Czwartek, 6 maja 2021

imieniny: Judyty, Juranda, Benedykty

RSS

Sędzia piłkarski – zajęcie tylko dla ludzi o mocnych nerwach

03.09.2013 00:00 red

To na nich spada nienawiść kibiców przegrywającej spotkanie drużyny. Ich błędy bezlitośnie wygwizdują zarówno fani, jak i piłkarze, a trenerzy wykrzykują pod ich adresem potok niecenzuralnych słów.

Najlepsi sędziowie na świecie, dolarów inkasują nie mniej niż dobry piłkarz, grający w średniej klasy zagranicznym klubie, narzekać nie mogą także arbitrzy prowadzący mecze polskiej ekstraklasy, w lokalnych ligach sytuacja wygląda o wiele gorzej, choć – jak przyznają sędziowie raciborskiego podokręgu – nie o pieniądze, lecz o hobby i przyjemne spędzanie wolnego czasu tutaj chodzi. Wszyscy bez wyjątku odradzają jednak przygodę „z gwizdkiem” osobom o słabych nerwach, bo zajęciu temu nie tyle trudno sprostać kondycyjnie, co psychicznie.

Znamy ich tylko z lokalnych boisk. Postrzegamy jako panów w sędziowskim stroju, oceniając ich przy tym przez pryzmat podejmowanych w czasie meczu decyzji. Niewiele wiemy o ich życiu i zainteresowaniach. Kilku z nich zapytaliśmy o ich sędziowskie początki, o to co w zajęciu tym jest najtrudniejsze oraz o to czy doskwiera im przedmeczowy stres. Zapraszamy w podróż w głąb sędziowskiego świata.

Trudne początki

Większość raciborskich arbitrów w piłkę nożną grało, wielu nawet z sukcesami. Sędziowaniem zajęli się po zakończeniu kariery, pod wpływem nieustającej miłości do futbolu. Jak przyznają, fakt, że byli kiedyś piłkarzami, w pracy „z gwizdkiem” pomaga. – Trzeba czuć piłkę, najlepiej jest jeżeli przez kilka lat się w nią zawodowo grało – mówią jednym głosem. U arbitra podokręgu Racibórz, Łukasza Sytnika miłość do sędziowania z grą w piłkę nożną nawet wygrała. – Jako trampkarz i junior występowałem w drużynie Rafako. Mój brat również był piłkarzem i to właśnie dzięki temu, że przychodziłem na jego mecze, zostałem przygodnym sędzią pomocnikiem. Już wtedy zakochałem się w tym zajęciu i po jakimś czasie ukończyłem kurs sędziowski, a że nie potrafiłem pogodzić gry w piłkę z prowadzeniem spotkań, wybrałem to drugie – opowiada Sytnik, który funkcję piłkarskiego rozjemcy pełni już okrągłe 15 lat. O wiele krótszą karierą może się pochwalić Robert Wala. – W moim przypadku o karierze nie może być mowy. Jak to mówi mój kolega: karierę to zrobił Boniek! – przyznaje z uśmiechem. – Zacząłem dosyć późno, bo na karku miałem już 24 lata, przy czym, na przykład na zachodzie, karierę sędziowską rozpoczynają już dziesięciolatkowie, z kolei w Polsce optymalnym wiekiem pozostaje 17 – 18 lat – zaznacza i kontynuuje: – Do sędziowania w 2007 roku namówił mnie, mający doświadczenie w tej materii, Adam Nowak. Postanowiłem sprawdzić, czy bycie arbitrem jest w istocie takie łatwe, jak wygląda to choćby z pozycji piłkarza – tłumaczy pan Robert, który przez kilka lat reprezentował barwy LKS Czarni Gorzyce. – Gdy z perspektywy zawodnika analizowałem decyzje arbitrów, dochodziłem do wniosku, że przy wielu z nich – w mojej ocenie – sędziowie popełniali błędy. Pewnego razu nawet, w A-klasowym meczu w Grabowni obok Rybnika, słusznie wyleciałem z boiska za obrażenie arbitra. To był chyba efekt mojego młodego wieku i braku racjonalnego myślenie, ale wiele mnie takie sytuacje nauczyły. Tamte doświadczenia pomagają mi dziś w prowadzeniu spotkań, ponieważ z autopsji wiem, co czują piłkarze – przyznaje Wala, który pomimo zaledwie sześciu lat pracy w roli arbitra, miał okazję prowadzić nie tylko spotkania lig lokalnych, ale także – jako sędzia asystent – uczestniczyć w meczach IV, a nawet III ligi. – Według mnie, nieco paradoksalnie, lepiej sędziuje się w spotkaniach wyższego szczebla. Łatwiej nad wszystkim zapanować, począwszy od kwestii otrzymywania na czas składów drużyn, zabezpieczenia i stanu boisk, infrastruktury a skończywszy na samym poziomie gry. W niższych ligach piłkarze grają bardziej siłowo, więc rozstrzygnięcie przez arbitra wielu kontrowersyjnych sytuacji jest niezwykle trudne – twierdzi Wala. – Dziś sędziować jest bardzo trudno, a to głównie przez nieznających przepisów gry kibiców, którzy na każdą decyzję arbitra, niekorzystną dla swojej drużyny, reagują, często obraźliwymi okrzykami. Najbardziej przerażające jest to, że ci ludzie, stojący często z butelką piwa, bluzgają na nas w obecności dzieci – przyznaje z kolei Łukasz Sytnik. – Staram się w czasie spotkania nie analizować tego, co do mnie mówią kibice, lecz skupić się na prowadzeniu meczu – zdradza.

Kopniak od kibica

Na trudność bycia sędzią uwagę zwraca, wielokrotnie nagradzany za swoją pracę, Sławomir Kozioł, który arbitrem został w 2000 roku. – To ciężki kawałek chleba, dlatego chyba tak mało osób decyduje się na zmierzenie się z tym wyzwaniem. Poza tym, aby być arbitrem, należy posiadać pewne cechy osobowości takie jak umiejętność opanowania stresu oraz prezentować dobrą kondycję, która ma duży wpływa na celność podejmowanych przez nas decyzji – tłumaczy. Robert Wala również uważa, że względy kondycyjne mają bardzo duży wpływ na jakość pracy sędziego, przy czym twierdzi, że zajęcie to jest ciężkie wyłącznie dla tych, którzy do sezonu nie są odpowiednio przygotowani. – Zarówno fizycznie jak i psychicznie – zaznacza. – Trzeba być ciągle w tzw.  gazie, trochę pobiegać w tygodniu i podszlifować kondycję, która jeżeli jest na dobrym poziomie powoduje u nas luz psychiczny i czujemy się wtedy pewni na boisku – tłumaczy Wala. Przyznaje także, że za każdym razem wchodząc na boisko, czuje lekką presję. – Nazwijmy to może przedmeczowym stresem. Kiedyś był on większy, przejmowałem się na przykład tym, czy nie popełnię wielkich błędów lub czy któryś z kibiców, czymś we mnie nie rzuci. Dziś – z racji większego doświadczenia – stres jest o wiele mniejszy. Presja wywierana przez kibiców, zawodników, czy działaczy również przestała robić na mnie wrażenie – wiem, że każdy walczy o swoje, ale ja nie mogę być podatny na wpływ innych, muszę wydawać obiektywne werdykty – mówi Robert Wala. – Skala stresu jest trudna do przekazania w zależności od klasy rozgrywkowej, gdyż nawet w klasie C może być trudniej niż w IV lidze – twierdzi sędzia Kozioł. – Moim sposobem na presję jaką wywierają na mnie kibice, jest ignorowanie ich słów. Natomiast presja ze strony zawodników i działaczy, bardzo często przeobraża się w tzw. niesportowe zachowanie, którego nie toleruję i natychmiast staram się karać, by nie dopuścić do dalszych tego typu ekscesów – dodaje. Do niekulturalnych zachowań dochodzi w większości meczów, do tych agresywnych nieczęsto, ale i tak nasi bohaterowie niejednokrotnie stawali w obliczu złości kibiców. – A nawet piłkarzy – wtrąca Kozioł. – Pamiętam, jak po meczu B klasy, jeden z zawodników biegł do mnie „z pięściami”, na szczęście zatrzymali go koledzy. Innym razem oblano mój samochód piwem, a także mi grożono, o kopniaku otrzymanym od jednego z kibiców nie wspominając – wymienia pan Sławek. Patent na zmniejszenie ryzyka zatargów z kibicami oraz piłkarzami, ma Robert Wala. – Po prostu staram się nie generować niebezpiecznych sytuacji, może właśnie dzięki temu jeszcze nie oberwałem – śmieje się arbiter.

Kieszonkowe za mecz

Wielkich pieniędzy lokalni arbitrzy nie inkasują. – Na szczeblu Podokręgu nie ma sędziów zawodowych. Ci, którzy myślą, że można tutaj zarobić kokosy, szybko się wykruszają – zdradza przewodniczący kolegium sędziów raciborskiego podokręgu Zdzisław Matysiak. Arbitrem jest od 31 lat, więc wie co mówi. Jego słowa zresztą potwierdzają wszyscy sędziowie. – Arbitrzy główni otrzymują po meczu IV ligi – 180 zł, okręgówki – 137 zł, A klasy – 103 zł i wreszcie B i C klasy 90 zł, natomiast sędziowie asystenci za IV ligę – 146 zł, okręgówkę – 111 zł, A klasę – 86 zł, z kolei B i C klasy -73 zł. Od tej kwoty należy odjąć m.in. koszt paliwa – informuje skrupulatnie Robert Wala. Sam mieszka nieopodal Wodzisławia Śląskiego, w miejscowości oddalonej od Raciborza o 35 km, więc na dojazd na miejsce spotkania wydaje krocie. – U mnie „na czysto” w przypadku prowadzenia na przykład A-klasowego meczu wychodzi 70 zł, więc o super dużych pieniądzach nie można mówić – nie kryje pan Robert. – Pieniądze te traktujemy jako odszkodowanie za poniesione straty moralne – ocenia Kozioł. – Przeżyć by się za to nie dało, ale dla mnie to fajny dodatek do pasji, jaką jest sędziowanie – nie kryje Wala. – Ważniejsza niż pieniądze jest dla mnie satysfakcja, jaką odczuwam po dobrze poprowadzonym meczu – dodaje.

Wojciech Kowalczyk



Zostać sędzią piłkarskim próbować może każdy. Od lat do grona arbitrów przystępuje coraz więcej kobiet. Wystarczy przejść odpowiedni kurs, składający się z testów kondycyjnych oraz sprawdzianu z przepisów gry w piłkę nożną. – W październiku tego roku rusza kolejny z takich kursów. Zgłaszać można się w siedzibie podokręgu Racibórz mieszczącej się przy ulicy Londzina 46/6 lub mejlowo pod adresem slzpn.racborz@op.pl – zachęca Zdzisław Matysiak.

  • Numer: 36 (1112)
  • Data wydania: 03.09.13