Czwartek, 6 maja 2021

imieniny: Judyty, Juranda, Benedykty

RSS

Najtrudniej użyć czasu przeszłego - część 2

10.05.2011 00:00 red

Kontynuuję wspomnienia związane ze ś.p. Leszkiem Wyką. Pewnie to typowe, że najstarsze zdarzenia widzi się bardzo wyraźnie, z dokładną datą i wręcz kolorem strojów, jakie nosili wspominani ludzie. Dlatego też pierwsze trzy lata naszej współpracy potrafiłem dokładnie umieścić w czasie. Lata późniejsze również przyniosły wiele doniosłych dla nas wydarzeń, ale...

Początek lat 90-tych

Jak już wspominałem, z Leszkiem połączyła nas w pracy przede wszystkim miłość do muzyki. Dużo łatwiej pracować, gdy robi się to, co człowieka – jak to się dzisiaj mówi – kręci. Wtedy właśnie praca ma szansę stać się drugim domem, nie wskutek pobłażania, sobie i bliźnim, lecz dzięki szczególnej elektryczności, jaka towarzyszy człowiekowi, kiedy dzieli się z innymi tym, co sam uważa za ważne. Moja praca podyplomowa obroniona celująco w 1988 roku w Uniwersytecie Warszawskim miała tytuł „Klub jako kulturowe centrum miasta”. Rzecz prosta, w opisywanych tu latach „kulturowym centrum miasta” stał się RDK, udostępniający gościom swoje wyremontowane sale.

W tym czasie Leszek Wyka studiował już w filii Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie. Zgadnijcie, jaki był temat Jego pracy magisterskiej?! To była monografia Raciborskiego Domu Kultury, tym cenniejsza, że pisana przez praktyka, który znał instytucję „od podszewki” i był świadom wszystkich jej celów i dokonań. 

Wśród morza koncertów i wydarzeń artystycznych, w przygotowaniu których znaczący udział miał Leszek Wyka, wymienić chciałbym tylko jedno: mający chyba 6 edycji (1989 – 94) Przegląd Piosenki Autorskiej  INNI. Nazwałem go tak z racji oryginalności i niepowtarzalności sztuki, którą prezentowali samotni jeźdźcy (na ogół) z gitarą. 2 października 1991 roku; na sali widowiskowej RDK maraton, a w nim: Agnieszka Matysiak, Piotr Bałtroczyk, Andrzej Ciborski, Jan Kondrak, Adam Sikorowski, Leszek Wójtowicz, Tadeusz Krok, Piotr Bukartyk, Antonina Krzysztoń, Mirosław Czyżykiewicz, Przemysław Gintrowski (przy akompaniamencie fortepianowym... Piotra Rubika – tak, tak!). Wszyscy oni w Raciborzu, w krótkich setach, jednego dnia, nie dla nagród, lecz dla uczciwego honorarium i poczucia, że ktoś widzi ich kunszt i odmienność! Dziś co drugi z nich to wielka sława, prawda?

Tymczasem w 1992 roku władze samorządowe I kadencji postanowiły poszukać nowego, operatywnego dyrektora Domu Kultury „Strzecha”. Ogłoszono konkurs, do którego stanął także Leszek Wyka. Jako członek komisji oświaty i kultury rady miejskiej brałem udział w komisji konkursowej. No, chętnie nie zgodziłbym się na Jego odejście, ale przecież życie polega na ciągłym rozwoju, którego nie powinno się zatrzymywać. Tak więc w wyniku werdyktu komisji traciłem zaufanego pracownika, a zyskiwałem... konkurenta!

I otóż prezentowane zdjęcie Leszka w otoczeniu koleżanek z RDK, w scenerii kolejnej edycji  INNYCH, pokazuje już dyrektora Leszka Wykę, który przyszedł do nas w odwiedziny.

Jesień 1995

Jako się rzekło, lata dziewięćdziesiąte to był czas konkurencji dwóch domów kultury, ale – zaiste – była to szlachetna i zdrowa konkurencja. W RDK wciąż kładliśmy nacisk na różne odmiany piosenki, recitalu oraz poezję i teatr, Strzecha koncentrowała się na folklorze, tańcu ludowym, koncertach jazzowych, a także działalności teatralnej wśród najmłodszych. Zdarzało się, jak w przypadku Sceny Plastycznej KUL Leszka Mądzika, że tego samego artystę (w różnym repertuarze) raz zapraszał RDK, a raz Strzecha. Leszek doczekał się nowego grona współpracowników, wśród których brylowały Jolanta Dzumyk, Agnieszka Deryło oraz Aldona Krupa. Konflikt z tą ostatnią, którego echa dochodziły do nas, z pewnością nie przysporzył radości Leszkowi i stał się powodem odejścia dużej części zespołu ludowego Strzecha. Z kronikarskiego obowiązku wspominam fakt, choć nie mnie oceniać wszystkie jego aspekty.

Jedno jest pewne: niewątpliwym sukcesem młodego dyrektora Leszka Wyki było przeprowadzenie remontu Domu Kultury „Strzecha”, który powoli zbliżał się swego dziewięćdziesięciolecia.

Muszę teraz przytoczyć jedną historię, która najlepiej świadczy o jakości relacji między nami, mimo różnic, jakie musiały wynikać z pracy w różnych instytucjach kultury. W maju 1995 roku, w otwartym przed kilku laty Kinie „Przemko” zainstalowałem system nagłośnieniowy dolby stereo SR, wtedy bodajże szósty na całym Śląsku. Ta niezbędna w nowych czasach inwestycja była niezmiernie kosztowna i jesienią tamtego roku wpłynęła na znaczne ograniczenie statutowej działalności RDK. Mimo szczytnych celów przedsięwzięcia, zajrzał nam w oczy „głód”. I wiecie, co wtedy zrobił Leszek? Nie dał się długo prosić i na moją prośbę udzielił nam... pożyczki. Za zgodą zarządu miasta i skarbnika z konta „Strzechy” na konto RDK przepłynęło 40 tys. zł, jak pamiętam; kondycja RDK została uratowana, „Strzecha” nie ucierpiała. Z nowego budżetu środki wróciły tam, skąd przyszły. Kto szybko daje, dwa razy daje!...

Rok 2001

„Nic nie może wiecznie trwać” – jak śpiewała Anna Jantar. A jeśli nawet „może”, zawsze znajdą się życzliwi, którzy wybiją ci to z głowy. Jeśli tym „życzliwym” jest prezydent miasta, sprawa wydaje się być przesądzona. Na przełomie tysiącleci w Raciborzu pojawiła się wizja połączenia obu domów kultury w jedno centrum. Pomysł skutecznie podchwycił Andrzej Markowiak, zasłużony bas-baryton Raciborszczyzny. Pragnienie połączenia RDK-u ze „Strzechą” było tak duże, że pierwszy wniosek w radzie miejskiej III kadencji składał, no, nie zgadniecie, szef ówczesny komisji zdrowia, rzecz prosta fachowiec z dziedziny kultury i zarządzania! Powód połączenia? No, jak to? – oszczędności (niezastąpione słowo–wytrych). Jedno centrum, jedna księgowość i – ma się rozumieć – jeden dyrektor zamiast dwóch...

I stało się tak, że w kolejnym konkursie, na stanowisko dyrektora Raciborskiego Centrum Kultury, wśród pięciu kandydatów, znaleźliśmy się i Leszek, i ja. Miałem przegrać ten konkurs i go z honorem przegrałem; ważne jednak, że zaufaniem szefa jury, ówczesnego wiceprezydenta Raciborza został obdarzony Leszek Wyka. Człowiek, który, znając obie placówki, był w stanie zachować ciągłość artystyczną obu części RCK. 

1 lipca 2001 roku rozpoczęła się nowa era. Mój dawny pracownik został moim dyrektorem, i wierzcie mi, było to duże wyzwanie dla obu stron. Mówiło się, że Leszka wynajęto do rozprawy ze mną, ale ja tam plotek nie słuchałem. Jeśli byli tacy (a byli!), co czekali, aż się pożremy w stylu bolszewickim (wielekroć opisywany przez sowieckich dysydentów mechanizm tzw. psizmu), to się srodze zawiedli. Myśmy tę próbę, po kilku miesiącach niepewności, przetrwali, jako ludzie kultury i jako koledzy! Kiedyż będzie lepsza okazja, by wspomnieć i ten epizod, który Leszkowi ujmy nie przynosi.

Rok 2003

Krótko przytaczam największe w naszym życiu wydarzenie artystyczne, które zajęło cały rok 2003 i pozwoliło z funduszy UE wydać z sensem  około 40 000 euro. Chodzi o polsko-czeski projekt „Prowincja – matecznik słowa”, który realizowałem jako koordynator z drugim współtwórcą, Jerzym Dębiną, a którego tytuł ściągnąłem od siebie, z ubiegłorocznej nocy poetów. Pod tym hasłem kryły się działania z dziedziny teatru, poezji, historii literatury, fotografii, recytacji, filmu i czego tam jeszcze! Wielomiesięczne warsztaty literackie i recytatorskie, 10-dniowy finał, dwie publikacje książkowe. Całość pod patronatem Czesława Miłosza, który przyjął nas w Krakowie, niecały rok przed śmiercią! Batalion wszechstronnie uzdolnionej młodzieży z Raciborza i Opawy oraz plejada sław literackich, wśród nich Ewa Lipska i Adam Zagajewski! 

Ale płynna i twórcza realizacja małymi siłami tak wielkiego zadania mogła się udać wyłącznie pod kierownictwem światłego dyrektora, który pomaga, rozumie, a przede wszystkim – nie zazdrości pracownikom, bo wie, że sukces Iksińskiego to także sukces instytucji, którą kieruje. Ta prawda wydaje się banalna, ale od niej w znacznej mierze zależy zdrowie placówki. RCK pod rządami Leszka Wyki był firmą zdrową!

Kwiecień 2005

Miesiąc pamiętny z powodu śmieci Jana Pawła II. Dzień po pogrzebie Papieża, w sali kameralnej „Strzechy” promocja 100-stronicowego „Almanachu Prowincjonalnego”, literacko-kulturalnego półrocznika wydawanego przez RCK. Gościem specjalnym jest Ewa Lipska, na proscenium piękny portret Jana Pawła II, wykonany przez Andrzeja Śliwickiego. – Mimo tytułu pisma, Racibórz jest centrum, a nie prowincją, skoro takie rzeczy o własnych siłach wydaje... – mówi słynna poetka.

Dyrektor Leszek Wyka stoi na czele rady programowej pisma. Kiedy jesienią 2004 przychodzimy z tą inicjatywą z Januszem Nowakiem, nie waha się ani chwili. Wie, że umożliwienie druku raciborskim utalentowanym poetom, podróżnikom, fotografom i plastykom to nowa szansa dla RCK. Choć na tym „wcale się nie zarabia”. Niedawno wydany 14 numer Almanachu zawiera esej Leszka Wyki na temat stulecia „Strzechy”, ostatni tekst jaki w życiu napisał.

Rok 2007

Czasem początek końca jest piękny i pamiętny. Tak było i tym razem. RCK otrzymał zadanie realizacji kolejnych Dni Raciborza. W kilka dni, w dziale edukacji kulturalnej, którym kierowałem, powstał scenariusz fiesty kubańskiej, ze słynnym zespołem Septeto Nacional i Jose Torresem, nauką salsy i zabawą ludową na placu Długosza. Dla władz miasta był to jednak projekt zbyt „elitarny”. RCK przeprowadziło dwudniowy wariant alternatywny, równie udany, jednak Leszek Wyka zdecydował się na realizację także fiesty kubańskiej. Powód dla gentlemana był prosty: wstępnej umowy z Kubańczykami należało dochować. Wierność danemu słowu i takie tam banały. RCK obciążone częściowo kosztami Dni Raciborza oraz fiesty wpadło w tarapaty finansowe, które łatwo było na wyrost nazwać „przekroczeniem dyscypliny budżetowej”. 

W lutym 2008 roku Leszek Wyka nie był już dyrektorem Raciborskiego Centrum Kultury.

Epilog

Leszek Wyka z dnia na dzień z pułkownika został szeregowcem. W pokorze znosił swój los. Nękany kilkakrotnymi 3-miesięcznymi umowami o pracę, pozbawiany zadań, nie mogąc realizować własnych projektów i pomysłów, stopniowo osuwał się w niebyt. Zwolnienie Go z pracy zbiegło się z 30-leciem pracy zawodowej, w której prawie wszystko poświęcił kulturze. Przestał być potrzebny raciborskiej kulturze akurat na 100-lecie „Strzechy”. – Zabiło Go to, co kochał – jak napisała jedna z byłych koleżanek z pracy. Spore grono ludzi, winnych Mu dozgonną wdzięczność, pokazało swą nikczemną twarz.

Znaliśmy Go dobrze. Nie znaliśmy Go wystarczająco dobrze.

Na wydłużenie tej części mojego wspomnienia przyjdzie jeszcze czas.

Marek Rapnicki

  • Numer: 19 (990)
  • Data wydania: 10.05.11