Piątek, 10 lipca 2020

imieniny: Amelii, Filipa, Witalisa

RSS

Szpilka i szminka: Kamila Przybysz – dziewczyna, która nie boi się żadnych przeszkód

05.07.2016 00:00 red.

Mówi o sobie, że lepiej dogaduje się ze zwierzętami, niż z ludźmi. Ci drudzy widzą w niej ogromny potencjał i przebojowość, dzięki której potrafi walczyć o swe marzenia. I przeć do przodu, nawet, gdy po drodze trzeba pokonać wiele przeszkód.

Miastowa dziewczyna ujarzmiona przez wieś

– To była miłość od pierwszego wejrzenia – mówi o swoim pierwszym spotkaniu z końmi Kama. Miała wtedy cztery, czy pięć lat, gdy tata zabrał ją ze sobą do pracy. – Musiał okleić jeden z tirów w firmie przewozowej Ditera Stańka w Kornicy. Powiedział, że gdy będę grzeczna i nie będę mu przeszkadzać to pokaże mi potem konie w stajni. Pamiętam to pierwsze dotknięcie przez kraty chrap konia. Tato trzymał mnie na rękach a ja nie chciałam już stamtąd odjeżdżać – tłumaczy Kama.

Potem była długa przerwa, ale zwierzęta, szczególnie te duże, już na zawsze zagościły w jej sercu. – Mieszkaliśmy w bloku, więc mogłam mieć tylko królika, którego zafundował mi mój chrzestny. Kiedy 13 lat temu przeprowadziliśmy się do własnego domu, od razu pojawił się owczarek niemiecki. Ukochany pies, nawet gdyby się bardzo starał, nie mógł zastąpić konia, więc gdy tylko pojawiła się oferta wakacyjnego wyjazdu na obóz jeździecki, odżyły dawne marzenia. – To było gospodarstwo agroturystyczne. Były myszy, pająki, fatalne warunki sanitarne i smród obornika. Kiedy mama zobaczyła to wszystko, stwierdziła, że to miejsce nie jest dla mnie i nie wytrzymam w nim nawet dnia – wspomina Kama. W końcu jednak zdecydowała się pojechać i nigdy tego wyboru nie żałowała. – Spaliśmy w śpiworach na sianie w stajni, a rano budziły nas konie. Kiedy pierwszy raz wsiadłam na jednego z nich, przestały mi przeszkadzać myszy i pająki, a do specyficznego zapachu szybko przywykłam. W Harmonii, która była moją ulubioną klaczą, po prostu się zakochałam i kiedy po dwóch tygodniach skończył się turnus, zadzwoniłam z płaczem do domu, że chcę zostać na następny. W sumie spędziłam tam miesiąc – dodaje. Rodzice zdumieni byli tym, że córka, którą trudno ściagnąć rano z łóżka, gdy trzeba iść do szkoły, w wakacje potrafi zerwać się o 5.00 rano i zacząć dzień od sprzątania stajni. Od tej pory co roku, przez kolejne cztery lata, jeździła na podwójne turnusy jeździeckie, a konie stały się jej pasją.

W Raciborzu nie było jednak miejsc, w których można by było w roku szkolnym ćwiczyć jazdę. Pozostawały więc wypady z tatą do Pstrążnej i oczekiwanie na kolejne wakacje. – Żadna z moich szkolnych koleżanek nie jeździła, więc w liceum skupiłam się na przygotowaniu do matury i dostaniu się na wymarzone studia. Oczywiście miała to być weterynaria, ale próg okazał się za wysoki, więc wybrałam w końcu zootechnikę – opowiada Kama, która podczas studiów zamieniła sobie WF na jazdę konną, za którą zresztą sama musiała płacić. Po trzyletnich studiach inżynierskich, magisterskie wybrała już ze specjalizacją hodowla i użytkowanie koni.

Najlepsza przyjaciółka musi kochać konie

Kiedy Kama podsumowuje pięć lat spędzonych we Wrocławiu, okazuje się, że przełomowym momentem było poznanie Martyny. – Spotkałyśmy się na pierwszym roku studiów, ale na początku nie darzyłyśmy się sympatią. Ponieważ Martyna jeździła co weekend do domu w Jastrzębiu-Zdroju własnym samochodem, zaproponowała mi wspólne dojazdy. Podczas wielu godzin spędzanych w samochodzie zaczęłyśmy rozmawiać i okazało się, że tak jak ja kocha konie i co więcej, ma swoją stajnię i startuje w zawodach – opowiada Kama.

Wkrótce obie dziewczyny zaczęły przyjeżdżać do Skrzyszowa, gdzie z czasem zamieszkała rodzina przyjaciółki. – Ojciec Martyny, który sam jest fanem jeździectwa, wybudował tam dom i stajnie, więc było gdzie pracować i ćwiczyć. Przy okazji słyszałam co chwilę od Martyny, że mam zły dosiad, złą postawę i że trzeba to wszystko szybko skorygować – wspomina Kama. W ten sposób koleżanka, a potem przyjaciółka, stała się w końcu jej trenerką. Z czasem jazdę rekreacyjną zastąpiły skoki przez przeszkody. – Ona mnie tym sportem zaraziła, a ja połknęłam bakcyla i na czwartym roku studiów oddałam się temu bez reszty. Na co dzień jesteśmy przyjaciółkami, ale podczas treningów i zawodów obowiązują relacje zawodnik – trener – podsumowuje.

Na początku startowała na koniu Martyny – siwym Serecie. Ale żeby brać udział w zawodach, musiała zdać egzaminy na brązową odznakę jeździecką. – Martyna udostępniła mi swoje dwa konie i pojechałam z nimi do Zbrosławic. Na pierwszym miałam próbę ujeżdżeniową, a na drugim skokową. Potem odpowiadałam przed komisją na pytania związane z hodowlą i użytkowaniem koni. Ponieważ uczyłam się tego na studiach, do części teoretycznej w ogóle nie musiałam się przygotowywać. Następny był konkurs licencyjny, który zdałam za czwartym podejściem – wyjaśnia.

Dzięki zdobyciu brązowej odznaki jeździeckiej, Kama może startować w zawodach regionalnych w kategorii L (przeszkody do 100 cm wysokości). Otrzymała też licencję Śląskiego Związku Jeździeckiego i Polskiego Związku Jeździeckiego. Mogła więc już rywalizować z innymi, ale do osiągania sukcesów potrzebny był jej własny koń. – Martyna zawsze mi powtarzała, że nie powinnam jeździć na koniach, których dosiada wielu jeźdźców, bo ani one mnie, ani ja ich nigdy nie będę w pełni rozumieć – wyjaśnia Kama. Za namową przyjaciółki zaczęła więc poszukiwania konia, który, tak jak ona, ma serce do sportu.

Kto daleko mierzy ten skacze

Pierwsza okazja do zrealizowania marzenia nadarzyła się podczas zawodów w Skrzyszowie, w których Kama startowała na koniu przyjaciółki. – Przyjechał Damian Zmorek z siwym koniem, który był na sprzedaż i Martyna namówiła mnie, bym spróbowała na nim swoich sił w drugim dniu zawodów. Gdy go dosiadłam, całe życie przeleciało mi przed oczami. Nie reagował na moje polecenia, nie potrafiłam go zatrzymać i przeskoczyłam na nim tylko jedną przeszkodę, na dodatek nie jedynkę tylko dziewiątkę, która mu się bardziej spodobała. W końcu wjechaliśmy w potężny stojak, koń stanął, a mnie udało się z niego zeskoczyć – opowiada Kama. Po tym niezbyt szczęśliwym początku znajomości, krnąbrnego siwka postanowiła przetestować Martyna. – Stwierdziła, że to fenomenalny koń i jeśli go nie kupię, ona od razu weźmie go dla siebie, więc postanowiłam zaryzykować – dodaje Kama.

Rodzice pomysłem córki nie byli zachwyceni, bo porywczego siwka widzieli w akcji na zawodach i obawiali się, że z tego duetu Kama cało nie wyjdzie. Poza tym, odkładane razem z dziadkami pieniądze na start dla córki chcieli przeznaczyć na wkład mieszkaniowy, albo samochód, a nie czworonoga, który w przydomowym ogródku raczej się nie zmieści. W końcu dali za wygraną, no bo wiadomo, że z takim uczuciem walczyć nie można.

Po tygodniu testów Dalmierz został uznany za pełnoprawnego członka rodziny i pierwszyrok spędził w skrzyszowskiej stadninie. Nowy dom znalazł potem w stajni Ditera Stańka w Kornicach, którą teraz prowadzi jego córka Ola. Historia zatoczyła więc koło, bo siwek Kamy zamieszkał dokładnie tam, gdzie pierwszy raz w życiu tato pokazał jej konie i gdzie poczuła, że to jest miłość od pierwszego wejrzenia. – Codziennie po pracy jeżdżę do Kornic. Dalmierz uczy mnie pokory i cierpliwości. Mamy podobne charaktery, więc rzadko odpuszczamy, ale jakoś się dogadujemy – mówi Kama.

Od dwóch lat mieszka razem ze swoim chłopakiem w Raciborzu. Marcin Chmiela to zawodowy siatkarz, a teraz menedżer AZS Rafako, więc w pełni rozumie sportową pasję swojej dziewczyny. – Ja siedzę do wieczora w stajni, a on w klubie, bo każde z nas jest w pełni szczęśliwe dopiero wtedy, gdy może realizować swoje marzenia. Poza tym jeździ ze mną na zawody, bo świetnie dogaduje się z Dalmierzem i jest moim luzakiem, czyli osobą, która pomaga mi w przygotowaniu konia do konkursu, podaje sprzęt, ogląda parkur – mówi Kama, która na co dzień pracuje w firmie taty jako grafik komputerowy.

Do zawodów wciąż przygotowuje ją Martyna, która raz w tygodniu przyjeżdża do przyjaciółki na treningi. Do tej pory największym sukcesem Kamy było zdobycie drugiego miejsca w konkursie L i pierwszego w mini L. Przed nią egzamin na srebrną odznakę jeździecką, a po nim kolejne zawody. – Moim największym marzeniem jest to, by móc brać udział w nowych konkursach i wciąż się rozwijać. Niestety, z własnych funduszy mogę sobie pozwolić tylko na trzy wyjazdy w roku i to bliskie, bo koszty transportu konia są ogromne – podsumowuje Kama, która do tej pory nie znalazła jeszcze sponsora. Ma jednak nadzieję, że młodą i utalentowaną dziewczynę, która dla Raciborza porzuciła Wrocław, w końcu ktoś zauważy. Bo chyba nie ma lepszej promocji miasta stawiającego na młodych niż amazonka na swoim Dalmierzu, która nie boi się żadnych przeszkód.

Katarzyna Gruchot

  • Numer: 27 (1258)
  • Data wydania: 05.07.16
Czytaj e-gazetę