Sobota, 10 kwietnia 2021

imieniny: Małgorzaty, Michała, Makarego

RSS

Bez konkurencji

30.11.2010 00:00 red
Czy wybory prezydenckie w Raciborzu wygrał najlepszy czy jedyny możliwy kandydat do rządzenia miastem? O błędach PiS-u, o pechu Klimy i realizmie NAM-u.
Żaden z przegranych w wyborach na prezydenta Raciborza nie mógł zagrozić zwycięstwu Mirosława Lenka. Jego wygrana w I turze była łatwa do przewidzenia, bo u rywali więcej było słabości niż atutów. Czy wygrał zatem najlepszy czy jedyny możliwy kandyat do rządzenia miastem?
 
O zwycięstwie obecnego lokatora gabinetu przy Batorego zdecydowała w dużej mierze wyborcza matematyka. Kandydat wyciągnął wnioski z mało przekonującego triumfu sprzed czterech lat.
 
Pierwszym z zabiegów, jakie przysporzyły mu głosów, był krok Lenka w kierunku PO, który on sam nazwał „małżeństwem z rozsądku”. Przeciwnicy próbowali uczynić z tego słabość obecnego prezydenta. Szydzili, że jego komitet wyborczy bez niego samego jest dziwadłem. – Platforma z dala od polityki, Lenk z dala od swego komitetu – to jeden z rozpowszechnianych sloganów.
 
Zaraz potem włodarz pozyskał poparcie SLD, które nie wystawiło swojego kandydata. Partia przepadła w wyborach do rady, ale mieszkańcy Raciborza o lewicowych poglądach stawiali na obecnego prezydenta, do którego było im najbliżej spośród startujących. Prawicowy Kusy, bardziej liberalny Myśliwy czy pozapartyjny Klima im nie przypasowali.
 
Tegoroczny zwycięzca nie musiał zatem mierzyć się z kandydatem PO (przed 4 laty Andrzej Markowiak), ani propozycją wyborczą lewicy (wówczas Tadeusz Ekiert). Te środowiska miał przed 21 listopada już po swojej stronie, a do tego swój komitet i ekipę Tadeusza Wojnara.
 
Ością w tej smakowicie wyglądającej rybie został Piotr Klima. Jego start w wyborach Mirosław Lenk odebrał jako zdradę i do dziś mu to wypomina. Wyborcy Klimy to grono, o głosy którego zabiegał urzędujący prezydent. Potwierdzili to w ciągu minionego tygodnia – studenci Uniwersytetu III Wieku przybyli na Batorego z osobistymi gratulacjami dla nr 1 w wyborczym rozdaniu.
 
Atutem Lenka była także jego solidna kampania wyborcza, której reszta mogła tylko pozazdrościć. Wzięły w niej udział słynne postaci polityki krajowej i nie tylko – Jarosław Gowin i Jerzy Buzek. Na przeciwnym biegunie NaM „wyróżnił się” plakatowaniem lipy, Piotr Klima swego samochodu, a Tomasz Kusy oszczędzaniem na swej witrynie internetowej.
 
Są powody do radości
 
Jak na początek walki o fotel prezydenta (kontrkandydat Kusy ruszał do tego wyścigu po raz trzeci, Piotr Klima zasiadał w radzie dwie kadencje) nieźle zaprezentował się Robert Myśliwy. Sam do końca nie wierzył w miejsce za plecami Lenka, a także w możliwość drugiej tury. – Jestem realistą – podkreślał.
 
Zarzucano mu, że na sesjach rady siedzi cicho, zamiast punktować prezydenta. Głos podniósł dopiero w Studziennej, gdzie na spotkaniu z mieszkańcami Lenk uciął z nim sobie „pogawędkę”. NaM pokąsał tam głowę miasta, kpiąc „że Lenk od drzwi chodzi wściekły gdy widzi opozycję” i wręczając urzędnikowi karnet na basen w Gorzycach, by ten obejrzał sobie jaki aquapark potrafiła wybudować mała gmina z sąsiedztwa. Później NaM stonowało swą kampanię prezydencką. Może poza buńczucznym, jak się rychło okazało, nazywaniem Myśliwego prezydentem podczas konwencji w PWSZ.
 
Gdzie jest PiS?
 
W komisji wyborczej w SP 15 pewna staruszka nie kryła irytacji szukając swego ulubionego ugrupowania. – Gdzie jest PiS? – pytała ludzi wokół studiując listy wyborcze. Nie ona jedna miała kłopot z odnalezieniem raciborskich „prawych i sprawiedliwych”. Ukryli się w KOR i słuch o nich zaginął.
 
Kandydat KOR, popierany przez PiS – Tomasz Kusy, miał swoje pięć minut, gdy jako jedyny dotarł na zaplanowaną przez „Nowiny Raciborskie” debatę wyborczą. Śmiał się, że liczył na swoje zwycięstwo w tej prezentacji kandydatów, ale nie sądził, że odniesie je walkowerem. I z całej jego kampanii to by było na tyle. Jako jedyne z ugrupowań starających się o głosy raciborzan PiS, a w zasadzie KOR, nie zorganizowało konwencji wyborczej. Dwa tygodnie przed wyborczą niedzielą słyszeliśmy: sprowadzimy znanego polityka. Po tygodniu odpowiedź na pytanie o tę „gwiazdę” brzmiała: może ktoś przyjedzie, może nie. W końcu, tuż przed wyborami, gdy po konwencjach były już PO, NaM i PS, od Katarzyny Dutkiewicz dowiedzieliśmy się, że za całą promocję wyborczą wystarcza busik z ulotkami partyjnymi, a jeśli dojdzie do czegoś w rodzaju konwentu, to dopiero przed drugą turą. Cudu sprzed czterech lat nie udało się jednak powtórzyć.
 
Choroba – przeszkoda
 
Trzeba przyznać, że Piotr Klima miał pechową kampanię. Lepiej byłoby gdyby posłuchał swej uroczej małżonki i zrezygnował z kandydowania, gdy trafił do szpitala. Wyborca miał postawić na osobę, która zasłabła jeszcze zanim przyszło jej zmierzyć się z problemami miasta? Na Batorego stresu byłoby przecież znacznie więcej, zwłaszcza w starciach z radą dowodzoną przez Tadeusza Wojnara, któremu Klima nadepnął na odcisk jeszcze jako członek koalicji rządzącej. Aptekarz z ul. Londzina okazał się także postacią za mało znaną poza rejonem swego działania – Starą Wsią i Proszowcem. Przed rokiem, gdy Lenk jeździł do mieszkańców, w Miedoni – okręgu, gdzie Klima zdobył mandat, mieszkańcy nie wiedzieli, że to ich radny. Lidera Porozumienia Samorządów nie było również – jako jedynego – na billboardach. Coś jednak osiągnął. – Jak spotka mnie ktoś na ulicy i zacznie narzekać, to spytam go czy głosował na mnie w wyborach – powiedział nam były już radny, w momencie, gdy zdecydował się kandydować na prezydenta.
 
Mariusz Weidner
  • Numer: 48 (967)
  • Data wydania: 30.11.10