to dostawały wynagrodzenie.

– Szef nie znosił użalania się i płaczliwości. Każde złe nawyki matek ostro krytykował i nieraz potrafił na nie nakrzyczeć. W stosunku do dzieci miał jednak dużo cierpliwości i to coś, co powodowało, że świetnie sobie z nimi radził – mówi Krystyna Góral. Brygida Kuś, która za czasów ordynatora była pielęgniarką oddziałową wspomina, że doktor często czytał dzieciom bajki, a nawet tańczył z nimi na korytarzu.

Zdarzały się też sytuacje bardzo wzruszające. – Mieliśmy kiedyś takiego chłopczyka, któremu zrobiliśmy na naszym oddziale I Komunię Świętą. Uszyłyśmy mu z białej flaneli spodnie i koszulę, upiekłyśmy ciasto, przyjechał ksiądz z Rudnika. Uroczystość odbyła się w szpitalnej kaplicy – wspomina Brygida Kuś. Warto dodać, że wydarzyło się to w czasach PRL-u, przeprowadzenie tego przedsięwzięcia wymagało więc odwagi.

– Przepracowałam z ordynatorem Koczenaszem 27 lat – mówi oddziałowa Elżbieta Rogalska. Był dla mnie lekarzem z powołania i ogromnym autorytetem. Dlatego przyprowadzałam do niego dzieci swoje, znajomych i całej rodziny. Robiło tak zresztą wiele pielęgniarek. Miał takie doświadczenie, że potrafił postawić bezbłędną diagnozę nie korzystając z żadnej aparatury – dodaje.

Głowa pełna pomysłów

Choć długie dystanse nie były sztandarową dyscypliną pana doktora, całe życie spędził w biegu. Wciąż się spieszył, choć jak przyznaje jego żona, nie zawsze było do czego. – Jadł w takim tempie, że nigdy nie mogłam go dogonić i gdy ja dopiero zaczynałam i miałam nadzieję, że posiedzimy przy stole, on już był przy drzwiach – opowiadała Halina Koczenasz. Zdarzało mu się dość często, że właśnie przez ten pośpiech przeskakiwał przez płot, by dostać się do szpitala. Bo w nagłych wypadkach zawsze można było na niego liczyć. – Bez względu na to, czy to było w dzień czy w nocy, wystarczył jeden telefon i doktor Koczenasz już był w szpitalu – mówi Brygida Kuś. Do zabawnych sytuacji dochodziło też w domu. – Wyjeżdżaliśmy kiedyś od znajomych z Wrocławia i zanim zdążyłam wszystko spakować, on jak zwykle siedział już w samochodzie z włączonym silnikiem i poganiał mnie klaksonem. Później wracaliśmy się 30 km, bo okazało się, że nie zabrał swojej saszetki z dokumentami – wspominała żona doktora.

Ewa Łomot-Domagała mówi o swoim szefie, że był typowym człowiekiem renesansu. Miał ogromną wiedzę i znał się na wielu dziedzinach życia. Szył, gotował, piekł ciasta i pracował w ogrodzie, a na dodatek potrafił prawie wszystko naprawić. Żona pana Jana pamięta jednak, że nie wszystkie pomysły jej męża zasługiwały na uznanie. – Kiedy kupiliśmy pierwszą pralkę w mieszkaniu na Odpoczynkowej, trzeba było ją podłączyć do odpływu wody. Mąż wpadł na pomysł, że wąż należy poprowadzić na pewnej wysokości. Wszyscy po prostu wkładali te węże do ubikacji, ale on miał inną wizję i musiał ją zrealizować. Kiedy woda popłynęła pod ciśnieniem, cała ta instalacja runęła i zalała nam łazienkę – wspominała pani Koczenasz. Zdolnościom kulinarnym doktora nikt jednak nie mógł zaprzeczyć. Znajomi do dziś wspominają jego popisową zupę gulaszową, a pracujące z nim lekarki wspaniałe serniki, przekładańce i ciasta drożdżowe, które często przynosił do pracy. Choć trudno w to uwierzyć, pierwszego ściegu na drutach pani Halina nauczyła się od swojego męża, który równie dobrze jak w domu radził sobie też w ogrodzie, skąd nowe sadzonki przynosił do szpitala.

Przez ponad dwadzieścia lat pan Jan był też domowym fryzjerem. – Nikt nie potrafił mnie tak dobrze obciąć jak mąż. Dziś chodzę od fryzjera do fryzjera i oni nie rozumieją, co oznacza dobrze wycieniować włosy – opowiadała pani Halina.

Wiele pomysłów rodziło się podczas wspólnych rodzinnych wakacji. Podróże były bowiem pasją pana Jana. Były to zawsze wyjazdy pod namiot. Najpierw moskwiczem, a potem fiatem rodzina Koczenaszów przemierzała całą Europę, od Finlandii po Włochy. – Ledwo rozłożyliśmy namiot, mąż od razu miał plan. Kiedyś zaczął robić taką choinkę z drewna na garnuszki. Sprawiało mu to wiele radości do czasu gdy zobaczył, że ktoś z namiotu obok wpadł na ten sam pomysł. Kompletnie wytrąciło go to z równowagi – opowiadała za śmiechem żona. Jak przystało na dobrego lekarza, wielokrotnie reanimował swoje wysłużone samochody, które często odmawiały podczas tych podróży posłuszeństwa.

Doktor Koczenasz był też pomysłodawcą tzw. spotkań seniorów, które odbywały się w każdy trzeci czwartek miesiąca w Hetmańskiej. – To stało się już tradycją, że emerytowani lekarze biesiadują przy wspólnej kolacji i my tę tradycję kontynuujemy do dziś – mówi doktor Krystyna Góral. Pan Jan ostatni raz uczestniczył w czwartkowym spotkaniu na dwa dni przed swoją śmiercią. Opowiadał wtedy, że razem z synem Piotrem jedzie z prochami swego brata do Przemyśla by zgodnie z jego wolą pochować go w rodzinnym grobowcu. Nikt nie przypuszczał, że ten pogrzeb będzie podwójny.

Powrót do domu

Przemyśl był zawsze obecny w sercu doktora Koczenasza. To właśnie z tego miasta pochodziła cała jego rodzina, którą wojenne losy rozrzuciły po świecie. Wzruszające musiały być więc chwile, gdy po 50 latach od czasu wyjazdu z Polski powrócił do niej najstarszy brat doktora – Borys. Towarzyszył mu drugi z braci – Oleg. Pan Jan gościł ich u siebie, pokazywał Polskę, ale najbardziej cieszyli się ze wspólnego wyjazdu w rodzinne strony. – To były niesamowite emocje. Borys, który z charakteru przypominał męża, wszystko robił w pośpiechu, wciąż nie mógł czegoś znaleźć, ochłonąć, bardzo przeżywał nasze spotkanie – opowiadała Halina Koczenasz. Nikt nie spodziewał się, że pierwszy przyjazd do kraju będzie zarazem jego ostatnim. Zmarł w drodze powrotnej w pociągu, ale zgodnie ze swoją wolą wkrótce powrócił, by spocząć na cmentarzu obok matki i babki. Kiedy ten sam los spotkał młodszego z braci, doktor Koczenasz sam musiał wypełnić testament brata i zawieźć urnę z jego prochami do Przemyśla. Na cmentarz jednak nie dojechali. Te same emocje, które zgubiły Borysa, teraz zabrały Jana. Przesunięto datę pogrzebu i obu braci pochowano razem. Taki nieprawdopodobny scenariusz napisało życie dla trzech braci, którzy po latach spędzonych z dala od domu powrócili w końcu do ukochanego Przemyśla.

2 grudnia 2006 roku na przemyskim cmentarzu doktora Jana żegnali raciborscy lekarze, pielęgniarki i pracownicy szpitala. Piękną mowę pożegnalną do przyjaciela wygłosił doktor Andrzej Majewski. Odszedł wspaniały lekarz i człowiek, ale zostawił po sobie cały sztab pediatrów, o których do tej pory mówi się z szacunkiem, że są „ze szkoły Koczenasza”.

Katarzyna Gruchot

Fot. Archiwum rodziny


Jan Koczenasz (1926 – 2006) dr n. med. specjalista pediatra, ordynator oddziału pediatrii raciborskiego szpitala

  • Numer: 11 (1343)
  • Data wydania: 13.03.18
Czytaj e-gazetę