Niedziela, 11 kwietnia 2021

imieniny: Filipa, Leona, Jaromira

RSS

Dzieci ubieramw skrzydła

30.11.2010 00:00 red
21 dzieci wychowała poetka Grażyna Bukowska z mężem. To wyjątkowa rodzina zastępcza w powiecie raciborskim.
Dwadzieścia siedem lat temu przygarnęła pod swój dach gromadkę skrzywdzonych przez los maluchów. Wraz z mężem wychowała ich na porządnych ludzi. I robi to dalej. W jej domu znalazło bezpieczną przystań 21 dzieci. W tym domowym rozgardiaszu znajduje czas na pisanie wierszy i wydawanie kolejnych tomików.
 
27 lat, 365 dni, 24 godziny...
 
– To nie jest łatwo. Do tego potrzeba dużo miłości i cierpliwości – mówi z rozwagą Grażyna Drobek-Bukowska. I doskonale wie, o czym mówi. Nie jest łatwo wychować ponad dwudziestkę cudzych dzieci, często niepełnosprawnych, zaburzonych emocjonalnie, mimo młodego wieku już poobijanych życiowo. Trzeba dużo miłości, by kochać każde z nich po równo, szczególnie jeżeli razem z nimi wychowuje się swoje biologiczne dzieci. Trzeba dużo miłości, by być dla nich przez 27 lat, 365 dni w roku, 24 godziny na dobę. Trzeba mieć naprawdę niewyczerpane zapasy cierpliwości, by łagodzić, koić, czasami przytulić, a czasami skarcić. Trzeba chcieć, trzeba być wrażliwym, ale też obowiązkowym i konsekwentnym. Trzeba, trzeba, trzeba... To ważne słowa. O słowach pani Grażyna wie sporo. Od lat układa je w wiersze, które składają się na kolejne tomiki. Równie dużo, a może nawet więcej wie pani Grażyna o dzieciach. Dużych, małych, skrzywdzonych przez los. Od lat zapewnia im prawdziwy dom.
 
Weźcie sobie inne dziecko...
 
Początek tej historii, choć kto tak naprawdę wie gdzie umiejscowić ten początek, jest smutny, bo zaczyna się od śmierci. W 1983 roku umiera córka Grażyny i Jana Drobków. – Żanetka miała 9 lat i wiedziała, że umiera, bo podsłuchała lekarzy. I poprosiła nas, byśmy wzięli sobie dziecko z domu dziecka.
 
Po jej śmierci o ustny testament młodszej siostry upomniała się ta starsza, Marzena. – Ja się jej nie dziwię, nagle została sama.
 
W tych okolicznościach z domu dziecka w Rybniku trafiły do familii Drobków dwie siostry – cztero- i pięciolatka. Obie niepełnosprawne, obie po mózgowym porażeniu. dziecięcym. Sprawę załatwiono szybko, bo ówczesne placówki chętnie pozbywały się dzieci specjalnej troski. Jedna z nowych córek Grażyny i Jana nie mówiła, nie słyszała, chorowała niemal na wszystko – wspomina po latach „przyszywana” mama. – Druga była z lewostronnym niedowładem. I tak się zaczęło.
 
Jeden czasami znaczy cztery
 
Od tej pory historia się powtarzała. Co kilka lat jedne dzieci dorastały i odchodziły, a pojawiały się kolejne. Wszystkie oczywiście mają stałe miejsce w pamięci i sercu zastępczych rodziców. Tym dorosłym jak trzeba – pomagają, tych zmarłych opłakują, te najmłodsze wciąż wychowują.
 
– W 1984 urodził się nam syn Adrian. Nagle, po 14 latach – wspomina ze śmiechem pani Grażyna. – No i było nas pięcioro. I była ciężka praca, bo ja wszelkimi sposobami chciałam wyciągnąć dziewczynki z niepełnosprawności. Jak już syn miał cztery latka, to postanowiliśmy, że weźmiemy sobie chłopca, bo nasz zaczynał jak dziewczynka mówić. Zrobił się taki babski król. Pojechaliśmy do Rzuchowa i przywieźliśmy.... czwórkę. Trzech chłopców i dziewczynkę. Po miesiącu, podczas rozprawy sądowej okazało, się że dwójka rodzeństwa ma jeszcze brata. No to – wzięliśmy jeszcze i tego brata.
 
Mamo, kiedy po mnie przyjdziesz...
 
Po tylu latach pani Grażyna pamięta szczegóły tamtego zabierania dzieci do siebie. Pamięta, że chcieli wziąć braci, 7 i 5 lat. Starszy był sprawny, ale młodszy nic nie mówił. Jednak gdy pojechali po chłopców .... – Weszliśmy do sali, a taki mały do mnie podszedł, złapał za spódnicę, bo wtedy nie chodziłam jeszcze w spodniach, i spytał: mamo, kiedy po mnie przyjdziesz? No to się popytaliśmy, co to za jeden.... Okazało się, że Piotruś ma jeszcze siostrzyczkę. Zaszłam do tej siostrzyczki, a ona leżała w łóżeczku i płakała. Pytam się, dlaczego płacze? Bo zęby ją bolą, usłyszałam. Ja patrzę, a ona ma wszystkie zęby czarne. Czemu do dentysty z nią nie jedziecie? – zapytałam. Odpowiedziano mi, że dentysta będzie za dwa dni. Pomyślałam sobie – dwa dni pięcioletnie dziecko będzie tu płakać. O nie. Ja ją biorę. Teraz, zaraz. Wyleczę jej zęby to wam przywiozę ją z powrotem. No, ale skorośmy się nimi już tak zajęli, to człowiek nie chciał oddać z powrotem do domu dziecka. Podczas rozprawy okazało się, że mają jeszcze brata. No to zdecydowaliśmy, że bierzemy. Ale bardzo chory – usłyszeliśmy. Nie szkodzi. Bierzemy. Ale wam umrze! No to umrze w godnych warunkach, nie tam gdzieś w domu dziecka. No i nie umarł do dziś. Ma 23 lata.
 
Małe dzieci – mały kłopot
 
Teraz, po latach wychowywania dzieci jako rodzina zastępcza, Drobkowie wyrobili sobie taką markę, że sąd i opieka społeczna, gdy trafi do nich jakieś pokaleczone przez los dziecko, decydują – damy je Drobkom, u nich wyjdą na ludzi. – Sąd wie, jak już nikt nie umie sobie z tymi dziećmi poradzić, to my sobie jakoś tam poradzimy. Nie ma co ukrywać, że nieraz jest bardzo ciężko – przyznaje Grażyna Drobek. – Wychowywanie dzieci w ogóle jest ciężką rzeczą. A szczególnie takich dzieci, które już coś złego przeżyły...
 
W żmudnym procesie wychowawczym sprawdza się stare porzekadło: małe dzieci mały kłopot, duże dzieci duży kłopot. Na początku, gdy trafiają do domu Drobków jako maluchy, uczą się żyć w nowej rodzinie. Uczą się zasad w niej panujących i zwyczajów. Dostosowują się i podporządkowują. Powoli dorastają i wchodzą w okres nastoletniego buntu. Nie chcą wracać do domu o zmroku, chcą więcej swobody. – My musimy myśleć i za nich i za siebie – w tej kwestii, jak w wielu innych dotyczących wychowania Grażyna i Jan Drobkowie mówią jednym głosem.
 
Bywa też, że po wizytach w domu biologicznych rodziców dzieciaki wracają z postawą roszczeniową. Chcą by im kupować drogie rzeczy, bo przecież państwo płaci za ich utrzymanie.
 
Łańcuch dobrych i złych chwil
 
Wychowanie takiej czeladki dzieci to wiele radosnych i szczęśliwych chwil. Ale te chwile, jak to w życiu bywa, przeplatają się ze smutnymi. Jak na przykład wtedy, gdy zamordowano ich pierwszą wychowanicę. Asia miała wtedy 25 lat, mieszkała z mężem w Żorach i była w siódmym miesiącu ciąży. Do dzisiaj policja nie ustaliła sprawcy, choć podejrzewano różne osoby. – Dlatego my się teraz tak bardzo boimy. Jesteśmy nauczeni życiem. A dzieciom się wydaje, że my za bardzo nad nimi klosz stawiamy. A tak nie jest – mówi pani Grażyna. Jest też inna sprawa. – Ja to bym nawet może puścił – zapewnia pan Jan. – Ale ja nie jestem ich biologicznym rodzicem. Pójdzie wieczorem i coś jej się stanie i potem matka będzie miała pretensje. – My musimy stosować się do pewnych przepisów – uzupełnia męża pani Grażyna. – Ale dorastającym dzieciom to trudno wytłumaczyć.
 
Mama czy ciocia
 
– Teraz jest taka moda, żeby kontakt był z rodzicami biologicznymi. Więc idą do mamy na sobotę czy niedzielę, na jakieś święto – objaśnia nową rzeczywistość przybrana mama. – Myśmy już tyle dzieci wychowali. Różnych. Ale rodzice tych pierwszych dzieci byli całkowicie pozbawiani praw rodzicielskich. Dla nich tu był ich dom, chociaż myśmy nie ukrywali przed nimi, że jesteśmy rodziną zastępczą. Nawet taką bajeczkę im mówiłam, że ja ich wybrałam z tatusiem, a nie tylko urodziłam. A niektórzy rodzą i nie chcą potem dzieci. Więc one wiedziały, że tu jest mamusia, tu jest tatuś, tu jest ich dom. I do dzisiaj, chociaż są dorośli, mają po 30 lat, jak im się coś dzieje, to dzwonią, przyjeżdżają, pytają, Tu mają dom, nie są tak rozdarci.
 
Teraz z wizyt u biologicznych matek wracają nastawione na „nie” wobec tej wychowującej je na koszt państwa. – Co tu dużo mówić, buntują te dzieci przeciwko nam, bo myślą, że my tu kokosy zarabiamy. Dla nich te 600 zł miesięcznie na dziecko to jest chyba bardzo dużo.
 
Stawka dla rodziny zastępczej wynosi 21 złotych dziennie. Z tego trzeba dać jeść, ubrać, posłać do szkoły, zapewnić kąt do spania i nauki i dobrze, żeby jeszcze na drobne przyjemności wystarczyło.
 
Kolejne pokolenie
 
Kobiety nie powinno się pytać; ani o jej wiek, ani o wiek jej dzieci. Pani Grażyna trzyma się tej zasady. Zapewnia tylko, że jej dzieci są już dorosłe i mają swoje dzieci. – Wnuki już mamy z Majki, Piotra, Irka.... – wyliczają dumni dziadkowie. – Trochę ich już jest. Konkretnie czworo. – Z Irkiem dziewczyna się rozeszła, więc tu nie mamy kontaktu z wnuczką. Maja jest w Holandii, urodziła 10 kwietnia Dawidka, ładny taki, grubasek... Jeden z naszych synów, Adaś, mieszka ze swoją wybranką w Świdnicy i ma 7-letnią dziewczynkę, dla której też jest zastępczym ojcem, bo to córka jego partnerki. Woła na niego tata. Także zaraziliśmy chyba te nasze dzieci – mówi ciepło pani Grażyna. Od innego syna mamy wnusia Kacperka – też śliczniutki...
 
Poezja i ryby
 
On, by trochę oderwać się od codziennych kłopotów i trosk, jeździ na ryby. Ona ma swoją poezję. Niedawno w raciborskiej bibliotece Grażyna Bukowska-Drobek prezentowała swój najnowszy tomik „Z poezją przez świat”. Zawarte w nim wiersze, przetłumaczone przez przyjaciół na sześć języków, porównała do swoich dzieci. – Moje wiersze są jak moje dzieci, które dorosły, zostały wydane i poszły w szeroki świat. Ja nie zwiedziłam tylu miejsc na świecie ile moje wiersze, choć bardzo bym chciała.
 
Wiele wierszy z tego tomiku zadedykowała swoim dzieciom: Roksance, Asi, Żanetce, niewidomej córeczce, Irkowi, małej Kasi, Ewelince, Piotrusiowi...
 
Moje dzieci ubieram w skrzydła
jak Dedal nakłaniam do lotu
chcę by wzleciały
ponad strapienia
i bolączki tego świata
 
Jolanta Reisch
  • Numer: 48 (967)
  • Data wydania: 30.11.10