Sobota, 20 kwietnia 2019

imieniny: Agnieszki, Czesława, Amalii

RSS

Wspomnienia powodzi

05.07.2007 15:57 | 0 komentarzy |
Wspomnienia mieszkańców zalanych terenów po dziesięciu latach po powodzi.
Wspomnienia powodzi
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Od 4 lipca 1997 roku nad Raciborzem i jego okolicami rozpostarło się pochmurne niebo, wciąż padał deszcz, a poziom Odry rósł, jednak nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło. Po pięciu dniach ulewnych deszczy, 8 lipca 1997 roku, wały przeciwpowodziowe i worki z piaskiem układane przez mieszkańców nie wytrzymały i wielka woda wdarła się do miasta, zalewając jego znaczą część.

Dni powodzi dla wielu raciborzan, a także mieszkańców okolicznych miejscowości na zawsze pozostaną w pamięci jako chwile, które budziły w ludziach skrajne odczucia: od lęku i przerażenia poczynając, na chęci niesienia pomocy i solidarności kończąc.

To tragiczne zdarzenie niesie ze sobą zarówno negatywne, jak i pozytywne aspekty, które pozostały w pamięci tych, którzy je przetrwali i wspominają po 10 latach.


Piotr B.
– podczas powodzi pomagał ludziom jako strażak ochotnik w gminie Kuźnia Raciborska. Oto co pamięta z tamtych dni:
Przychodzili do nas gospodarze z prośbą, żeby im pomóc zwierzęta przewieźć. Zwoziliśmy je więc łódkami albo podjeżdżało się pod te podtopione gospodarstwa dwa razy dziennie z paszą. Zwierzęta, które przewoziliśmy, często się wyrywały, łódka się wywracała i wszyscy pływaliśmy. Kiedy w Turzu przerwało most, zrobiliśmy tamę z worków z piaskiem. Woda rosła i rosła, a ludzie stali i patrzyli. Potem, kiedy woda już schodziła, ludzie łowili ryby, które wypłynęły ze stawów. My strażacy zbieraliśmy te ryby i wrzucaliśmy je z powrotem do rzeki. Po powodzi zaczęło się dzielenie darów. Niestety, ludzie często nie mogli się ze sobą dogadać i sporo było przy tym awantur.

Mieszkaniec Rudy
Podczas powodzi miałem 12 lat. Na początku bardzo się cieszyłem, że coś się dzieje, że wieś wygląda inaczej. Z innymi dziećmi biegaliśmy po wodzie i sprawdzaliśmy patykiem jej poziom. W niedzielę wieczorem woda zaczęła szybko rosnąć. W poniedziałek wtargnęła na nasze podwórko i w pośpiechu zaczęliśmy chować różne narzędzia gospodarskie. Na szczęście uparłem się, żeby wynieść też mój rower. We wtorek woda zaczęła „wchodzić” do domu, więc zaczęliśmy wynosić meble. Później weszliśmy z tatą na dach i przez lornetkę oglądaliśmy okolicę. Był to niesamowity widok, jakby dokoła było morze. Robiliśmy zdjęcia. W wodzie pływały różne rzeczy, a nawet martwe zwierzęta. I wtedy już mi się wcale nie podobało, że jest powódź. W czwartek ok. 16.00 zauważyłem, że poziom wody nie wzrasta, a później, że opada. Dopiero w piątek okazało się, jak wielkie szkody wyrządziła.

Agnieszka Wojtas
Nikt się nie spodziewał takiej wody... nikt... Woda szła do góry coraz szybciej i zastanawialiśmy się, jak to będzie dalej. Ciemno, w nocy strach, tak pierwszej nocy czułam strach. Bałyśmy się z siostrą, co z rodzicami, bo oni zostali na Kapuścika, a nas wysłali na Bosacką. Ludzie pomagali sobie nawzajem, kto miał jakieś zapasy, dzielił się nimi w klatce z wszystkimi pozostałymi mieszkańcami bloku.
Po powodzi, gdy woda zeszła, to dopiero był widok na ulicy u nas, jak po kataklizmie – bo przecież to był kataklizm... ludzie wyrzucali swoje dobytki, wszystko zalane, zniszczone, straszne – właśnie, to było straszne. W domu nie szło mieszkać, wszystko brudne, wysłali nas na szczepienia, woda z kranu nie do picia... było ciężko. Wprowadziliśmy się do nowego domu w grudniu, a w lipcu, po 6 miesiącach, wszystko było do wyrzucenia i od nowa meblować. Poza tym w czasie powodzi, szukając sobie zajęcia, które pozwalało zapomnieć o tym, co straszne, opalałyśmy się na dachu, pogoda była piękna, słonko świeciło, a wody było po szyję, wiec korzystałyśmy ze słońca na dachu bloku. Teraz, po dziesięciu latach już można w taki sposób o tym opowiadać, ale wtedy nie było nam do śmiechu.

Aleksandra Marzoll
Przede wszystkim pamiętam okropny smród, który roztaczał się nad zalanymi terenami, i to, że płynęłam amfibią. Ludzie strasznie się kłócili o żywność, a najgorsze było to, że byli to ci, którzy najmniej tego potrzebowali. W sumie nie pamiętam, czy bardzo się bałam, ale
patrzeliśmy z przerażeniem, jak w klatce schodek po schodku woda się podnosi. Pomagaliśmy wtedy sąsiadom wynosić najważniejsze rzeczy z domu, by nie stracili wszystkiego.

JJ
Gdy słyszeliśmy o zagrożeniu powodziowym, nakupiliśmy z 20 kilogramów mięsa, zrobiliśmy ogromne zakupy. Zagotowaliśmy mięso w słoikach, żeby zrobić zapasy, a jak przyszła woda, to wszystko nam zalała. Nie spodziewaliśmy się aż takiej fali. Pamiętam, że dwa miesiące przed powodzią kupiłem auto na raty, przed zalaniem wywiozłem je na parking koło pomnika Arki Bożka, wszyscy sąsiedzi wtedy się ze mnie śmiali, ale jak Odra wylała, to przestało być im do śmiechu. Poza tym miłe było to, że jak woda schodziła, to cała rodzina przebywająca poza zalanym terenem czekała na Podwalu na jakąkolwiek wiadomość od nas, bali się i martwili, czy wszystko z nami w porządku.

Iras
Na czas powodzi przenieśliśmy się do ciotki, która też mieszka na Ostrogu, ale dalej od Odry. Po pewnym czasie postanowiliśmy sprawdzić z tatą, co z naszym mieszkaniem, czy nam go nie szabrują. Popłynęliśmy na materacu. Nie mieliśmy wioseł, więc wykorzystaliśmy do wiosłowania deski do krojenia.

E.J.
Helikoptery krążyły nad zalanym terenem, z najbardziej niebezpiecznych miejsc zabierali ludzi. Moja siostra była przerażona, zaczęła udawać, że jest w ciąży i krzyczeć, żeby ją zabrali. Tak bardzo się bała. Nie było światła, wody, niczego. Co godzinę mierzyliśmy, jak woda wchodzi po schodach coraz wyżej. W wodzie widać było pływające szczury. Na szczęście regularnie dowożono picie i jedzenie. Warto podkreślić, że w tym trudnym czasie były również pozytywne aspekty, m.in. solidarność sąsiadów, z jaką się spotkaliśmy – to oni przez cały czas, jak przebywaliśmy u siostry, pilnowali nam mieszkania przed szabrownikami, nie pozwolili nic wynieść.

Jolanta M.
Powódź kojarzy mi się z niesamowitą ilością wody, pływającymi w niej szczurami i zdechłymi, oszołomionymi zwierzętami, tym, że po kolana trzeba było iść w wodzie do sklepu. Poza tym nie pozostało nam nic innego jak siedzieć na dachu, podziwiać widoki i być dobrej myśli.

#nowastrona#

A.N.
W czasie powodzi przedzierałam się razem ze szwagrem i jego synem przez wodę, która sięgała nam już po szyje. Szliśmy na Królewską do siostry, gdzie była cała nasza rodzina. Z domu pamiętam, że wzięłam parasol i książeczkę mieszkaniową. Nie wiem czemu zabrałam te rzeczy, byłam po prostu w szoku, jeszcze nigdy nie widziałam tyle wody. Parasol jednak przydał się, bo gdy nurt wody przewrócił syna szwagra, to właśnie dzięki niemu udało nam się ze szwagrem go przyciągnąć. Szliśmy trzymając się za ręce i jakimś cudem udało nam się dojść do mieszkania siostry. W tej wodzie pływało wszystko, czuć było niesamowity smród, a poza tym przerażenie, lęk, kołatanie serca. Gdy doszliśmy do mieszkania siostry, to akurat łupnął ZEW i wtedy całkiem opadłam z sił. Pomyślałam, że to koniec świata, bo nie dość, że wokół pełno wody, to jeszcze ogień. U siostry byliśmy dwa dni, w ogólne nie spałam, tylko obserwowałam, jak poziom wody się podnosi. Byłam całkiem załamana i do dziś przeżywam te wydarzenia. Rok czasu nie potrafiłam się spamiętać, ciągle pilnowałam, czy czasem Odra się nie podnosi, byłam cały czas spakowana, w stanie gotowości, jak dłużej deszcz padał, uciekałam do mamy na Katowicką. Gdy padał deszcz, od razu widziałam te obrazy z powodzi, wszystkie złe wspomnienia wracały.

Kasia Stochmiałek
Przed nadejściem wielkiej fali poszłam do dziadków na Opawską, ale nie zdawałam sobie sprawy z tego, że do domu nie uda mi się już wrócić. Na Ostrogu zostali moi rodzice i siostra, bałam się o nich. Dopiero kiedy woda nieco opadła, udało mi się do nich przedostać. Szłam przez drogi pełne wody, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że większość kanałów została wyrwana pod wpływem ciśnienia wody i w każdej chwili mogłam do któregoś z nich wpaść.

Roman Lenort
Dla mnie koszmar zaczął się tak na serio we wtorek, 8 lipca po południu. Na moje osiedle wdarła się woda. Został przerwany wał. Szkoda, że komunikaty w radiu były zupełnie inne niż sytuacja. Uspokajano, zapewniano że wały wytrzymają. Nim wały pękły, wodę i tak już mieliśmy w piwnicy, wybiło z kanałów burzowych. Gdy pękł wał, nie było czasu do namysłu. Ratowałem auto, przebijając się chodnikami gdzie bądź i uciekając przed ścigającą falą. W domu byliśmy bez prądu, wody, gazu, radio na baterie umarło po kilku dniach. Od czasu do czasu przepływała jakaś łódź z zaopatrzeniem oraz przelatywały śmigłowce ratunkowe, zabierające powodzian z dachów posesji. Ci co chcieli, zostali przetransportowani do szkół zaadoptowanych jako duże schroniska. Reszta zostawała na własną odpowiedzialność. Pomoc żywnościowa docierała różnie. Jak się później okazało, wiele rzeczy zostało rozdanych wśród „znajomków”, którzy nie byli w ogóle dotknięci powodzią a dla nas po prostu zabrakło. Noce były straszne. Całkowite ciemności, chlupot wody wokół i trzaski w piwnicy – przewracające się sprzęty, przetwory, obijające się od okien pływające śmieci. Do dzisiaj najbardziej irytuje mnie przepływ informacji. Wyobraźcie sobie, że znając skutki powodzi, błędnie informowano Opole. Twierdzono, że fala już nie będzie taka wysoka i będzie rozłożona w czasie, więc nie powtórzy się sytuacja z Raciborza. Jakże się jednak w Opolu zdziwili. Podobnie było też we Wrocławiu i dalej na północ. Po zejściu wody rozpoczęło się wielkie sprzątanie. Trwało wiele tygodni, nieraz miesięcy, skutki zalania zresztą widać po dziś dzień.
Oto kilka ciekawostek:
Po oczyszczeniu piwnicy i piętra, postanowiliśmy zachować w piwnicy jedne drzwi, które wyglądały na najmocniejsze. Całą resztę stolarki wywalono. Napęczniała. Szlag trafił okna, drzwi, boazerię, podłogi, tynki. Owe drzwi w piwnicy stały tak sobie do zimy. Któregoś dnia na skutek przeciągu trzasnęło się nimi dość mocno. Rozsypały się a ze środka wypadło stado małych robaków. Pomagałem także w zaprzyjaźnionym sklepie właścicielowi ogarnąć  bałagan, jaki zastał po otwarciu drzwi. Wiele rzeczy było nietkniętych, np. paczki chipsów pozostały hermetyczne zamknięte. Tak samo piwo. Jednak nie skusiłem się na otwarcie czegokolwiek, mimo że dostałem za free :) Najzabawniejsza była sytuacja, gdy zabraliśmy się za otwieranie lodówek. Wyobraźcie sobie, że były pełne wody! A w środku zielone kiełbasy i inne rzeczy, po otwarciu cała ta śmierdząca woda wylała się na osoby otwierające – smród nie do opisania.  Pieluchy też pokazały co umieją. „Napiły się” tyle wody, że paczka Pampersów była nie do udźwignięcia. Wiele rzeczy wypłynęło ze sklepów i urządzano sobie polowania na pływające paczki. Niestety straciłem po powodzi pracę. Firma, w której pracowałem padła ofiarą wielkiej wody i ostatnie dni pracy miałem pod znakiem mycia komputerów pod prysznicem (bo co im może jeszcze zaszkodzić) oraz liczeniem strat. Został uruchomiony też kredyt powodziowy na specjalnych warunkach. Gdyby nie on, to mamy kłopot. Do wymiany były: stolarka okienna i drzwiowa w piwnicy i na piętrze, podłogi, boazeria, tynki, elektryka, drzwi zewnętrzne i brama garażowa, sprzęty kuchenne, piec gazowy i konwencjonalny, meble kuchenne i całość do pokoju – komplet wypoczynkowy, meblościanka, stół i cała reszta. Nawet szlag trafił kuchnię gazową – a dokładniej jej elektroniczne bajery. Poszła spawarka, wiertarki, narzędzia…

Czytaj podobne

główny 

05.07.2007 15:34

Kalendarium 

05.07.2007 15:47

 

29.04.2005 11:32