Poniedziałek, 12 kwietnia 2021

imieniny: Juliusza, Ludosława, Zenona

RSS

Franz, ratuj Odrę!

21.12.2004 00:00
Zaczynał grać w piłkę czterdzieści lat temu - najpierw w Unii Racibórz, a potem w Odrze Wodzisław. Z falą emigracyjną piłkarzy wyjechał do USA, a następnie osiadł na siedemnaście lat w Niemczech. Przyjechał do Polski już jako trener na początku lat dziewięćdziesiątych. Szkolił kluby z najwyższej półki: Widzewa Łódź, Wisłę Kraków, Legię Warszawa i kilka razy sięgał z nimi po mistrzostwo Polski. Teraz po trzydziestu czterech latach powrócił do Odry Wodzisław. „Największy sukces w życiu? Jeszcze nie miałem. Myślę, że jest dopiero przede mną” - powiedział „Nowinom Raciborskim” Franciszek Smuda, obecnie trener Odry.
Franciszek Smuda urodził się 22 czerwca 1948 roku w Lubomi. Jest spod znaku Raka. Ludzie urodzeni w tym czasie to typowi domatorzy, którzy niechętnie opuszczają rodzinne pielesze i są związani z rodziną. Ja jestem trochę innym Rakiem - uśmiecha się Franciszek Smuda, od niedawna trener Odry Wodzisław.
 
Przez całe życie gnało go po całym świecie. Grał w pięciu klubach amerykańskich, kilku niemieckich, trenował drużyny w Niemczech, Turcji i na Cyprze. Boże Narodzenie spędzał nieraz z dala od swoich bliskich, bo nie mógł przyjechać do kraju. Dzisiaj nie ukrywa, że taki tryb życia zaważył na jego życiu rodzinnym. Bez przerwy wyjazdy, bez przerwy byłem z dala od domu. To powodowało nieraz kryzysy rodzinne, rozłąkę. Były to ciężkie przeżycia - mówi trener Smuda. Dodaje, że krytyczne chwile zarówno na boisku jak i w życiu prywatnym nauczyły go radzić sobie w sytuacjach ciężkich. Przyznaje, że nieraz miał wszystkiego dość i chciał rzucić piłkę. Nie zrobił tego jednak, pasja i wola walki były silniejsze. Nie wyobrażam już sobie innego zawodu. Łyknąłem narkotyk piłki nożnej i teraz się tym „koksuję” - stwierdza żartobliwie trener.

Bułka z pasztetową
 
Karierę piłkarską rozpoczynał w Unii Racibórz jako kilkunastoletni chłopak. Później był zawodnikiem Odry Wodzisław. Wtedy było tu trochę inaczej. Nie było tego wielkiego budynku z szatniami, tylko ten mały. Gospodynią była tutaj pani Sztojer, która robiła nam herbatę i świeże bułki z pasztetową. To były moje najlepsze lata. Byliśmy wszyscy jak w rodzinie i widzę, że ta atmosfera pozostała tutaj do dzisiaj - mówi popularny „Franz”.
 
W 1973 r., z falą emigracyjną piłkarzy wyjechał do USA, gdzie występował w Wiśle Gerfield oraz Harford Beicentennials. Na krótko wrócił do Polski i rozegrał ponad trzydzieści spotkań w barwach Legii. W 1978 r. ponownie znalazł się w Stanach Zjednoczonych. Tym razem związał się z drużynami: Oakland Stompers, Los Angeles Aztecs i San Jose Eartquekas. Ostatnie swoje mecze w karierze rozegrał w barwach zespołów w RFN - SpVgg Greuther Fuerth i VfR Coburg. W Niemczech rozpoczął karierę trenera. Zdobył niemiecką licencję A i B. Przez siedemnaście lat mieszkał w Norymberdze.
 
W Polsce zjawił się jesienią 1993 roku i do czerwca 1995 prowadził Stal Mielec. Największy sukces odniósł z łódzkim Widzewem, który za jego kadencji zdobył dwukrotnie mistrzostwo Polski (1996 i 1997) oraz awansował do elity Champion League. Takie zwycięstwa to tylko sekunda radości, zaraz potem pojawia się pytanie, co dalej? - stwierdza dzisiaj trener Smuda.
 
W sezonie 1998/99 zdobył mistrzowski tytuł z Wisłą Kraków.W połowie rundy jesiennej rozstał się niespodziewanie z krakowską drużyną i bardzo szybko został zatrudniony w warszawskiej Legii. Pod jego kierownictwem warszawska drużyna awansowała z dziesiątego miejsca na trzecie. Mówiło się o nim: cudotwórca. Jego kandydatura była rozważana przy wyborze trenera reprezentacji Polski. Kilka razy Franciszek Smuda zdobywał tytuł Trenera Roku w rozmaitych konkursach ogłaszanych przez sportowe czasopisma.

Karp od mamy
 
Dzisiaj, po tylu latach powrócił w rodzinne strony. W Lubomi mieszka mama trenera, jego siostra i brat z rodzinami. Druga siostra jest w Niemczech, gdzie mieszka też syn trenera - Grzegorz. Nie poszedł w ślady ojca i nie został piłkarzem. Wybrał naukę, inny zawód. Córka Sabina wraz z rodziną mieszka niedaleko Wodzisławia. Sam trener osiadł w Krakowie. Do Odry ma godzinę i 20 minut drogi samochodem. Prawdopodobnie na te kilka roboczych dni w tygodniu sprowadzi się tymczasowo do Wodzisławia.
 
Jakie ma plany na święta Bożego Narodzenia? Jeszcze nie wiem. Może gdzieś wyjadę? - zastanawiał się kilka dni temu szkoleniowiec. Dodał, że do wszystkiego jest przyzwyczajony. Podczas pobytu za granicą przeżywał różne chwile.

Ze świątecznych potraw najbardziej mu smakuje karp przyrządzony przez mamę. To smak dzieciństwa, który pamięta się przez całe życie. Ja sam nie umiem gotować - przyznaje ze śmiechem Franciszek Smuda. Jeżeli chodzi o przygotowanie do stołu czy w kuchni, to muszę powiedzieć, że jestem całkowity „lewus” - dodaje.
 
Po świętach Odra wznawia treningi pod okiem nowego trenera. 10 stycznia nie rozpocznie się ostry trening. Przez dwa tygodnie łagodnie wejdziemy w okres przygotowawczy - zaznacza Franciszek Smuda. Uważa, że zmiana trenera w Odrze została przeprowadzona w ludzki sposób, w atmosferze porozumienia. „Franz” ma wciąż w pamięci swoje niemiłe pożegnanie z Wisłą Kraków. Kasperczak postąpił wtedy ze mną tak, jak teraz z nim postępują - zauważa trener Smuda.
 
Do Odry trafił za namową Edwarda Sochy, menedżera klubu. Decyzję podjął w ciągu minuty, zaraz po telefonie Ireneusza Serwotki, prezesa Odry. Wcześniej miał dwie propozycje: z Lecha Poznań i szwajcarskiego Saint Gallen. Zameldował się też w Ostrawie, żeby ewentualnie móc liczyć na propozycje klubów czeskich. No i teraz można powiedzieć, że Odra ma czeskiego szkoleniowca - żartuje Franciszek Smuda.

Iza Salamon
  • Numer: 5253 (662/663)
  • Data wydania: 21.12.04