Sobota, 8 maja 2021

imieniny: Stanisława, Lizy, Dezyderii

RSS

Boże, z Twoich rąk żyjemy...

03.09.2013 00:00 red

ks. Jan Szywalski przedstawia

„Do kraju tego,
gdzie kruszynę chleba
Podniosą z ziemi
przez uszanowanie
Dla darów nieba...
– Tęskno mi, Panie”.

(Cyprian Norwid)

Chleb leżący na ziemi, zlepiony z piaskiem – ze czcią podnieść? Może jeszcze ucałować? – poetycka przesada.

Pozwolę sobie przytoczyć wspomnienia ks. bpa Alfonsa Nossola z jego dzieciństwa przypadające na czasy wojenne.

„Żydzi budowali u nas drogę z Brożca do Krapkowic, tak zwaną betonówkę. Propagandowo przekonano nas, że to dar Hitlera, a w rzeczywistości budowali ją Żydzi. Pilnowało ich trzech starszych, siwych żołnierzy. Żydzi nie uciekali, bo nie mieli dokąd.  Ktoś we wsi powiedział, że oni są zgłodniali i proszą o chleb. Zapytałem mamę, czy mogę im zanieść pajdę chleba z masłem. Zgodziła się, ale kazała mi uważać. – Musisz stanąć twarzą do wachmana – mówiła – i z nim coś zagadać. Jak odwrócisz uwagę, to upuść za sobą chleb na ziemię. Kiedy tak stałem z tym chlebem, jeden stary Żyd szepnął mi po niemiecku: „Rzuć go do piasku”. Wartownik nie słyszał, albo nie chciał słyszeć. Gdy zobaczyłem jak łapczywie ten człowiek jadł chleb zbrudzony piaskiem, zrozumiałem, jak bardzo jest głodny. (...) Odtąd dokarmialiśmy ich regularnie, jak zaczęło brakować masła, mama mieszała je z margaryną”. (A. Nossol – Miałem szczęście w miłości)

Wkrótce potem miał przyjść czas głodu na całą ziemię śląską. Wiosną 1945 r. walec frontu wojennego przewalał się przez nasze ziemie. Wszystko co jadalne zostało rozkradzione lub zniszczone: sklepy, magazyny, spiżarnie i piwnice. Na polach, o ile nie były stratowane czołgami lub rozryte bombami, rosła wprawdzie nadzieja na chleb, ale w marcu do żniw było daleko.

We mnie, wtedy ośmioletnim dziecku, pozostała pamięć o ciągle niesytym żołądku. To nie, żeby żołądek był pusty, był wypełniony jednostajnie kartoflami, których kupeczka zachowała się w kącie piwnicy. Kartoflana zupa,  kartoflane placki, kartoflana sałatka, kartofle w mundurkach, kartofle strugane; bez soli, bez jakiejkolwiek omasty. Tęsknota za chlebem, za „sznitą” z masłem. Były jeszcze buraki. Kilka kilometrów od nas była nieczynna cukrownia. Pozostały brogi nieprzerobionych buraków cukrowych. Trzeba było dokopać się poprzez warstwę zmarzniętych i gnijących buraków do nadających się jeszcze do użycia u spodu. Był z nich słodki syrop, a z przegotowanej reszty, biała marmolada o nieokreślonym smaku.

Po pól roku były żniwa. Ale gospodarze nie mieli łatwo. Nie było koni ani maszyn, a nowe władze zarządziły obowiązkowe odstawy wzorem krajów  Związku Radzieckiego.

Stare pokolenie zna wartość chleba. Zbieraliśmy kłosy na pustych ścierniskach, mleli na młynkach do kawy; było z tego  trochę razowego chleba, albo gęsty żur.

Byli też dobrzy ludzie. Nasi dalsi krewni mieszkali na wsi i do nich posyłała nas matka  z wózkiem na „szaber”. Po jakimś czasie przyszły dary z UNRA, kokosowe masło zielonej barwy. Na pewno pożywne, ale po jakimś czasie nastąpił przesyt i pamięć jego mdłego smaku  dotychczas tkwi we mnie. Przeżyliśmy! Ale jestem gotowy za Norwidem podnieść każdą kruszynę chleba z ziemi i ucałować. 

W Polsce w bardziej uroczysty sposób obchodzi się podziękowanie za żniwa niż w innych krajach. Tkwi w  narodzie głęboko osadzona pamięć nie tylko o ostatniej wojnie, ale także o innych okresach biedy i niedostatku. W literaturze częste są opisy przednówku na wsi pańszczyźnianej, kiedy zapasy zimowe już były zjedzone, a nowe zboże dopiero rosło. Pan szlachcic zabrał swoje niezależnie od tego, czy zbiory były dobre, czy złe, a ty, chłopie dożyj do żniw. Tu produkcji nie można przyspieszyć; trzeba cierpliwie czekać, aż pola się ozłocą, aż kłosy się pochylą i ziarna stwardnieją.

Człowiek orze i sieje, ale Bóg wzrost daje. Można to nazwać siłą natury, prawem przyrody, ale faktem jest powtarzający się corocznie cud rozmnożenia chleba. Boża moc i szczodrobliwość zakodowana w prawach przyrody, objawia się cyklicznie każdego roku: wysiewa się jeden worek  – żniwuje się dziesięć, umiera jedno  ziarenko, by rodzić kilkadziesiąt. Pierwszy chleb z nowego zboża zaniesiono do kościoła w uroczystość żniwną, Boskiemu Dawcy w podziękę.

Oby nigdy nie zamarła w nas potrzeba wdzięczności, tak niewidzialnemu Bogu za cudowną moc wzrostu, jak i widzialnym rolnikom dla nas obrabiającym pola! Nie wiem, czy w tym roku ich trud będzie  należycie opłacony. Wg ogólnej opinii żniwa, mimo chłodnej wiosny i suchego lata, były dobre, ale ceny zboża okropnie, można powiedzieć okrutnie, spadły. Oblicza się, że jeżeli kilogram chleba kosztuje 4.50 zł, to do gospodarza wraca tylko 60 gr, resztę zabierają pośrednicy.

Niech w każdej parafii naszej urodzajnej Ziemi Raciborskiej zabrzmi z wdzięcznego serca wychodzący śpiew starej żniwnej pieśni:

„Boże, z Twoich rąk żyjemy
choć naszymi pracujemy
My Ci dali trud i poty,
Tyś nam dał urodzaj złoty”.

  • Numer: 36 (1112)
  • Data wydania: 03.09.13