Niedziela, 16 maja 2021

imieniny: Andrzeja, Jędrzeja, Adama

RSS

Andrzej Markowiak: Jestem bogaty tym co zaoszczędzę

12.07.2011 00:00 acz

Kontynuujemy cykl wspomnień o Raciborzu. Przez najbliższe tygodnie będziemy publikować wywiady z osobami, które rządziły przed laty samym miastem i powiatem raciborskim. Z Andrzejem Markowiakiem, prezydentem Raciborza w latach 1994 – 2001 rozmawiamy o powodzi, marketach i świetle w urzędzie.

 

Adrian Czarnota: – Pierwsze skojarzenie jakie przyszło mi do głowy układając pytania dla pana, to prezydent Andrzej Markowiak – zaciekły wróg hipermarketów. Czym pan zapracował sobie na taką opinię?

Andrzej Markowiak: – Ostatnio odniosłem wrażenie, że przypięto mi taką „etykietę” choć nie zgadzam się z tą opinią. Podczas mojej prezydentury staliśmy przed alternatywą czy otworzyć się bez ograniczeń na wielkopowierzchniowe markety, czy utrzymać „parasol” nad wchodzącym dopiero na obroty handlem w małych placówkach prywatnych. Zawsze byłem i jestem nadal zwolennikiem zrównoważonego rozwoju, a zadaniem władz samorządowych jest zapewnienie tej równowagi. Każda forma inwestycji ma swój czas i dzisiaj nie ma już potrzeby utrzymywania jakiegokolwiek protekcjonizmu w miejskim handlu, bo dla wszystkich jego form jest w Raciborzu przestrzeń rozwoju, ale wtedy tak nie było. W ówczesnym zarządzie miasta działały osoby, które, jak choćby pani Teresa Gołębiowska, miały rozeznanie co do kondycji sprywatyzowanego rodzimego handlu w mieście. Wiedziałem, że obiekty wielkopowierzchniowe przyjdą tu wcześniej czy później. Taką pierwszą placówką tego typu w Raciborzu był Minimal. Pamiętam, że jego powstanie w naszym mieście było nieco „wymuszone” przez profesora Zbigniewa Religę. Współpracował on z firmą od sieci Minimal, która wspomagała go finansowo przy pracach nad sztuczną zastawką serca. Profesor Religa przez swojego bliskiego współpracownika, docenta Piotra Kudrę poprosił nas o stworzenie w Raciborzu możliwości uruchomienia marketu. Zgodziliśmy się uznając, że to będzie taki nasz raciborski wkład w projekt profesora. Jak widać, nie zawsze decydują względy polityczne czy marketingowe.

– Może to właśnie przez mniejszą liczbę marketów i kin coraz częściej mówi się o kompleksie Rybnika?

– Raciborzanie, w mojej ocenie, zupełnie bezpodstawnie, mają jakiś dziwny kompleks Rybnika, ale nigdy nie spotkałem się z tym, aby ci, którzy zachwycają się Rybnikiem chcieli opuścić nasze miasto i tam zamieszkać. Kiedy rozmawiam z kimś, a ten biadoli na swój Racibórz i zachwyca się Rybnikiem, to go pytam: przeniesiesz się? Ja ci pomogę. Wtedy odpowiada, że nie. Kiedyś pewna pani naskoczyła na mnie w księgarni, że tu u nas się nic nie dzieje. Pytam: gdzie się dzieje? Ona: no w Rybniku. Więc powiadam: skoro jest tam tak cudownie, a tutaj tak źle, a pani ma mieszkanie komunalne w Raciborzu, to ja się dogadam z prezydentem Rybnika i ułatwimy pani mieszkania zamienić. Odmówiła. 

– Przejeżdża pan pewnie kilka razy w tygodniu w pobliżu placu Długosza. Wiem, że to nie tylko zmartwienie obecnego prezydenta, ale i poprzednich. Jaka była pana koncepcja na to miejsce?

– Pod koniec mojej służby w samorządzie planowaliśmy sprzedać plac Długosza pod centrum handlowe. Nie śpieszyliśmy się z tym jednak, bo po przebudowie rynku i dość istotnej zmianie warunków poruszania się w centrum miasta, przenieśliśmy tam parking. Pamiętam, że moi oponenci w radzie miejskiej grzmieli, że płyta placu nie wytrzyma takiego ciężaru i samochody zapadną się do piwnic zlokalizowanych pod placem. Nic takiego się nie stało. Dziś ten teren czeka na inwestora i moim zdaniem nie ma co go wciskać pierwszemu z brzegu oferentowi za byle jakie pieniądze. Tym bardziej, że po jego sprzedaniu na władzach miasta spocznie obowiązek zapewnienia miejsc parkingowych w bliskim sąsiedztwie centrum, do którego przyjeżdża sporo osób także z pobliskich Czech, w tym wielu klientów naszego lokalnego handlu. Oni zostawiają tu zapewne niemałe pieniądze, a nawierzchnia placu, choć nierówna, nie przeszkadza w parkowaniu.

– Wiem, że w pewnym momencie był pan przedstawiany jako człowiek, który nie lubi psów. Czym pan sobie zasłużył na takie miano?

– Nigdy nie byłem wrogiem psów, a jedynie takich ich właścicieli, którzy nie szanują praw innych współmieszkańców: prawa do porządku, czystego, estetycznego otoczenia, higienicznych warunków życia, spokoju itp. Nie godziłem się wtedy i nie godzę się dzisiaj na zapaskudzone psimi odchodami trawniki w naszym mieście. Jeżeli komuś to odpowiada to znaczy, że należymy do innych kręgów kulturowych. Swego czasu dziennikarze masowo mnie najeżdżali, bo Polska Agencja Prasowa podała, za Trybuną Śląską i jakąś nieodpowiedzialną dziennikarką, że „prezydent Raciborza wydał zakaz trzymania psów w mieszkaniach komunalnych”. Pamiętam zresztą ten tytuł na drugiej stronie „Trybuny” zatytułowany wielkimi literami „Żegnaj piesku”. I zaczęło się. Zjeżdżały się gazety, telewizje, a ja znosiłem to cierpliwie, aż do podania tej idiotycznej informacji w Teleexpresie wraz z kąśliwymi uwagami, redaktor dyżurnej Hanny Smoktunowicz, o konieczności odwołania takiego prezydenta. Przesłałem faksem do TVP wyjaśnienie pisząc, że to jest nieprawda i że proszę o sprostowanie. Oddzwonił Piotr Gembarowski i tłumaczę mu, że nie wydałem i nie zamierzam wydać takiego zakazu, szczególnie, że nie sposób było tego pogodzić z obowiązującym prawem. Włączam na drugi dzień Teleexpress, a tam podają, że „w nawiązaniu do informacji, która tak zbulwersowała naszych widzów, informujemy, że w Raciborzu prezydent Markowiak po rozmowie z Teleexpresem zmienił zdanie i psy w mieszkaniach komunalnych można trzymać”. Ręce opadły. Od tego czasu niczego już w mediach nie prostuję.

– Dbał pan nie tylko o czystość, ale również o pieniądze. Podobno urzędnikom za pana czasów się nie przelewało?

– Nie wiem czy mieli relatywnie mniej, bo nie wiem ile mają dzisiaj. Ale przyznaję, że moi urzędnicy nie zarabiali wiele. W każdej prowadzonej działalności publicznej, a także w życiu prywatnym kieruję się zasadą Św. Augustyna, że „człowiek nie jest bogaty tym co zarobi, tylko tym co zaoszczędzi”. Uważam też, że szczególnie pieniądz publiczny należy szanować, a wartość świadczonej pracy powinna być odpowiednio wyceniana i pozostawać we właściwej relacji do wynagrodzeń uzyskiwanych na terenie naszego miasta. Za mojej kadencji pensje prezydenta i jego zastępców, a także profity radnych nie były, mówiąc delikatnie, wygórowane. Urząd nie funkcjonuje w oderwaniu od otoczenia, to jest system naczyń połączonych i urzędnik magistracki musi mieć pensję, którą da się odnieść w jakiś sposób do pensji pracownika w zakładzie komunalnym, czy innym urzędzie. I na pewno nie można jej porównywać do zarobków w prywatnych przedsiębiorstwach komercyjnych.

– Podobno był pan na tyle oszczędny, że gasił pan w urzędzie światła i przykręcał pan kaloryfery?

– Do dziś mam tę chorobę i gdy czasem przychodzę do kogoś i widzę, że światło się świeci niepotrzebnie, to je gaszę. Może nieładnie, ale tak mam. U mnie oświetlenie i ogrzewanie od razu przekłada się na skojarzenia z nieekologiczną produkcją energii, zanieczyszczeniem środowiska i emisją dwutlenku węgla, na którą Polska otrzymała od Komisji Europejskiej dość ograniczone limity. Z kaloryferami w urzędzie to przesada, choć uważam, że człowiek powinien ruszać się i spalać nagromadzoną własną energię. U mnie w mieszkaniu do dzisiaj jest kręcenie przy kaloryferach. Kiedyś nie było możliwości regulacji, bo były takie zawory na grzejnikach, że jak się raz pokręciło to one od razu ciekły i trzeba było podstawiać miskę albo wiadro. Teraz przy nowoczesnych regulatorach jest spore pole do popisu dla oszczędnych.

– Jak się panu w tamtych latach układała współpraca z radą miejską?

– Były tarcia, to normalne, ale myślę, że gdyby uśrednić te stosunki to wypadkowa wyszłaby zdecydowanie na plus. Były napięcia szczególnie w okresie udzielania absolutorium. Pozytywną role odgrywał przy konfliktach przewodniczący rady Tadeusz Wojnar. Myśmy razem zaczęli naszą drogę samorządową, a ja wcześniej, byłem w pewnym sensie świadkiem jego „narodzin” jako prezesa spółdzielni mieszkaniowej, kiedy prowadziłem słynne nocne walne zebranie, na którym odwołano stary zarząd Spółdzielni „Nowoczesna”. Wtedy było to dla mnie strasznie trudne zadanie. Ja różne rzeczy w życiu robiłem, ale tamte nocne obrady będę pamiętał długo. Tadeusz, gdy dochodziło do napięć, które mogłyby paraliżować pracę zarządu miasta i niepotrzebnie utrudniać realizację zadań, potrafił sięgnąć do arsenału swoich, że tak powiem pozytywnych technik perswazji i kogo trzeba było przekonał, a spór potrafił skierować na odpowiednie tory.

– Jeśli jesteśmy przy przewodniczącym, to mówi się, że za sobą panowie specjalnie nie przepadaliście, ale się tolerowaliście. Podobno starał się pan podkreślać swoją niezależność?

– Przewodniczący i prezydent to nie małżeństwo. Wtedy w 1994 roku wywodziliśmy się z innych ugrupowań, choć szybko porozumieliśmy się co do koncepcji kierowania Raciborzem. Nie jest tajemnicą, że bywały sytuacje gdy różniliśmy się pomysłami i propozycjami rozwiązywania niektórych spraw, ale wydaje się dziś z perspektywy czasu, że umieliśmy obaj wyznaczyć granicę naszych wpływów, nie przekraczaliśmy jej i stać nas było na szczerą wymianę niekoniecznie zgodnych poglądów. Dziś w relacjach prezydent – przewodniczący być może jest inaczej, a z obiegowych opinii wiem, że relacje prezydenta Lenka z przewodniczącym Tadeuszem Wojnarem są „cieplejsze” niż były wtedy między nami. Może dlatego, że pomysł prezydentury Mirka Lenka pochodził właśnie od Tadeusza i to on przekonał go do ubiegania się o tę funkcję i realnie ocenił szanse jej uzyskania. Może przewodniczący ma więcej niż za moich czasów okazji, aby wspomagać prezydenta w trudnych sytuacjach, aczkolwiek na sukcesy Prezydent Lenk pracuje przede wszystkim sam i tak powinno być. Prezydent miasta, jeżeli chce funkcjonować we względnie komfortowych warunkach, to nie może ignorować oczekiwań przewodniczącego rady miasta. To jest układ wzajemnych relacji i niekoniecznie negatywny. Tadeusz Wojnar jest człowiekiem bardzo pragmatycznym i choćby dlatego zazwyczaj umieliśmy się dogadać.

– Na prezydenta wybrała pana rada miasta, ale czy Andrzej Markowiak, kandydując wtedy na radnego, liczył na to, że zostanie prezydentem?

– Ależ skąd. Byłem zaskoczony. Nie zakładałem startu do rady z myślą o funkcji prezydenta Raciborza. Ja chciałem być radnym, zresztą po raz pierwszy. Uważałem i dawałem temu wyraz publicznie, że nie powinno łączyć się mandatu radnego z funkcją wykonawczą prezydenta. Krótko po objęciu funkcji zrezygnowałem z mandatu radnego. Poza tym bezpieczniej do wszystkiego dochodzić stopniowo. To trochę jak z chorobą kesonową, gdy się człowiek za szybko wynurzy to ulega dekompresji. Nasz ówczesny partner koalicyjny, któremu przewodniczył Tadeusz Wojnar, wykazał się elegancją i stwierdził, że TMZR, które miało najwięcej radnych, powinno typować prezydenta. Potem, gdy w następnej kadencji w 1998 roku po wyborach tworzyły się nowe władze miasta, uważałem, że tym razem on ma pierwszeństwo w obsadzie tej roli. Jego ugrupowanie uzyskało wtedy dobry wynik, a on był naturalnym liderem. Tadeusz uznał jednak, że nie należy dokonywać zmiany.

– W 1997 roku Racibórz nawiedziła potężna powódź. Czy dziś z perspektywy czasu ocenia pan, że zabrakło jakichś procedur lub można było uniknąć jakichś błędów?

– Tak naprawdę nie było żadnych procedur na wypadek wystąpienia takiego kataklizmu. Dla mnie osobiście powódź w 1997 roku to był najtrudniejszy egzamin w życiu. Choćby z tego względu, że to wszystko działo się realnie. Ludzie stanęli w obliczu poważnego zagrożenia, w poczuciu strachu i bezsilności wobec tego co ich czekało po opadnięciu wody. To wszystko zwaliło się w bardzo krótkim czasie na nas, którzy nigdy wcześniej w podobnej sytuacji nie mieliśmy okazji się znaleźć. Dziś mogę postawić tezę, że jako raciborzanie wspólnie, także przy pomocy z zewnątrz, zdaliśmy ten egzamin. Mimo, iż żywioł miał swoją niszczącą siłę, uniknęliśmy tragicznych katastrof, szybko stanęliśmy na nogi, umiejętnie skonsumowaliśmy otrzymaną pomoc i staliśmy się przykładem dla innych. 

– Jak radziliście sobie gdy woda opadła i oczom ukazał się ogrom zniszczeń?

– To trudno opisać. Obraz zniszczeń był tragiczny. Wtedy bardzo liczyła się odporność psychiczna i umiejętność zachowania rozwagi w podejmowaniu decyzji. Do gmin zaczynała docierać różnoraka pomoc i bardzo łatwo było, przy jej lawinowym dopływie, o marnotrawstwo czy niesprawiedliwą dystrybucję. Miasta dotknięte powodzią dostały z Unii Europejskiej miliony złotych. Tę pomoc w 90-ciu procentach samorządowi beneficjenci lokowali zazwyczaj w odbudowę infrastruktury miejskiej: budynków, chodników, dróg itp. My jako jedyni postąpiliśmy inaczej i 68 procent środków uzyskanych z unijnego programu „Odbudowa” przekazaliśmy wtedy małym i średnim przedsiębiorcom. Nasze założenie było wówczas takie: jeśli ktoś stracił dom i dobytek, a ma pracę, to sobie go z czasem odbuduje. Jeżeli nie ma pracy, to zostanie nie tylko ze zniszczonym domem, ale również z problemem za co utrzymać rodzinę. Szacowaliśmy, że woda zniszczyła w Raciborzu około 6 tysięcy miejsc pracy. Wiedzieliśmy, że jeśli pomożemy po powodzi stanąć na nogi naszym małym i średnim firmom, to ludzie swoje domostwa odbudują. Myślę, że dokonaliśmy dobrego wyboru i udało się, choć dziś nie boję się nazwać naszych ówczesnych działań, typowych dla warunków potężnej awarii, wielką improwizacją. Trzeba było wówczas, często przy braku pełnego rozeznania, oceniać szybko i trafnie zachodzące sytuacje, kalkulować ryzyko i natychmiast podejmować decyzje. 

– Pamięta pan jakiś przykład takiej szybkiej decyzji?

– Pamiętam, był chyba 3 sierpnia 1997 roku. Jadę autem do Warszawy. Zaraz po powodzi Centertel sprezentował urzędowi kilka telefonów komórkowych. No więc jadę, a tu dzwoni komórka. Odbieram, a po drugiej stronie – Teresa Mizdra – wiceminister budownictwa. Pyta, czy potrzebujemy mieszkań dla powodzian. Odpowiadam natychmiast, że tak. Pani minister pyta: ile? To pytanie mnie zaskoczyło, bo nie wiedziałem jakie jest dokładne zapotrzebowanie. Wiem jednak, że na odpowiedź mam najwyżej 5 sekund. Myślę sobie, cholera, jak powiem, że sto, to będzie podejrzane, bo to okrągła liczba. Mówię: – potrzebujemy 120. A sto weźmiecie ? – pyta. Oczywiście – odpowiadam. No to słyszę, że trzeba w Warszawie podpisać dzisiaj umowę na budowę tych mieszkań. Mówię, że będę za 2 godziny. Ona zaskoczona tą szybkością mówi, że to nie będzie jednak takie proste, że trzeba jeszcze upoważnienie zarządu miasta, więc ja jej na to, że jak poda mi numer faksu, to zaraz mój urząd przefaksuje i otrzymają to upoważnienie jeszcze przed moim przyjazdem. Wiceminister zaskoczona, ale się zgodziła. Dziś jestem pewien, że mamy te 25 domów w Ocicach tylko dzięki szybkiej reakcji. Umowy tego dnia podpisał Racibórz, Kłodzko i Kamieniec Ząbkowicki. Dla innych miast takich domów już nie starczyło. 17 sierpnia na polu dzierżawionym od miasta przez pana Bedryja skoszono pszenicę, a 29 listopada 1997 roku oddaliśmy pierwszy budynek z czterema mieszkaniami, a potem sukcesywnie oddawaliśmy kolejne 24 domy. Tak wyśmienicie budowała nasza raciborska firma Borbud, której pracownicy też dzięki temu mieli pracę i to mieli jej sporo.

– Może to było bardziej szczęście lub przypadek, a nie jakiś specjalny zabieg prezydenta?

– Można też tak uważać, ale szczęściu trzeba umieć pomagać, a dobrym przypadkom wychodzić naprzeciw. A takich przypadków było więcej. W Polsce po powodzi panował jeden wielki lament a ówczesne władze państwowe, chcąc dodać otuchy i wiary poszkodowanym, potrzebowały jakichś pozytywnych przykładów, że nie jest tak tragicznie, że można sobie poradzić. My sobie jakoś nieźle radziliśmy i to zostało zauważone. Miałem wówczas łączność z Kancelarią Premiera Włodzimierza Cimoszewicza. Dzięki temu w domu Państwa Cimoszewiczów gościła czwórka dzieci z naszego miasta. Moje kalkulacje były proste – jeśli w domu premiera w Kalinówce Kościelnej będą nasze dzieci, to będzie się tam mówić o Raciborzu, a nie o Opolu czy Wrocławiu. I to się przekładało na konkretne korzyści, bo gdy premier osobiście odwiózł te dzieci, to przywiózł nam kilkadziesiąt milionów złotych na zadania, o których wsparcie wcześniej go prosiłem. On potrafił słuchać. Gdy woziłem go po zdemolowanym Raciborzu i pokazywałem mu kolejne zniszczenia, to denerwowało mnie, że nic się nie odzywa. Później jednak okazało się, że słuchał, wszystko zapamiętał i zapewnił nam na odbudowę niezbędne środki. Dzięki temu ukończyliśmy m.in. przebudowę mostu przy placu Mostowym. Zresztą wtedy w kancelarii premiera mieliśmy sojuszników takich jak np. dr Andrzej Różycki – doradca Włodzimierza Cimoszewicza, zajmujący się organizacją jego podróży krajowych – były raciborzanin. Nazwisko jego ojca nosi do dziś jedna z raciborskich ulic.

– Co dziś robi były prezydent Raciborza? Nie ciągnie pana do polityki?

– Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Ten etap mam już za sobą. Teraz staram się odpocząć, od marca uprawiam działkę ogrodową nieopodal bloku, w którym mieszkam. Gdy wcześniej zajmowałem się zbiornikiem Racibórz Dolny, to nie było mowy o wolnym czasie. Obecnie pracuję nad modernizacją Kanału Gliwickiego, a moja praca stała się zdecydowanie spokojniejsza. Teraz odcinam kupony od wiedzy i doświadczenia, które zdobyłem podczas moich ponad 37 lat pracy. Mogę też więcej czasu poświęcać rodzinie, mamy z żoną trójkę dzieci i dwójkę wnuków. W sierpniu wybieram się po raz kolejny w Tatry razem z zięciem, który jest Słowakiem. Zamierzamy wejść na słowacki Krywań – 2494 m n.p.m. Zawsze lubiłem wchodzić na szczyty. Teraz zostały mi już tylko te górskie.

 

  • Numer: 28 (1000)
  • Data wydania: 12.07.11