Sobota, 10 kwietnia 2021

imieniny: Małgorzaty, Michała, Makarego

RSS

Bohaterowie starej fotografii

07.11.2017 00:00 red.

Z pożółkłej fotografii z końca 1945 roku patrzą na nas pionierzy raciborskiej służby zdrowia, którzy zaraz po zakończeniu działań wojennych ratowali szpital i jego pierwszych pacjentów. – Lekarze mówili po polsku, siostry zakonne tylko po niemiecku, salowe z Lubomi po śląsku, a pielęgniarki jedne po polsku a inne po niemiecku. Jakoś się jednak wszyscy dogadywaliśmy i czuliśmy, że jesteśmy jedną rodziną – wspomina pierwsze lata po wojnie Helena Porydzaj, jedyna żyjąca bohaterka historycznego już zdjęcia.

Z trychinozą na słomę

18-letnia Helena Glombik (dziś Porydzaj) trafiła do raciborskiego szpitala przypadkiem. – Zaraz po wojnie był straszny głód, więc w zamian za koszyk kartofli chodziłam razem z koleżanką zbierać je do gospodarstwa Mrachaczów przy Mariańskiej. Tam poznałyśmy ich córkę Jadwigę, która szukała dziewcząt do pracy w szpitalu – wspomina pani Helena, która mimo ukończonej szkoły handlowej postanowiła spróbować sił w raciborskiej lecznicy. – Doktor Brodziak wziął mnie ze sobą na salę operacyjną. Przy pierwszej amputacji nogi od razu zemdlałam, więc dołączyłam do laboratorium – dodaje.

Szpital przy dzisiejszej ul. Bema zniszczyły nie tylko działania wojenne, ale i szabrownictwo tuż po ich zakończeniu. Placówka była łatwym łupem, bo nie miała żadnego zabezpieczenia, choćby w postaci ogrodzenia. Przez zniszczone dachy do środka wlewała się woda, zalewając wszystkie piętra, aż po piwnice. Nie było łóżek, narzędzi medycznych, urządzeń, pościeli, bielizny dla chorych i lekarstw, a w oknach brakowało szyb.

Pierwszymi pracami przeprowadzonymi na terenie szpitala było więc naprawienie ogrodzenia, wyznaczenie jednego wejścia na jego teren od strony ulicy Opawskiej oraz załatanie dachów. Dzięki łagodnej zimie, prace te ukończono na początku grudnia 1945 roku. W następnej kolejności przystąpiono do zabezpieczenia okien, naprawy kanalizacji i instalacji wodociągowej. Uruchomiono również łazienki i naprawiono piec dezynfekcyjny. Dopiero w styczniu kolejnego roku szpital dostał pierwszy przydział 15 mkw. szkła oraz koks, który musiał wystarczyć na trzy miesiące.

W związku z epidemią duru brzusznego, jako pierwszy utworzono oddział zakaźny, ale warunki, jakimi on dysponował były bardzo skromne. Pod koniec października 1945 roku działał już oddział chirurgiczny, a w styczniu następnego roku chirurgii urazowej. Zaczęto też tworzyć pracownie chemiczno-bakteriologiczne.

Pierwszym dyrektorem raciborskiego szpitala była doktor Józefa Piotrowska, która tę funkcję pełniła tylko kilka miesięcy, po czym w niewyjaśnionych okolicznościach nagle zniknęła. Jej miejsce zajął doktor Walenty Brodziak, który zarządzał placówką do 1950 roku. W marcu 1970 roku w „Trybunie Opolskiej” tak wspominał początki swojej pracy w szpitalu. „W Raciborzu mieliśmy do czynienia przede wszystkim z epidemią tyfusu. Ludzie leżeli na łóżkach bez pościeli lub w takiej, jaką przynieśli z domów. Ja pracowałem w szpitalu, a kolega – nieżyjący już Roman Selański – w powiecie. To był idealista. Nie mieliśmy rzeczywiście leków i stosowaliśmy tzw. autohemoterapię polegającą na przestrzykiwaniu krwi. To dawało niezwykłe wyniki. Wobec licznych przypadków gruźlicy byliśmy praktycznie bezradni aż do chwili kiedy służba zdrowia została właściwie zorganizowana, a apteki otrzymywały potrzebne lekarstwa. Jeszcze bardziej niż tyfus i gruźlica przysporzyła nam zmartwień trychinoza, jaka zagarnęła naraz 400 ludzi korzystających ze stołówki w ZEW im. 1 Maja. Przez radio apelowaliśmy o leki. Pierwszy transport przysłano nam z Czechosłowacji – pełną ciężarówkę. Udało nam się opanować tę chorobę” – relacjonował doktor Brodziak, prześwietlający chorych własnym aparatem rentgenowskim przywiezionym w wagonie pociągu, którym w 1945 roku przyjechał do Raciborza.

Trychinozę pamięta też Helena Porydzaj. – Na ponad czterystu chorych w szpitalu, dwóch pacjentów zmarło. Nie mieliśmy łóżek, więc kładliśmy ich na sianie rozłożonym na podłodze. Ze zniszczonych prześcieradeł robiliśmy podkłady, a bandaże i wszystkie narzędzia musieliśmy wygotowywać, by móc ich użyć ponownie. Na szczęście UNRA przysłała nam koce, a Ministerstwo Zdrowia aparat rentgenowski i trzech specjalistów. To byli lekarze: Kostrzewski, Janica i Szybel – wspomina pani Helena.

Kompot z prądem

Na początku w raciborskim szpitalu operowało się tylko ludzi z wypadków, a planowane zabiegi przeprowadzał szpital w Rydułtowach. Bardzo pomocne, szczególnie podczas zbiegów okazywały się siostry boromeuszki, które do Raciborza przyjechały z Trzebnicy w 1859 roku. Najpierw pracowały w szpitalu miejskim przy dzisiejszej ulicy Leczniczej, a potem w nowym budynku, przy dzisiejszej ulicy Bema, którego budowę ukończono w 1897 roku. Jako jedne z pierwszych wróciły tu zaraz po zakończeniu działań wojennych. Nic więc dziwnego, że jako pierwsze odbudowano zniszczone skrzydło szpitala, w którym znajdowała się kaplica i pokoje zakonnic. Oddano je właśnie siostrom boromeuszkom. W części z nich przechowywano narzędzia lekarskie i z trudem zdobyte lekarstwa, jak chociażby 30 ampułek penicyliny, które w kwietniu 1946 roku trafiły do lecznicy z wydziału zdrowia. – Przełożoną boromeuszek była siostra Hildeberga, która kierowała szpitalną kuchnią. Siostra Bernarda zajmowała się usytuowanym nad kuchnią laboratorium. Na jego wyposażeniu w 1945 roku był jeden mikroskop jednookularowy, jeden polarymetr, jedna wirówka ręczna i jeden kolorymetr. Siostra Bernarda nie znała nawet słowa po polsku, więc uczyła młode pracownice używając nazw łacińskich. Oprócz niej były siostry: Ambrozja, Sylwia i Demezja, które pracowały na chirurgii miękkiej i twardej, Hildeberda i Aniela z interny oraz Leonida, która zajmowała się apteką – tłumaczy Helena Porydzaj i dodaje, że podczas epidemii tyfusu siostra Cosina, ktora pracowała na oddziale zakaźnym, dezynfekowała się spirytusem rozcieńczanym kompotem. To była wtedy jedyna forma zabezpieczenia się przed chorobą.

W 1946 roku siostry opuściły Racibórz, a ich miejsce zajęły boromeuszki z Mikołowa, na czele z siostrą przełożoną Fidelią, które pracowały w szpitalu do 1961 roku. – Ostatnią zakonnicą, która pojawiła się w placówce była siostra Zofia, z którą doktor Stefan Roszczakowski porozumiewał się po węgiersku – dodaje pani Helena.

Oprócz sióstr zakonnych, zaraz po zakończeniu działań wojennych do raciborskiej lecznicy zgłosiły się jej przedwojenne pracownice: Jadwiga Chluba i Jadwiga Mrachacz. Obie panie były wykwalifikowanymi pielęgniarkami dyplomowanymi po szkole w Berlinie i miały spore doświadczenie zawodowe. – Kiedy zaczęłam pracę, w szpitalu nie było jeszcze wody pitnej więc siostra Jadwiga Mrachacz przywoziła ją w beczkach wózkiem ze Starej Wsi. Nie założyła własnej rodziny, a w szpitalu pracowała do emerytury. Pod koniec życia zajmowały się nią siostry z Annuntiaty – wspomina Helena Porydzaj.

W 1945 roku w szpitalu pracowało trzech pielęgniarzy. Byli to Karol Przybyła z Pawłowa, Juliusz Kokot z Brzezia i pan Franica z Raciborza. Pracownik gospodarczy Leopold Arnt był tak zwaną złotą rączką. Potrafił wszystko naprawić od elektryki po skomplikowane urządzenia medyczne. Gdy podczas epidemii trychinozy Ministerstwo Zdrowia przysłało raciborskiemu szpitalowi aparat rentgenowski, szybko nauczył się go obsługiwać i od tej pory było to jego główne zajęcie. – Wszyscy sobie w tamtych czasach pomagaliśmy. Nie miałyśmy w laboratorium nawet wagi analitycznej, więc pan Kowacz, chemik pracujący w Raciborskich Zakładach Spożywczych na kwasku cytrynowym, przynosił nam po pracy przygotowane tam odczynniki. My w zamian za to robiłyśmy badania jego całej rodzinie. Tak wyglądała współpraca z innymi zakładami – tłumaczy pani Helena.

Gospodarstwo na medal

W przyszpitalnym ogrodzie, na miejscu którego stoi dziś Biedronka, pracownice kuchni uprawiały warzywa, które były wykorzystywane do codziennych posiłków. Był też chlew, w którym hodowano zawsze świnie, również na potrzeby szpitala, oraz pomieszczenie, w którym trzymano konia do celów transportowych. To było świetnie prosperujące gospodarstwo, które wraz z otwarciem szpitala w Wojnowicach, zostało tam przeniesione.

Szpitalna kuchnia była w zasadzie samowystarczalna, bo zatrudniano też piekarza. Nowy piec piekarski, o wartości 40 000 złotych wybudowano od podstaw. Pan Kozelek piekł w nim dla pacjentów świeże bułki, chleb i ciasta, a pracownicy szpitala mogli sobie wykupić posiłki w zakładowej stołówce. Szpital miał też własny warsztat ślusarski, kowalski oraz pomocniczą stolarnię, które służyły do wszelkich prac naprawczych, wykonywanych na bieżąco w szpitalu. Prezydent Paweł Lelonek w sprawozdaniu z działalności Zarządu Miejskiego za okres od maja 1945 roku do 31 maja 1946 roku podkreślał, że „wszelkie te urządzenia, (...) prace dla Szpitala Miejskiego zostały wykonane własnymi pracownikami i we własnym zakresie”. – Mieliśmy swoją pralnię i prasowalnię, w której dokonywało się też drobnych napraw. Dyrektor Roszczakowski słynął z ogromnej gospodarności. Kazał sobie wielokrotnie łatać i zaszywać potargany kitel lekarski i za każdym razem odmawiał przyjęcia nowego, bo uważał, że trzeba oszczędzać. Pamiętam, że doktor Korasadowicz, który został dyrektorem szpitala, gdy Walentego Brodziaka wzięto do wojska, biegał po korytarzach i zamykał wszystkie drzwi do sal, żeby nie tracić ciepła – wspomina pani Helena i dodaje, że oprócz pracy był też czas na rozrywkę.

Pierwszą świetlicę, która powstała nad pralnią, wybudowali pracownicy szpitala w czynie społecznym. Odbywały się w niej przedstawienia, zabawy andrzejkowe i karnawałowe, choinka dla dzieci i spotkania pracownicze. Później przeniesiono ją do piwnicy budynku głównego, by mogli z niej korzystać również pacjenci, bo została wyposażona w telewizor. Po śmierci Fiura, który był w szpitalu odpowiedzialny za sprawy administracyjne, kierownikiem polityczno-wychowawczym został Józef Kasiuchnicz. – On nas nauczył śpiewać po polsku, bo prowadził chór, do którego należeli pracownicy szpitala. Pamiętam też przedstawienie „Śląskie wesele”, które wystawialiśmy w 1946 lub 1947 roku w szpitalnej świetlicy. Grałam w nim wtedy chłopaka, który miał tańczyć z zawitką. Nie wiedziałam o co chodzi, a okazało się że to po śląsku oznacza pannę z dzieckiem. Występował z nami również doktor Brodziak, pan Arnt i pielęgniarka Aniela Pąchalska – tłumaczy pani Porydzaj i dodaje: nie mieliśmy w tamtych czasach zbyt wielu rozrywek, bo rzadko kto posiadał radio, a o telewizorze mogliśmy tylko pomarzyć. Te wspólne spotkania były nam bardzo potrzebne, bo sprawiały, że czuliśmy się jedną wielką rodziną. Mimo braku sprzętu, narzędzi i odpowiednich leków do pracy chodziło się zawsze z ogromną radością – podsumowuje Helena Porydzaj, która w swoim zawodzie przepracowała 52 lata.

Katarzyna Gruchot

Zdjęcia z arch. Heleny Porydzaj

  • Numer: 45 (1325)
  • Data wydania: 07.11.17
Czytaj e-gazetę