Piątek, 23 kwietnia 2021

imieniny: Jerzego, Wojciecha, Adalberta

RSS

Walenty Brodziak – żołnierz w służbie zdrowia

21.11.2017 00:00 red.

Brodziakowie od pokoleń związani byli z walką o niepodległość i medycyną. Lekarzem i powstańcem był dziadek pana Walentego

– Wojciech, jego ojciec brał udział w powstaniu wielkopolskim a cała rodzina, łącznie z dwiema siostrami lekarkami walczyła podczas wojny w AK. Tradycje podtrzymuje też syn doktora – prof. dr nauk medycznych Andrzej Brodziak.

Od harcerza do żołnierza

Raciborzanie pamiętają doktora Brodziaka jako wroga palenia, który swoim pacjentom lubił urządzać pogadanki na temat szkodliwości nikotyny. W swoim pamiętniku pisał o tym, że przed tytoniem i wódką zabezpieczył go skutecznie ksiądz Ziemski, dzięki któremu trafił w szeregi harcerstwa. Zanim jednak problem poznał z czysto medycznej strony, urodzony 3 lutego 1908 roku w Łąkocinach Walenty, skończył gimnazjum w Ostrowie Wielkopolskim i w 1931 roku rozpoczął studia medyczne na wydziale lekarskim Uniwersytetu Poznańskiego. Ponieważ w domu nie przelewało się, na studiach utrzymywał się z korepetycji i drukowania skryptów.

W maju 1938 roku otrzymał dyplom i rozpoczął pracę najpierw w Zakładzie Mikrobiologii i Klinice Chorób Wewnętrznych, a następnie w Szpitalu Miejskim w Krotoszynie. Wojna zaskoczyła go w Tarnowskich Górach, gdzie pracował na oddziale chorych na gruźlicę szpitala powiatowego. Gdy pod koniec sierpnia powołano do wojska jego dyrektora – doktora Jarzyńskiego i starszego asystenta doktora Rusinka, starosta mianował Brodziaka kierownikiem szpitala i dał zadanie jego ewakuacji. Sprzęt i załogę udało się wywieźć do Książa Wielkopolskiego, ale tego samego dnia Niemcy wszystkich aresztowali. „W nocy, w ciemnościach wydobywam się z niewoli i wyrywam na motocyklu do Lwowa. Zgłaszam się tu do wojska. Przydzielają mnie do 6. Okręgowego Szpitala Wojskowego. Pracuję tu od rana do późna w nocy, ciągle – bez przerwy – przywożą rannych. 17 września 1939 roku zajmuje Lwów Armia Czerwona. Chorych, szczególnie oficerów, opanowuje lęk i przerażenie. W najbliższych pokojach dwóch pułkowników odbiera sobie życie kulami z rewolweru. Rosja zajęła Lwów w piątek, a mnie już w niedzielę udaje się wyrwać z tego miasta. Wracam do Tarnowskich Gór – zatrzymuję się tu około dwóch godzin – uciekam, ponieważ dowiaduję się, że szuka mnie gestapo za ewakuację szpitala i spalenie dokumentów” – pisał doktor Brodziak o pierwszych dniach II wojny światowej.

W końcu udało mu się dotrzeć do Łąkocin, gdzie przebywał do czerwca 1941 roku, gdy hitlerowcy wywłaszczyli rodzinę z ich gospodarstwa. Na szczęście pochodząca spod Opola jego żona Gertruda załatwia mu w niemieckim wydziale zdrowia tymczasowe pozwolenie na praktykę lekarską. Pan Walenty – wnuk Wojciecha Brodziaka, uczestnika powstania styczniowego, lekarza i znanego działacza polskiego na Śląsku i syn Marcina, powstańca wielkopolskiego, już jako 10-letni chłopak pomagał walczącym jako goniec. Nic więc dziwnego, że w 1941 roku wstąpił do Związku Walki Zbrojnej, a we wrześniu 1942 roku został zaprzysiężony do Armii Krajowej pod pseudonimem L2, czyli lekarz numer dwa, bo jedynkę miał doktor Gdyra z Ostrowa.

Tajny szpital dla Polaków

W Raszkowie, do którego w końcu trafił, od razu zaczął organizować tajny szpital, w którym leczył rodziny ukrywających się oficerów, profesorów i urzędników polskich, a także tych, którzy nie mogli się dostać do niemieckich szpitali. Pomagali mu najbliżsi: rodzice Marcin i Stanisława, bracia Julian, Wiktor i Stanisław oraz siostry Maria, Anna (internista) i Kazimiera (okulistka). Wincenty, który służył na kolei, kolportował dla AK tajną pocztę.

Wojna nie oszczędziła rodziny. Z dziesięciorga rodzeństwa pierwszy odszedł Jan, który poległ w 1939 roku w bitwie pod Łęczycą, potem, w wyniku obrażeń po pobiciu przez hitlerowców, zmarł Józef, a po nim ojciec, chorująca na gruźlicę płuc Maria i Wiktor, który ratując postrzelonego partyzanta został nadmiernie naświetlony promieniami rentgena.

Wkrótce okazało się, że doktor Brodziak może też liczyć na przychylność niemieckich lekarzy z wydziału zdrowia, którzy nienawidzili Hitlera i sprzyjali Polakom do tego stopnia, że pomagali w organizacji tajnego szpitala i dostarczyli tu aparat radiowy. „Zorganizowałem 20 łóżek. Część ich była w moim mieszkaniu, a część u sąsiadów. Leczyłem przede wszystkim tych, którzy nie znaleźli pomocy w szpitalach niemieckich. Byli to chorzy na gruźlicę płuc i zranieni ludzie w czasie akcji. Na strychu naszego szpitala znajdowała się prawdziwa świątynia: odprawiali tu księża msze św., wygłaszali patriotyczne homilie, żona moja – magister historii, skończyła Uniwersytet w Krakowie, uczyła historii Polskiej. Akowcy Antoni Garbarek „Jerzy”, Czesław Mocek „Spirytus”, Władysław Urban „Zbik” uczyli młodzież wojskowości i przygotowywali chłopców do akcji „Burza” – wspominał pracę w Raszkowie. Oprócz pomocy medycznej, Brodziakowie organizowali też żywność i odzież dla ludzi przebywających w obozie przejściowym w Nowych Skalmierzycach.

13 grudnia 1944 roku Walenty Brodziak razem z bratem Julianem, wpadł w ręce gestapo. Julkowi udało się z transportu uciec, a Walenty trafił do obozu w Munzig w Saksonii, gdzie przebywał do maja 1945 roku.

Z papierosem lepiej nie wchodzić

W październiku 1945 roku wydział zdrowia w Katowicach skierował Walentego Brodziaka do Szpitala Miejskiego w Raciborzu, gdzie objął funkcję dyrektora. „Na początek uruchamiam oddział zakaźny, oddział wewnętrzny, oddział płucny, małą chirurgię z ortopedią. Jesteśmy super biedni. Chorzy leżą pod pierzynami przyniesionymi z domu. W domu też bieda – stąd pierzyny bez powłok – czerwone” – pisał o początkach pracy w naszym mieście. Laborantka Helena Porydzaj pamięta, że gdy doktor Brodziak przyjechał do Raciborza, przywiózł ze sobą lepsze wyposażenie, niż to, które było w szpitalu, bo miał swój mikroskop, a nawet aparat rentgenowski. Przydały się, gdy trzeba było organizować opiekę lekarską podczas zwalczania epidemii tyfusu, czerwonki oraz trychinozy. „Na przełomie 1947/1948 nawiedza Racibórz, a właściwie fabrykę elektrod węglowych epidemia włośnicy – zapadło przeszło 400 chorych. Leczenie kończę pomyślnie: na 400 umarło tylko dwu i to starszych panów cierpiących na towarzyszące schorzenia. Dla szpitala ta epidemia była korzystna, gdyż przy tej okazji otrzymał od UNRRY bardzo bogate wyposażenie w bieliznę” – pisał w swoich notatkach.

W 1948 roku doktor został powołany do odbycia służby wojskowej, z której po 15 miesiącach wrócił do szpitala w Raciborzu, by zorganizować oddział pulmonologiczny, którego został ordynatorem. W tym samym czasie rozpoczął pracę w kolejowej służbie zdrowia jako ftyzjatra, a w lipcu 1953 roku został kierownikiem nowo utworzonej Obwodowej Przychodni Lekarskiej w Rybniku z siedzibą tymczasową w Raciborzu, którą kierował do 1960 roku. Dzięki jego zaangażowaniu utworzono Rejonowe Przychodnie Lekarskie w Baborowie i Krzanowicach, a pod kolejową opieką lekarską znalazły się Zakłady Wytwórcze Urządzeń Sygnalizacyjnych w Gotartowicach i Żorach oraz Kolejowe Zakłady Maszyn i Sprzętu Drogowego w Raciborzu.

Przez jedenaście lat pełnił funkcję lekarza rentgenologa i prowadził poradnię przeciwgruźliczą dla całego obwodu rybnickiego PKP. Pacjenci znali jego stosunek do palenia papierosów i do swojego nałogu rzadko się przyznawali. – Nie oszczędzał nawet tych, którzy korzystali z jego prywatnego gabinetu, mieszczącego się na parterze, pod naszym mieszkaniem. Zastanawiałem się nawet nad tym, jak ojciec to robi, że zawsze do niego wracają. Miał mnóstwo pacjentów, którzy przyjeżdżali z całej okolicy. W domu często słychać było charakterystyczny szum przesuwanych w jego gabinecie urządzeń rentgenowskich – mówi syn doktora Andrzej Brodziak, a jego siostra Janina dodaje, że w domu nigdy się nie paliło i znając zasady ojca, nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby przy nim wyciągnąć papierosa. – Mój starszy brat Andrzej, już jako dorosły mężczyzna, wychodził zawsze na podwórko i palił schowany za samochodem – podsumowuje.

W poradni przeciwgruźliczej razem z doktorem pracowały rejestratorka Anna Stawarska, pielęgniarki Gabriela Długosz i pani Walach oraz laborantka Helena Glombik (później Porydzaj). – Doktor Brodziak zabierał nas często po pracy swoją starą DeKaWką poza miasto, żebyśmy się wszyscy dotlenili. Dbał zresztą nie tylko o nas, ale i o swoich pacjentów. Kiedy przychodnia kolejowa nie miała jeszcze swojego laboratorium, wystarał się u dyrektora Ciemborowicza, by mogli oni robić badania w szpitalu – tłumaczy pani Helena.

Po przejściu na emeryturę nadal pracował w przemysłowej służbie zdrowia i prowadził prywatną praktykę lekarską. – Kiedy był już poważnie chory, leżał w łóżku i martwił się, że jego gabinet jest pełen pacjentów, a on nie ma siły, by do nich zejść. Raz w tygodniu przyjeżdżał mój brat Andrzej, który przejął jego obowiązki, ale chorzy zaczęli się wykruszać – opowiada pani Janina. – Muszę przyznać, że jemu ta praktyka szła dużo lepiej, niż mnie. On miał po prostu talent do pozyskiwania pacjentów, a ja pracowałem głównie w klinikach i miałem do pewnych spraw inne podejście – tłumaczy Andrzej Brodziak. Doktor Walenty zmarł 27 kwietnia 1993 roku w Raciborzu i tu został pochowany.

Przyroda służy płucom

Brodziakowie mieszkali na pierwszym piętrze kamienicy przy Winnej 4 w Raciborzu, niedaleko Hoffmanów, z którymi się przyjaźnili, bo, tak Doktor Brodziak miał nieraz pomysły, które jego żonę wprawiały w zakłopotanie. – Na świętego Walentego zaprosił kiedyś do domu wszystkich pracowników poradni przeciwgruźliczej, ale nie uprzedził o tym żony. Pani Gertruda częstowała nas na szybko indykiem upieczonym na wieczorną imprezę dla gości. Nie wiem co im później podała, bo to były czasy kryzysu – wspomina Helena Porydzaj. Żeby załagodzić różne sytuacje, pan Walenty wręczał żonie kwiaty, które sam bardzo lubił dostawać. Przynosił je z każdego spaceru, a czas wolny najchętniej spędzał w Oborze lub Łężczoku. – To już była taka rodzinna tradycja, że nawet gdy przyjeżdżaliśmy w odwiedziny do rodziców na weekend, zaraz po obiedzie wsiadaliśmy w samochód i jechaliśmy wszyscy do lasu, żeby pooddychać świeżym powietrzem. Tato uwielbiał przyrodę i często ją fotografował, bo robienie zdjęć to była jego pasja – opowiada Janina Brodziak. Jej brat Andrzej pamięta inną pasję ojca – astronomię. – Prenumerował z tej dziedziny dużo czasopism, zabierał mnie do planetarium, a w latach 50. pojechaliśmy razem pod Suwałki oglądać zaćmienie słońca – mówi profesor Brodziak.

W wakacje rodzina jeździła na wczasy wagonowe z PKP, na przykład do Jastarni, czy Kamiennego Potoku. Na Wielkanoc często udawali się na parafię do Kąkolewa, gdzie proboszczem był brat pana Walentego – ks. Julian, który miał obok probostwa niewielkie gospodarstwo rolne. – Myśmy tam jeździli robić „awantury”. Wujek miał osobowość starotestamentową, a mój ojciec wyznawał światopogląd Spinozy, utożsamiający wszechświat z Bogiem. To było sprzeczne z dogmatami katolickimi i powodowało między nimi liczne kłótnie. Dla mnie były one szkołą teologiczno-filozoficzną i ukształtowały mnie jako człowieka – podsumowuje pan Andrzej i dodaje, że podczas rodzinnych spotkań trudno się było dorwać do głosu, bo toczyły się zazwyczaj ostre dyskusje światopoglądowe i polityczne.

Inną tradycją w domu Brodziaków był wprowadzony przez pana Walentego zwyczaj, że z okazji swoich urodzin wszystkim dzieciom dawał pieniądze. Wymagał jednak, by przykładały się do nauki. – Wyrastaliśmy w atmosferze kosmopolitycznej. Rodzice bardzo pilnowali, żebyśmy uczyli się języków obcych, a mama rozmawiała w domu z moim bratem Marcinem po francusku. Dla taty bardzo ważne było to, byśmy osiągnęli sukces. Dużo od nas wymagał, a my nie chcieliśmy go zawieść. Najbardziej ambitny był Marcin. Pracował naukowo na Politechnice Śląskiej, był twórcą pięciu patentów i właśnie kończył doktorat. Zmarł tragicznie w wieku 27 lat – tłumaczy prof. dr nauk medycznych Andrzej Brodziak, który przez wiele lat kierował Katedrą Chorób Wewnętrznych w Bytomiu. Jego dwie młodsze siostry, nieżyjąca już Ewa i Janina skończyły filologię. Był jeszcze brat Januszek, który w wieku siedmiu lat zginął pod kołami wozu wiozącego do raciborskiej cukrowni buraki. – Nieszczęść w naszej rodzinie było dużo, ale liczba tragedii w każdej rodzinie jest duża, tylko nie zawsze je dostrzegamy – podsumowuje profesor Brodziak.

Katarzyna Gruchot

Zdjęcia z arch. Janiny Brodziak


Walenty Brodziak (1908 – 1993) lekarz ftyzjatra i rentgenolog, dyrektor szpitala miejskiego, ordynator oddziału pulmonologicznego, organizator kolejowej służby zdrowia

  • Numer: 47 (1327)
  • Data wydania: 21.11.17
Czytaj e-gazetę