Niedziela, 11 kwietnia 2021

imieniny: Filipa, Leona, Jaromira

RSS

Kapłan całkiem nieidealny

19.12.2017 00:00 red

Księdza Bernarda Gadego poznałem w roku 1962, gdy zostałem wikarym w parafii św. Mikołaja na Starej Wsi w Raciborzu. Już przedtem słyszałem o nim: otaczała go fama kapłana świątobliwego i niezłomnego. Wiedziałem, że był tropiony przez gestapo, gdy w latach trzydziestych ubiegłego wieku był duszpasterzem śląskich robotników sezonowych w Meklenburgii, zaś w czasach stalinowskich Polski Ludowej był wygnany z parafii. Spodziewałem się zatem zobaczyć człowieka wielkiej postury i tubalnego głosu, skoro bały się go zarówno brunatne władze niemieckiego nazizmu, jak i czerwone władze Polski Ludowej. Spotkałem zaś człowieka delikatnego, spokojnego i nadzwyczaj skromnego. Pozory jednak myliły. 

W duchowości siła

„Fortiter in re, suaviter in modo – nieugięty w sprawach zasadniczych, lecz łagodny w sposobie przekonywania”– to stanowiło o sile księdza Gadego. Gdy chodziło o sprawy wiary, czy moralności chrześcijańskiej, był stanowczy, nawet uparty. Takim mógł być w obronie zasad katolickich wobec władz, lub jako spowiednik czy kierownik sumienia; zawsze jednak odnoszący się z szacunkiem i taktem do każdego człowieka, nawet przeciwnika.

Był synem rodziny górniczej z Zabrza Mikulczyc. Ojciec był sztygarem, dlatego Gadowie należeli właściwie do inteligencji i raczej dobrze się im powodziło. Starczyło na wykształcenie synów: zarówno Bernarda jak i jego brata Maksymiliana. Obydwaj zostali kapłanami. Świadczy to także o panującej w domu bożej atmosferze. Było ich dziesięcioro dzieci w rodzinie; Bernard był najstarszym.

Miał dopiero 23 lata, gdy został w roku 1935 wyświęcony na kapłana. Musiał się jednak od początku czymś odznaczać, skoro jego biskup, kardynał Adolf Bertram z Wrocławia, po dwuletnim stażu wikarego w Raciborzu u św. Mikołaja, powołał go do katedry wrocławskiej, a potem powierzył mu trudną misję duszpasterza sezonowych robotników w Meklenburgii. Był tam ojcem duchownym dla śląskich pracowników. Znał i używał tak języka polskiego jak i niemieckiego, zależnie od tego, co było językiem serca tych, którym usługiwał. Przemierzał setki kilometrów na rowerze czy motocyklu. Aresztowany przez gestapo siedział kilka tygodni w więzieniu. Zwolniony za wstawiennictwem biskupa z Osnabrück, musiał jednak zaniechać tej posługi i wrócić do diecezji.

Duszpasterz z Ocic

Na powrót ściągnął go do Raciborza proboszcz starowiejski ks. Prałat Carl Ulitzka, bo upatrzył go na administratora nowo wybudowanego kościoła w Ocicach. Ks. Bernard miał dopiero 25 lat i dwa lat kapłaństwa a już stał się samodzielnym duszpasterzem. Nowe osiedle Raciborza, Ocice, uchodziło za trudną dzielnicę. W małych mieszkaniach dwurodzinnych domków socjalnych mieszkała biedota, często byli bezrobotni, dotychczas bezdomni. Bieda materialna łączyła się z nędzą duchową. Ksiądz Gade miał z tych ludzi utworzyć społeczność parafialną – rodzinę bożą. Zamieszkał wśród swoich jako jeden z nich w jednym z osiedlowych domków. Plebanię wybudowano dopiero w latach pięćdziesiątych. Ocice miały wtedy ok. 2500 mieszkańców, w tym 700 dzieci! Był tylko sam, jako ich duszpasterz i katecheta.

Po II wojnie światowej przyszło budować wspólnotę parafialną po raz drugi. Zmienili się ludzie: jedni wyjechali na Zachód, nowi przybyli ze Wschodu. W 1954 r. został wygnany przez ówczesne władze Polski Ludowej z parafii. Perfidnie uzasadniono to paragrafem prawa kanonicznego „odium populi – niechęć ludzi”, choć przy pożegnaniu cały lud płakał. Znalazł schronienie w diecezji tarnowskiej w Kamienicy. Z całą żarliwością kapłańską dołączył tam do pracy duszpasterskiej, zwłaszcza oddawał się posłudze chorym, których, rozsianych po rozległych terenach podkarpackich, odwiedzał w domach. Wrócił do Ocic po odwilży politycznej w 1957 r.

Legendarny rower

Żył tak skromnie jak jego owieczki. Na jego diamentowym jubileuszu kapłańskim ktoś słusznie zauważył, że razem z nim jubileusz obchodzi jego zużyta teczka, zawsze ta sama od lat, jego kapelusz, który zresztą odziedziczył po swoim wujku – księdzu, jego płaszcz, wyświechtany, choć zawsze czysty, podobnie jak jego sutanna.

Legendarny był jego rower: przedwojenny, niemieckiej marki „Adler”. Towarzyszył mu przez całe życie. Nigdy nie miał innego pojazdu. Gdy po wojnie został mianowany ojcem duchownym w nowo powstałym Seminarium Duchownym w Nysie, w każdą niedzielę po południu siadał na rower, jechał z Ocic do głównego dworca, odstawiał go tam, aby pod koniec tygodnia, gdy pociągiem wracał z Nysy, znów wrócić, wspinając się mozolnie pod górkę, do Ocic. Gdy został dziekanem, wszystkie wizytacje w parafiach, po rozległym dekanacie raciborskim, załatwiał rowerem. Podkasał sutannę, zawiązywał ją pasem pod płaszczem, zapinał „hosenszpangi” i pedałował. Czy deszcz, czy słońce, mróz czy śnieg. Rower stary, jednak zawsze czysty, naoliwiony i napompowany. Przeżył jego. Wyprosiłem go od niego w dzień przed jego śmiercią. Było to w tydzień po jego diamentowym jubileuszu kapłańskim w 1995 r., który obchodził z ks. biskupem Nossolem. Był chory. Niewidomy od dłuższego czasu, rozpoznał mnie po głosie. Po kilku chwilach rozmowy wspomniałem o rowerze. „Już dałem go mojemu sąsiadowi. Odkąd straciłem wzrok nie mogłem już na nim jeździć”. Opowiedział mi, że właściwie był własnością jego brata kapłana, podarowany mu na prymicjach w 1939 r. Jego własny rower ukradli Rosjanie, dlatego po wojnie przywiózł rower brata z Mikulczyc do Raciborza. Na pożegnanie poprosił mnie: „Zrób mi krzyżyk na czole”. Wiedziałem, że taki krzyżyczek zwykł dawać innym. Uczyniłem to wzruszony. To było nasze pożegnanie, następnego dnia, 4 lutego 1995 roku, umarł w szpitalu raciborskim.

Drogę do kościoła znał na pamięć

Kiedy jeszcze byłem wikarym w parafii św. Mikołaja – mogło to być w 1968 roku – zjawił się kiedyś latem pewien ksiądz z NRD. Tłumaczył mi, że jest przejazdem, oddał samochód do reperacji i ma chwilę czasu. Wstąpił zaś, by zapytać, czy tu, przy tym kościele, mieszka ów święty kapłan, o którym słyszał w swoich stronach. Zastanawiałem się, kogo mógł mieć na myśli. Na naszej plebanii starowiejskiej nikt specjalnie nie wybijał się świętością. „Czy chodzi może o ks. Bernarda Gadego?” – zapytałem. „Ja, ja so heißt er – Tak, tak się nazywa!” – przypomniał sobie. Tłumaczyłem mu, że mieszka nie tu, ale kilka kilometrów dalej. „Schade, gerne möchte ich ihn kennen lernen. – Chętnie bym go poznał”.

Pod koniec życia stracił wzrok. Przyjął to z pełnym poddaniem się woli Bożej. Miał już następcę. Sam ze swoją siostrą zamieszkał w innym domku niedaleko kościoła. Na pamięć znał drogę do kościoła. Wczesnym rankiem udawał się tam kierując się płotem. Mówią, że każdego dnia na klęczkach odprawiał Drogę krzyżową. Nowy proboszcz, ks. Henryk Wycisk, dał mu osobny klucz do kościoła; dla niego pora była za wczesna.

Wysoko stawiał ideał kapłana. Na ścianie jego pokoju wi

siała, ozdobnie wydrukowana i oprawiona w ramkę sentencja pt. „Ideał kapłana”:

„Ksiądz musi być wielki i mały,wytwornych obyczajów, jakby pochodził z królewskiego rodu,

oraz prosty i skromny, jakby był wiejskim pachołkiem.

Sługa, który mocuje się z Bogiem

i człowiek, który sam siebie pokonał.

W mowie jasny, w życiu prawdziwy.

Nie myślący o sobie – całkiem inny, niż ja”.

Przy eksportacji jego zwłok, w przeddzień pogrzebu, ks. biskup Gerard Kusz wyrzekł znamienne słowa: „Dziś modlimy się za niego, ale przyjdzie może czas, gdy będziemy się modlili do niego”.

Rozpoczęto starania o jego beatyfikację.

Jego rower służył mi przez 12 lat, aż oddałem go ks. Wyciskowi do izby pamięci po ks. prałacie w Bolesławiu. Tam znajdują się też inne przedmioty po nim, świadectwa jego skromności. Może kiedyś będą uznane za relikwie?

ks. Jan Szywalski


Ks. Bernard Gade (1911 – 1995) proboszcz Parafii św. Józefa w Raciborzu Ocicach

  • Numer: 51/52 (1331/1332)
  • Data wydania: 19.12.17
Czytaj e-gazetę