Sobota, 5 grudnia 2020

imieniny: Saby, Kryspiny, Wilmy

RSS

Epidemia koronawirusa:

Polityka państwa i Kościół w symbiozie

26.07.2020 07:00 | 2 komentarze | red

Z dr. Adamem Ploszką (na zdj.), pochodzącym z Raciborza prawnikiem z UW, na temat relacji państwo – Kościół koresponduje ks. Łukasz Libowski.

Polityka państwa i Kościół w symbiozie
Dr Adam Ploszka – adiunkt w Zakładzie Praw Człowieka Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Członek Izby Adwokackiej w Warszawie. Autor licznych publikacji naukowych z zakresu praw człowieka, w tym książki „Publicznoprawny status jednostki skrajnie ubogiej”, nagrodzonej pierwszą nagrodą za rozprawę doktorską w LIII Ogólnopolskim Konkursie „Państwa i Prawa” na najlepsze prace habilitacyjne i doktorskie z dziedziny nauk prawnych.
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Możemy tego już wymagać

Łukasz Libowski: Adamie, otwórzmy naszą korespondencję pytaniem następującym: jak w świetle prawa przedstawia się relacja państwo – Kościół?

Adam Ploszka: Łukaszu, kluczowe znaczenie dla określenia relacji między Rzeczypospolitą a Kościołem katolickim, jak i każdym innym związkiem wyznaniowym, ma Konstytucja RP, a zwłaszcza jej art. 25. W ust. 2. tego przepisu możemy przeczytać: „Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym”. Znaczenie sformułowania „bezstronność” nie jest proste do określenia. To, co możemy na pewno powiedzieć, to to, że nie jest ono synonimem pojęcia laickości, którego używa się w innych państwach – m.in. we Francji – do określenia tej szczególnej relacji. W pewnym sensie można powiedzieć, że z pojęcia tego wynika obowiązek kształtowania przez państwo relacji między państwem a Kościołem w sposób gwarantujący każdej osobie korzystanie ze wszystkich praw wynikających z wolności religijnej, a także obowiązek zapewnienia kościołom i związkom wyznaniowym posiadania świątyń i innych miejsc kultu. W tym samym przepisie Konstytucji możemy przeczytać także, że „stosunki między państwem a kościołami i innymi związkami wyznaniowymi są kształtowane na zasadach poszanowania ich autonomii oraz wzajemnej niezależności każdego w swoim zakresie, jak również współdziałania dla dobra człowieka i dobra wspólnego”. Tym samym Konstytucja RP przesądza o istnieniu rozdziału państwa od Kościoła. Oczywiście dalsze szczegóły tego, jak wygląda ta relacja i ten rozdział, określają konkordat i inne ustawy.

Ł.L.: Sformułowanie, że władze zachowują bezstronność w kwestiach religijnych, światopoglądowych i filozoficznych bardzo mi się, Adamie, podoba. Stwierdza się w nim – po prostu – że władze nie są żadną stroną w dyskusjach religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, że, inaczej mówiąc, władze nie zajmują żadnego stanowiska, gdy chodzi o religię, światopogląd czy filozofię; jedyne, do czego się zobowiązują, to że wszystkim swoim obywatelom gwarantują w tych dziedzinach wolność. To coś przeciwnego laickości, która jest już określonym, konkretnym stanowiskiem w kwestii religijnej, która jest konkretnym stanowiskiem światopoglądowym i filozoficznym. Problem w tym, że właściwie nie da się zachować bezstronności w sprawach religii, światopoglądu i filozofii. Człowiek religijny poddaje religii całe swoje życie, włącznie, jeśli jest politykiem, ze swoją aktywnością polityczną. Podobnie ma się rzecz ze światopoglądem i filozofią: obejmują one całą ludzką egzystencję – i nie da się ich nie zabierać ze sobą do pracy, do polityki. Czy ów fakt nie sprawia, że przytoczony przez ciebie przepis konstytucyjny jest, by tak to ująć, pusty?

A.P.: Moim zdaniem nie. Kluczowe jest tu rozróżnienie między organem władzy, a jej piastunem. Dla lepszego zrozumienia tej myśli użyję przykładu. Organem władzy publicznej jest Prezydent RP, a jej piastunem ten czy inny polityk. Jakkolwiek trudno wymagać od człowieka religijnego by w swoich działaniach jako jednostka był bezstronny światopoglądowo – zwłaszcza gdy w istotę wyznawanej przez niego religii wpisany jest prozelityzm – tak od działania tego samego człowieka jako organu władzy publicznej możemy tego już wymagać. Możemy, bo taki obowiązek nakłada na ten organ Konstytucją RP. Zdaję sobie sprawę, że może wiązać się to ze swego rodzaju wewnętrznym konfliktem lojalności między wyznawaną religią a porządkiem prawnym określonym przez Konstytucję RP. W tym kontekście warto wspomnieć, że przed objęciem danego urzędu, a już w szczególności najwyższych stanowisk w administracji państwowej, osoba je obejmująca składa przysięgę, w której zobowiązuje się przestrzegać prawa państwowego, w tym Konstytucji. Gdyby było tak, że każdy organ władzy publicznej może kierować się w swoich działaniach wyznawanym przez osoby sprawujące władzę światopoglądem, zwłaszcza w przypadku organów działających jednoosobowo rodziłoby to ryzyko ogromnych nadużyć praw jednostki. Przykład. Prezydent RP ma wyłączną kompetencję do nadawania tytułu naukowego profesora. Wyobraź sobie, że prezydentem został zadeklarowany antyklerykał, który odmawia nadawania tytułu profesora naukowcom specjalizującym się w teologii, uznając, że nie pozwala mu na to wyznawany przez niego światopogląd. Dlatego właśnie mówimy o bezstronności organów władzy publicznej.

Krucyfiks jest symbolem biernym

Ł.L.: Z jednej strony: tak, Adamie, rozróżnienie na urząd i jego piastuna wiele zmienia – bardzo porządkuje, tak więc trudno o jakiekolwiek zastrzeżenia; dziękuję Ci za Twoją uwagę. Z drugiej strony, jak mi się wydaje, aż tak wiele znowu to rozróżnienie nie zmienia. No bo chyba zawsze będzie trzeszczało na linii osobiste poglądy, jakiekolwiek by one nie były, człowieka a bezstronność urzędu, który człowiek ten piastuje. To po prostu bardzo delikatna materia. Nie wiem, czy nie chodziłoby tu czasem o coś takiego: o bycie świadomym swoich poglądów, o umiejętność umiejscowienia tych poglądów na mapie idei oraz, co najważniejsze, o pamięć o tym, że na danym urzędzie służę społeczeństwu, którego członkowie mają poglądy różne, niekiedy skrajnie różne, od moich…

A.P.: Łukaszu, pełna zgoda. Bardzo chciałbym, w polityce widzieć takich polityków, o których mówisz, świadomych, że służą społeczeństwu, które niekoniecznie musi podzielać ich światopogląd. Z praktyką jest jednak bardzo różnie. W tym kontekście przypomniała mi się jedna z głośniejszych spraw polskich, w których orzekał Europejski Trybunał Praw Człowieka – Bączkowski i inni przeciwko Polsce. Sprawa dotyczyła zakazania przez władze stolicy marszu równości w 2005 r. Decyzję o zakazie zgromadzenia poprzedził wywiad, którego udzielił ówczesny prezydent stolicy, w którym jednoznacznie stwierdził, że ze względu na niezgodność prezentowanych na paradzie treści z jego światopoglądem zakaże tego marszu. Trybunał w wyroku, w którym – w skrócie mówiąc – stwierdził naruszenie praw człowieka, w interesującym nas wątku stwierdził, że: „Korzystanie z wolności słowa przez polityków pochodzących z wyborów, którzy jednocześnie sprawują urzędy rządowe w sferze władzy wykonawczej, pociąga za sobą szczególną odpowiedzialność. W pewnych sytuacjach normalną częścią obowiązków wykonywanych przez urzędników rządowych jest wydawanie indywidualnych decyzji administracyjnych, bądź upoważnianie innych do wydawania decyzji, które mogą dotyczyć sfery praw indywidualnych. Dlatego korzystanie z wolności słowa przez takich urzędników może w sposób nadmierny kolidować z wykonywaniem innych praw zagwarantowanych Konwencją. Korzystając z wolności słowa powinni oni wykazywać się powściągliwością, zważywszy na to, że ich poglądy mogą być odbierane przez urzędników służby cywilnej, których zatrudnienie i awanse zależą od ich zgody, jako wskazówki”. Swoją drogą orzeczenia Trybunału to istna kopalnia wiedzy na temat relacji między państwem a wspólnotami religijnymi. W tym najsłynniejsza chyba sprawa – Lautsi przeciwko Włochom, w której Trybunał rozstrzygnął o zgodności z prawami człowieka obecności krzyża w klasach szkolnych. Opowiedzieć więcej?

Ł.L.: Tak, poproszę.

A.P.: Zatem to jedna z tych spraw, która odbiła się szerokim echem w całej Europie. Dotyczyła tego, czy obecność krucyfiksu w szkole nie narusza prawa do edukacji zgodnej z przekonaniami religijnymi i filozoficznymi rodziców. Pierwotnie Europejski Trybunał Praw Człowieka stwierdził, że tak w istocie jest, tj. że mamy do czynienia z naruszeniem. Ten wyrok zarezonował silnym sprzeciwem w wielu krajach, w tym w Polsce, przyczyniając się do tego, że po ponownym rozpoznaniu sprawy Trybunał doszedł jednak do odmiennej konkluzji. Uzasadniając to rozstrzygnięcie, wskazał m.in., że każde państwo ma obowiązek zapewnić – w sposób bezstronny – możliwość wyznawania różnych religii, wiar i przekonań. Rolą państwa jest zagwarantowanie porządku publicznego, harmonii religijnej i tolerancji w społeczeństwie demokratycznym, w szczególności między grupami pozostającymi wobec siebie w opozycji, tj. w szczególności między wierzącymi i niewierzącymi. Państwo ma zatem dużą swobodę działania, której granicą z jednej strony jest zakaz działań o charakterze indoktrynacji religijnej, a z drugiej działań o charakterze wykluczającym uczniów mających inne niż dominujące przekonania religijne czy inny, szerzej, światopogląd. W rozważaniach dotyczących samego krzyża Trybunał nie dostrzegł przy tym, by jego obecność miała jakikolwiek wpływ na uczniów. W tym zakresie stwierdził, że krucyfiks wiszący na ścianie jest ze swojej natury symbolem biernym. Tym samym nie ma podstaw, aby uważać, iż jego wpływ na uczniów jest porównywalny z wypowiedziami dydaktycznymi lub uczestnictwem w obrzędach religijnych. To o tyle istotne, że w innym orzeczeniu Trybunał uznał, że noszenie chusty przez muzułmańską nauczycielkę może naruszać przekonania religijne dzieci i ich rodziców.