Poniedziałek, 21 września 2020

imieniny: Jonasza, Mateusza, Hipolita

RSS

Śniadanie jem na kolację, a zimowe dekoracje kupuję w lecie

10.09.2020 07:00 | 2 komentarze | web

Tym razem nie będzie o polityce, ale o zakupach. No i trochę też o filmach, ale tych starych, które już znam, bo takie lubię najbardziej. Wszystko przez to, że wszedłem do niemieckiego dyskontu tekstylnego w centrum Raciborza...

Śniadanie jem na kolację, a zimowe dekoracje kupuję w lecie
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Złośliwy komentarz tygodnia Bożydara Nosacza

Tym razem nie będzie o polityce, ale o zakupach. No i trochę też o filmach, ale tych starych, które już znam, bo takie lubię najbardziej. Wszystko przez to, że wszedłem do niemieckiego dyskontu tekstylnego w centrum Raciborza...

Wyobraźcie sobie drodzy Czytelnicy, że w tym sklepie dostałem w twarz. Nie tak dosłownie, ale metaforycznie – Bareją. Patrzę na półkę, a tam przyprószone śniegiem drewniane choineczki, ptaszki w zimowych czapeczkach, złote świeczki, maluteńkie sanki i główki reniferków. Czyli nic innego jak nowoczesne, zimowe dekoracje w stylu dojrzałego Zachodu pierwszej połowy XXI wieku – schludne i neutralne światopoglądowo. Podejrzewam, że nasi przyjaciele zza zachodniej granicy słabo znają Bareję, ale w swoim konsumpcyjnym i tolerancyjnym galopie bezwiednie się do niego zbliżyli. Odwołując się do twórcy kultowych komedii, można byłoby ubrać to zjawisko w takie słowa:

– Ja to, prosze pana, zimowe dekoracje kupuję w lecie. Robię miejsce na kredensie. Zabieram wiatrak na upały, bo wyciągnąłem go na wiosnę, jak jeszcze było mokro i chłodno, żeby zaoszczędzić czas. Znoszę go do piwnicy i wychodzę.

– No, ubierasz się pan.

– W płaszcz – jak świeci słońce. Opłaca mi się smarować kremem do opalania?

– Fakt!

– Do niemieckiego dyskontu mam pięć kilometry. Idę na piechotę, bo autobusem mógłbym nie zdążyć na otwarcie.

– I zdążasz pan?

– Nie, ale i tak nikt poza mną nie kupuje zimowych dekoracji w lecie. Na razie nie podłapali tej mody. Ale spokojnie, jeszcze się nauczą. Bo tak jest lepiej. Na wakacje jadę jesienią. Pakuję kąpielówki, ręcznik i jadę do Mikoszewa. Tam lubię najbardziej, bo jednego dnia mogę się wykąpać w Wiśle, a drugiego w Bałtyku. Trzeba tylko uważać na czajki, bo w telewizji mówili, że mogą strasznie zapaskudzić wodę. Wracam i za chwilę jest zima – najlepsza pora, żeby wysiać rzeżuchę. Nasionka rozrzucam na mokrym kawałku ligniny albo papierowym ręczniku. Jak wzejdzie, robię wielkanocny... Najmocniej przepraszam! Robię wiosenny stroik. Do rzeżuchy wsadzam kilka czekoladowych jajek i zająca. Muszę uważać, żeby przypadkiem nie użyć baranka. Jednego roku tak zrobiłem i mój stroik nie był tolerancyjny. Do wiosny rzeżucha przerasta, opada i gnije. Zjadam jajka i zająca, a zielsko wyrzucam. Wracając ze śmietnika zachodzę do piwnicy po wiatrak na upały. Co prawda pada jeszcze deszcz ze śniegiem, ale już za dwa – trzy miesiące będzie lato. A jak przychodzą letnie upały, to zawsze czasu brakuje. Bo muszę szybko zdobyć jakąś niedojrzałą dynię i wymalować na niej szkaradny uśmiech. Dla lepszego efektu znowu schodzę do piwnicy i rozglądam się za jakimiś pajęczynami do dekoracji mieszkania. Bo Halloween tuż tuż, a przecież już za chwilę trzeba będzie zjeść tę dynię, posprzątać pajęczyny, schować wiatrak i kupić dekoracje na zimę. Póki jeszcze jest lato, bo jesienią...*

* Oryginalnie w „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz” było tak:

– Ja to, proszę pana, mam bardzo dobre połączenie. Wstaję rano za piętnaście trzecia. Latem to już widno. Za piętnaście trzecia jestem ogolony, bo golę się wieczorem. Śniadanie jadam na kolację. Tylko wstaję i wychodzę.

– No, ubierasz się pan.

– W płaszcz – jak pada. Opłaca mi się rozbierać po śniadaniu?

– Fakt!

– Do PKS mam pięć kilometry. O czwartej za piętnaście jest PKS.

– I zdążasz pan?

– Nie, ale i tak mam dobrze, bo jest przepełniony i nie zatrzymuje się. Przystanek idę do mleczarni. To jest godzinka. Potem szybko wiozą mnie do Szymanowa. Mleko, widzi pan, ma najszybszy transport, inaczej się zsiada. W Szymanowie zsiadam, znoszę bańki i łapię EKD. Na Ochocie w elektryczny do stadionu, a potem to już mam z górki, bo tak… w 119, przesiadka w 13, przesiadka w 345 i jestem w domu, to znaczy w robocie. I jest za piętnaście siódma! To jeszcze mam kwadrans. To sobie obiad jem w bufecie, to po fajrancie już nie muszę zostawać, żeby jeść, tylko prosto do domu. I góra 22.50 jestem z powrotem. Golę się. Jem śniadanie i idę spać.

Zobacz pozostałe teksty Bożydara


Masz informację, która nadawałaby się do tej rubryki i chcesz się nią podzielić? Napisz: bozydar.nosacz@outlook.com