Piątek, 22 marca 2019

imieniny: Katarzyny, Bogusława, Kazimierza

RSS

W sympatycznej mieścinie

16.10.2002 00:00
Londyńskie pamiętniki Arki Bożka (44)

Rozwadów sympatyczna mieścina. Już o tej porze szalony ruch. Furmani się zjeżdżają, bo w tym dniu jest pobór koni. Ja nie wiem, gdzie się ruszyć. Słyszę dzwonek wołający do kościoła. W drodze do kościoła rozległ się ryk syren zwiastujących nalot bombowców na miasto. Niesamowity popłoch w wąskich ulicach miasteczka, w którym było parę tysięcy koni razym zegnanych do poboru. W kościele był spokój. Tyn spokój był jakoś tak kojący, tak mnie jakoś rozczulił, że ani rusz nie mogłem ukoić łez, lały mi się po twarzy strumieniem. Podczas msze poszedłem do wikarego na spowiedź i komunie świętą. Po tej komunii tak jakoś osłabłem, że mi się zdawało jakoby był sparaliżowany. Nawet myśli nie potrafiłem skupić razym. Doprawdy tak odpoczywałem na ciele i duszy, jak jeszcze dotąd nigdy w życiu.

Bożek świadkiem na ślubie

Po już drugi mszy święty ludzie się porozłazili, a było ich niewiela. Ja siedzę nie wiedząc dokąd, a dobrze mi tak było w tej świąteczny cichości, na wpół marząc o domu, dziatkach, żonie i ich nieszczęśliwym losie, gorąco w duszy się modląc do Pana Boga, naraz gdoś do mnie przychodzi i prosi mnie, jeżeli bym nie stanył jako świadek przy ślubie, bo jego świadkowie z powodu alarmu już się nie mogli dostać do kościoła. Jest on znany proboszczowi, jak też jego żona, która też jest z miasta, od dzieciństwa. Jest to tylko formalność. A młody pan musi dziś po południu do wojska i tak jeszcze dziś chciałby zawrzeć ślub. Zgodziłem się i byłem świadkiem na tym ślubie. Gdy następnie w zakrystii się podpisywałem, proboszcz, który moje nazwisko czytywał w prasie, z tego przypadku bardzo się cieszył i dziwioł. Ja zaś przez tyn przypadek tyle zyskałem, że moje nerwy i myśli trochę się skupiły na pewnym wydarzeniu, że gdy z kościoła poszedłym do rynku do restauracji na śniadanie, czułem sie jakoś świeższy i żywszy, i zaś miałem więcy ochoty do życia. Kościół, spowiedź, komunia, ślub i śniadanie mnie ożywiły.
 
Przychodzę na dworzec i tu pociągi też stoją, tor też tam gdzieś wysadzony. Spotykam kilku Ślązaków, powstańców, kolejarzy, którzy bardzo się cieszą widząc mnie. Mieli już zarekwirowany jedyn wagon w próżnym pociągu, tak że już miałem swoich koło siebie. Czekamy aż do południa, może 3 godz. na odjazd a tu nic. Za to postanowiliśmy iść pod torym kolejowym w kierunku Przemyśla. Cała paczka Ślązaków, może jakie 30 chłopa, kroczymy mijając  jedyn pociąg za drugim, które już stoją od 10 godz. Gdyśmy tak przeszli już parę kilometrów widzimy, gdzie leży ta wina, że te pociągi stoją i nie mogą ruszyć z miejsca. Kilkaset metrów od stacji Stalowa Wola były spróchniałe szwele i przez transport ciężkich pociągów z wojskiem tor tak się popsuł, że już tam nie można wjechać.

Diabli brali taką papraninę
 
Kilka drogocynnych godzin przeszło niż się zdecydowano na naprawę i wymianę tych spróchniałych szweli. I zaś kilka godzin przeszło niż się zaprawiono do tej roboty. Tak samo tempo tej roboty było takie, że mnie samego, a jeszcze bardziej moich towarzyszy Ślązaków, którzy sami byli kolejarzami, diabli brali na taką papraninę. Jednotorowy tor ze spróchniałymi szwelami na jedny strategicznie najważniejszej sztrece, to było w Polsce przygotowanie się do wojny...
 
Nie chcę przesadzać, ale dobrych 10 godz. niepotrzebnie zmitrężono na tej tak ważny sztrece, tego jestym naocznym świadkiem. Gdy minyliśmy tą stację ruszyły pociągi i wsiedliśmy na jedyn z nich i jechaliśmy dalej. I tu drugi charakterystyczny wypadek naszej nieudolności organizacyjne.
 
Traf tego chciał, że uwiesiliśmy się na pociąg załadowany wojskiem - i to cały pociąg zalewie jedną baterią dział 7,5. Pomijając że ta bateria była niepraktycznie urządzona, mając tyle niepotrzebnego, ja, próżnego bagażu, pojazdów i koni, które niepotrzebnie zabiera tyle miejsca w wagonach; od Stanisławowa aż hen na zachód wlokąc wózki, których na zachodzie jest aż do licha; to znamienne że ta bateria przez to już drugi dzień była niepotrzebnie na wagonach, bo na pewnym dworcu się omylono i wysłano ją gdzie indziej, jak to miano uczynić. Spostrzeżono to za późno, tak że jakie 100 i więcy km w jedną stronę tyż tyle i w drugą, woziło się jedną baterię po spacerze, bo jakiś wojskowy „spec” źle wysłał pociąg.
 
I co to za moralne wrażenie robiło na wojsku. W jedną stronę jadą pełne transporty, z powrotym próżne. Ponieważ jedyn tor, pociągi się mijają na stacjach i tu pomiędzy próżnymi pociągami znajduje się jedna zbłąkana bateria, która jedzie z powrotym, jak gdyby z frontu. Sam parę godzin siedziałem na tym pociągu, sam widziałem, że nie było minięcia transportu jadącego na front, który by nie wywołał śmiechy i drwiny, że ta bateria jechała z frontu.

Improwizacje
 
Rozwodzę się nad tym dłużej jak potrzebno, ale do dlatego, żeby wykazać nieudolność organizacyjną w czasie mobilizacji we wrześniu 1939 r. w Polsce, żeby w przyszłości nie pozwolić na podobne improwizacje i żeby włożyć więcy staranności, zwłaszcza w sprawy nieheroiczne. Tak, powinniśmy się uczyć organizacji i to bardzo długo i dokładnie, nie tylko w wojnie.
 
Jeszcze parę razy się przesiadaliśmy aż w końcu przez Przemyśl - Jarosław dotarliśmy do Lwowa. W nocy z 7-8.IX.1939 r. wylądowałem szczęśliwie we Lwowie. W pierwszym dniu szukam gdzieś powstańców, ale poza paru pojedyńczymi nie widzę nikogo z miarodajnych. A tych co spotykam - nikt nic nie wie, ani dokąd się udać, ani co robić, ani gdzie miejsce zbiórki lub tym podobne.
 
Odszukałem mi dotąd nieznanego prezesa Z.Z. na Lwów p. Ciszewskiego. Z pomocą jego i pewnego pastora w mundurze staram się o polski paszport, co jednak we Lwowie nie było takie łatwe. Przede wszystkim miałem dobry kwartyr u przyjacieli p. Ciszewskich na ul. Kadetów wzgl. Peowiaków. Żona zawodowego kapitana była dla mnie bardzo uprzejma. Tak samo i dwaj chłopacy mający może 10 i 14 lat, byli to chłopcy na których Polska raz może liczyć.
 
Na drugi dzień mojego pobytu we Lwowie poczęło się pokazywać na ulicach coraz to więcy powstańców. Spotkałym też nawet kilku z władz katowickich, jak dr. Kocura, Grzesika, Kornkiego, Witczaków. Dopominam się, że trzeba by urządzić jakieś biuro - w ogóle to trochę się zorganizować, żeby im dać pewną opiekę, oparcie, żeby się nie czuli tak opuszczeni. Nawet  im oferowałem biuro Zw. Zachodniego na ul. Klementyny Tańskiej obok hotelu i kawiarni „Georga”. Nikt jednak na mnie nie słuchał. Każdy patrzał siebie i miał do czynienia ze sobą. Widząc taką mi obcą obojętność „miarodajnych” dygnitarzy, ja postanowiłem tak samo troszczyć się i jak najprędzy wynieść się ze Lwowa na spokojniejsze miejsce, o ile możebne na granicę rumuńską. Z tego bałaganu i bezradności widziałem, że nie ma się co łudzić zmianą na lepsze.
 
Trafiłem byłego posła p. T. Kopcia, bardzo porządnego człowieka, który chciał mnie przyłączyć do ekipy Wspólnoty Interesów, abym gdzieś miał oparcie. To mu się nie udało, bo p. prezes Przedpełski odrzucioł to w najbezczelniejszy sposób. Biedak mi opowiada - miał kłopoty. Dalej chodziłem jak stracona owca, bez nerwów, zrozpaczony o jutro. W sobotę 10.IX zjawił się wojewoda i ówczesny minister propagandy Grażyński. Ja wiedząc, że w jego sztabie znajdują się dr Kaczmarek i p. Katelbach, poszedłem do niego, aby nareszcie uzyskać polski paszport, który do tego nie był ważny, liczyłem się z tym, że gdy nie będę miał ważnego polskiego paszportu, to łatwo będzie Niemcom osiągnąć wydania mnie przez rumuński rząd.

Lecą bomby
 
Grażyński kazał mi wystawić paszport. Naczelnik Bezpieczeństwa (drania spotkałem tu w Szkocji jako porucznika) nie bardzo się spieszył, tak że całą noc czekałym po to, aby mnie powiedziano, że mam iść do Starostwa. Na Starostwie do południa nikogo nie było, zaś w południe przybył pewien urzędnik, który ledwo wziął pióro do garści już chciał uciekać, bo w tej chwili bombowce niemieckie rzucały bombami po mieście i on mi chciał uciekać do schronu. Jednak go nie puściłem, trzymając go tak długo aż otrzymałem paszport.
 
W ogóle we Lwowie z tymi nalotami było piekło, bo alarmami paraliżowali cały ruch, ja, całe życie miasta. Jak skoro syreny podały alarm, nikt się nie mógł pokazać na drodze. Alert przeprowadzano z taką surowością, że nikt się nie mógł pokazać na drodze, zaraz go gonili ci „Gazowscy” do schronu. Na przykład w sobotę musiałem siedzieć w jedny sieni 2 1/2 godziny. Zaś w Województwie przeszło trzy godziny w piwnicy, w który byli zegnani z biur wszyscy urzędnicy. Jak potym miały być załatwione sprawy biurowe? Gdy już byłem zaproszony na posiedzenie przemysłowców przez mojego przyjaciela Ignacego Grabskiego i prezesa Izby Handlowej z Katowic p. Drozdowskiego. Na tym posiedzeniu, na którym założyliśmy coś w rodzaju Izby Węglowej, reprezyntowałym „Spółkę Plessa”. Do tejże rady mnie wybrano. Ja sam nie wiedziałem po co ja tam miałem figurować. Dowiedziałem się po posiedzeniu, gdy mi wypłacono 3000 zł wynagrodzenia na 3 miesiące naprzód. To muszę przyznać, że nareszcie się doczekałem pewne wdzięczności i uznania za moją pracę społeczną. Niedużo z tym pieniądzem począłem, bo już nie można było co kupić i potym jeszcze tej samej nocy wyjeżdżałem ze Lwowa.
 
Wysłano pewną paczkę przemysłowców na samochodach na granicę rumuńską do Kut. I mnie Ignacy Grabski i p. Drozdowski przydzielili do samochodu p. Gryziewicza, tak że po południu via Stanisławów - Kołomyja przybyłem do Kut, gdzie zamieszkałem w pensjonacie „Owidiusz”. W Kołomyi kupiłem sobie materiał na ubranie, które dałem sobie uszyć w Kutach, aby nie opuszczać kraju w jednym ubraniu. W kutach tak samo dałem sobie uszyć parę koszul, nie wiedząc jeżeli na tułaczce jeszcze w ogóle będę sobie mógł kupić koszule. Do złotych nie bardzo miałem zaufanie rozumując, że gdy legnie kraj to i złoty za granicą zupeł-nie straci wartość.

Berlin w gruzach
 
Aniżeli przyjdę do opisywania mojego pobytu w Kutach, to chciałem opisać niecoś o różnych pogłoskach, które krążyły podczas moje wędrówki Kraków - Lwów. Najprzód, gdy przyszedłem do Krakowa do Domu Śląskiego dowiaduję się, że Berlin obrócony w gruzy przez francuskie i angielskie bombowce. Gdy wyraziłem pewne wątpliwości, co do tej nowiny, to mnie chciano zeżryć, co tak święcie wierzono w te bajki. Potym często się słyszało, że nasze bombowce atakują to raz Berlin albo Wrocław, a nawet Królewiec i Gdańsk były kilkakrotnie bombardowane w pierwszych dniach września 39 r., niestety, tylko w opowiadaniach.
 
W ogóle czym dali się poruszałem, tym więcy widziałem, niestety, coraz to gorsze; tak że byłem coraz to większym pesymistą. Oddziałowywało to bardzo fatalnie na mój nastrój psychiczny. To poczuciy bezsilności, bezbronności wobec tych grasujących niemieckich samolotów, które to tak sobie dla zabawy strzylały z karabinów maszynowych na samochody jadące pojedynczo po szosie, to było wprost rozpaczliwe. Naszych samolotów przez całą kampanię wrześniową wcale nie widziałem.
 
Gdy w biały dzień w południe były naloty na Lwów i gdy bombowce masowo pikowały na dworzec, to z wybuchów na niebie można było stwierdzić strzelanie jednej do dwóch baterii armat przeciwlotniczych. Ich ogień był dlatego tak rzadki i tak źle celny, że nawet ze złości nie można było patrzeć na to widowisko. To najlepi charakteryzowało, jak marnie byliśmy przygotowani do wojny.

Opracowanie R.K.

  • Numer: 42 (549)
  • Data wydania: 16.10.02