Poniedziałek, 19 kwietnia 2021

imieniny: Adolfa, Tymona, Pafnucego

RSS

Wierzę w żywot wieczny

05.11.2013 00:00 OQL

Życie Twoich wiernych, o Panie, nie kończy się, ale gdy się rozpadnie dom doczesnej pielgrzymki, mamy przygotowane w niebie  wieczne mieszkanie.  (z prefacji)

Koniec Roku Wiary skłania nas do tego, by zastanowić się nad jednym z najbardziej intrygujących nas pytań: czy istnieje życie po życiu? Śmierć jest oczywistością, ale czy po niej czeka nas czarna dziura nicości, albo jest ona początkiem nowej, niewyobrażalnej formy istnienia? Dla nas, katolików, jest to, obok wiary w istnienie Boga, najbardziej istotna prawda wiary: „Wierzę w ciała zmartwychwstanie i żywot wieczny. Amen – Tak jest”.

Podchodzę kiedyś w szpitalu do mężczyzny w średnim wieku, o którym szepnęli mi krewni, że jego godziny są policzone. Zapytałem delikatnie, czy chce przyjąć sakramenty święte, on zaś, mając wzrok utkwiony w sufit, powtarzał kilkakrotnie: Gdybym wiedział, że jest coś po śmierci, gdybym wiedział, że będę tam żył dalej... Nie tylko on, ale każdy chciałby, aby to nie była kwestia wiary, ale wiedzy.

W słynnej książce „Życie po życiu” amerykański autor, lekarz dr Raymond Mood, spisał zeznania osób, które otarły się o granicę życia i śmierci. Arcyciekawe opisy przeżyć. Przytaczam kilka z nich, a na początku opisujący wyjście poza swe ciało:

„Zachorowałem ciężko i lekarz umieścił mnie w szpitalu. Pewnego ranka zebrała się wokół mnie gęsta szara mgła i poczułem, że opuszczam ciało. Wydawało mi się, że szybuję, obejrzałem się i zobaczyłem siebie leżącego na łóżku. Nie bałem się wcale, miałem wrażenie wielkiego spokoju i ukojenia. Nie byłem ani przerażony, ani wzburzony. Po prostu doświadczyłem miłego uczucia uspokojenia, niczego się nie bałem. Miałem świadomość, że chyba umieram; że jeśli nie wrócę do swego ciała, umrę i odejdę”.

Wraz z opuszczeniem ciała u tych osób zwykle pojawiała się wizja światła w oddali, jakby na końcu ciemnego tunelu. Znów cytat: „Usłyszałem, jak lekarze powiedzieli, że nie żyję, i wtedy poczułem, jakbym zapadł w ciemność i w niej płynął, była ona jednak w jakiś sposób zamknięta. Naprawdę nie znajduję słów, żeby to opisać. Wszystko było bardzo czarne, tylko gdzieś w dali przed sobą widziałem światło. Było niezwykle jasne, ale z początku niezbyt duże. Powiększało się, w miarę jak się do niego zbliżałem. Starałem się dotrzeć do tego światła, ponieważ byłem przekonany, że to Chrystus. Nie czułem wcale strachu. Było mi właściwie przyjemnie, gdyż jako chrześcijanin to światło skojarzyłem z Chrystusem, który powiedział: Ja jestem światłością świata. Pomyślałem: Jeśli już mam umrzeć teraz, to wiem, kto czeka na mnie tam na końcu, w tym świetle”.

Przypominają się słowa św. Pawła: „Postanowiono człowiekowi raz umrzeć, a potem sąd”. Nasz Sędzia będzie sprawiedliwy, ale też pełen miłosierdzia. Inna  osoba wspomina podobnie: „Nie było to światło jakie spotkać można na ziemi. Nie widziałam nikogo w tym świetle, jednak miało ono jakąś osobowość. Było to światło doskonałego zrozumienia i doskonałej miłości. Mój umysł odebrał pytanie: Czy mnie miłujesz? Nie było to ściśle biorąc pytanie, ale zrozumiałam je tak: Jeśli naprawdę mnie kochasz, wracaj i skończ, co zaczęłaś w życiu. I przez cały ten czas miałam uczucie, że otacza mnie wszechogarniająca miłość i zrozumienie”.

Wielu mówi o krótkim przeglądzie życia, jakby to miał być samosąd nad życiem. Może to ostatnia możliwość żalu  za popełnione zło? Może będzie nam dany w chwili przed wyrokiem jeszcze raz wybór między dobrem a złem? Cytuję wypowiedź: „...Ujrzałem przed sobą całe swoje życie: kiedy miałem sześć, siedem lat, mego przyjaciela ze szkoły podstawowej, potem zobaczyłem szkołę średnią, szkołę stomatologiczną i swoją praktykę dentystyczną. Wiedziałem, że umieram, byłem zmartwiony, że to już koniec, żałowałem, że zrobiłem różne rzeczy w moim życiu, żałowałem też tego, czego nie zdążyłem zrobić. Powiedziałbym, że te obrazy widziałem w wyobraźni, ale znacznie żywsze niż dziejące się w rzeczywistości. Widziałem tylko ważniejsze zdarzenia... jak film – z niezwykłą szybkością, a mimo to byłem w stanie wszystko dokładnie obejrzeć i zrozumieć... przez cały czas czułem obok siebie obecność potężnej bardzo kochającej istoty”.

Czy zebrane wypowiedzi dają wgląd w rzeczywistość wieczności? Czy tym samym kwestia życia wiecznego przestała być przedmiotem wiary, a stała się wiedzą? Oczywiście, że nie.

Po pierwsze, są to wypowiedzi osób nie umarłych, ale ocierających się o granicę między życiem a śmiercią, reanimowanych następnie przez lekarzy i przywróconych życiu ziemskiemu.

Po drugie, nie wszyscy wyrwani ze śmierci klinicznej mieli podobne przeżycia. Pamiętam, że niektórzy lekarze naszego (starego) szpitala, wtedy gdy książka dra Mooda była bardzo popularna, wypytywali  również  pacjentów o ich przeżycia po przebudzeniu ze śpiączki. Nie wiem z jakim rezultatem. Sam znam tylko jeden przypadek podobnych wspomnień po wyrwaniu z fazy umierania. W każdym razie świadectwa osób z progu śmierci dają jednak do myślenia, zwłaszcza, że są zgodne z tym, co nam o śmierci i sądzie mówi Pismo święte i nasza chrześcijańska wiara.

Dla niewierzących te przeżycia przedśmiertne są funkcją mózgu w  powolnym jego zamieraniu, stopniowym ustaniem ruchów neuronów. Jak zresztą w ogóle cała nasza samoświadomość jest sprowadzona przez nich do pracy komórek mózgowych.

Czyli z tamtej strony  nikt nie powrócił, by nam opowiedzieć?

Owszem: Chrystus zmartwychwstały. Na osobie Jezusa, który umarł i powrócił do życia, jest oparta cała nasza wiara w żywot wieczny i ciała zmartwychwstanie.  „Gdyby Chrystus nie zmartwychwstał, próżna byłaby nasza wiara” – stwierdza św. Paweł. Dla materialistów naturalnie i to jest bajeczką. Wczytując się jednak w Ewangelię, stwierdzamy, że niezrozumiałą byłaby reakcja apostołów, którzy po ukrzyżowaniu swego mistrza,  Chrystusa, rozpierzchli się i kryli po kątach, ale po trzech dniach zebrali się i zgodnie z radosnym entuzjazmem głosili wszem, że „Chrystus, którego wyście ukrzyżowali, zmartwychwstał”, gdyby to nie było prawdą. Widzieliśmy Go, z Nim jedliśmy i piliśmy, dotykaliśmy Jego ran – twierdzili z przekonaniem. Tę niewiarogodną wiadomość, że ktoś opuścił grób po śmierci roznieśli w świat i za tę Radosną Nowinę byli gotowi oddać życie. Widocznie byli pewni, że znów je odzyskają.

Stojąc w ostatnich dniach przy grobach naszych bliskich, widzieliśmy oczami wyobraźni i nasz grób, który będzie kiedyś między innymi. Zdarzają się już na cmentarzach groby bez krzyży. Znak, że ktoś umarł bez wiary, albo ci co go grzebali  jej nie mieli.  Ani nadziei.

  • Numer: 45 (1121)
  • Data wydania: 05.11.13