Czwartek, 9 lipca 2020

imieniny: Lukrecji, Weroniki, Anatolii

RSS

Mam na imię Krystyna. Jestem żoną i mamą alkoholika

22.11.2019 19:00 | 1 komentarz | OK

Nie poszła na terapię po receptę na życie tylko po to, żeby o siebie zawalczyć. Spotkała tam wiele kobiet takich jak ona. Wyszła bogatsza o wiedzę i doświadczenia innych. Dziś wie jedno: to, że Bóg coś złączył, nie znaczy, że nie można tego rozłączyć. Maltretowane przez mężczyzn żony mają prawo do godnego i szczęśliwego życia, nawet kosztem swoich małżeństw. I to uświadamia teraz kobietom, które nie widzą dla siebie przyszłości.

Mam na imię Krystyna. Jestem żoną i mamą alkoholika
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Skromne dziewczyny mają skromne marzenia

O Krystynie można by powiedzieć, że to kobieta po przejściach, tyle tylko, że one jej nie stłamsiły, tylko dały siłę do działania. Dziś potrafi twardo stąpać po ziemi i twardo kochać. Bo jak mąż i syn są uzależnieni, to innego wyboru nie ma. Pomogło jej z pewnością to, że przez całe życie była niezależna finansowo. W rodzinnym domu na Ostrogu pracowali wszyscy. Ojciec dojeżdżał do Łabęd, a mama, mimo konieczności zajmowania się sześciorgiem dzieci, cały czas była czynna zawodowo. – To były powojenne czasy, więc nikomu się nie przelewało. Mieszkaliśmy w kamienicy przy ulicy Zamkowej, w której przed wojną mieściły się koszary. Głodni nie chodziliśmy, ale głównym posiłkiem był chleb z masłem. Ubrania znosiło się po starszym rodzeństwie i każdy myślał o tym, żeby jak najszybciej się usamodzielnić. Siostra mamy była kierowniczką przedszkola w Lekartowie więc zatrudniała mnie i moje trzy siostry na pół etatu jako pomoce kuchenne. Za te pieniądze mogłyśmy sobie kupić na przykład wymarzone buty. Innych marzeń nie miałyśmy – mówi pani Krystyna.

Pierwszy zakład, w którym zatrudniła się jako osiemnastoletnia dziewczyna, to była raciborska mleczarnia, gdzie została na 33 lata. – Miałam w życiu wiele szczęścia, bo skończyłam tylko podstawówkę, ale udało mi się awansować. Zaczynałam od opakowań, gdzie trzeba było przyjść do pracy na 3.00 w nocy. Na początku chodziłam z Ostroga do mleczarni na nogach. Miałam swoją trasę: Zamkową, przez most, a potem Odrzańską i Długą, bo w centrum miasta czułam się bezpieczniej, a za pierwszą wypłatę kupiłam rower – wspomina.

Trzy miesiące później na staż do mleczarni został przyjęty Jan. Absolwent Technikum Mleczarskiego w Rzeszowie od razu zjednał sobie całą załogę, ale na sympatię ze strony Krysi liczyć nie mógł. – Na początku go nie lubiłam, bo miał wszędzie fory. Wszyscy mówili tylko o Jasiu, ale w końcu mnie do siebie przekonał. Zaimponował mi ogromną wiedzą. Pamiętam, że gdy zorganizowali w mleczarni konkurs dla pracowników to znał odpowiedź na każde pytanie. Zapraszał mnie do „Tęczowej”, jeździliśmy na zabawy do „Jubilatki” w Oborze i w 1973 roku pobraliśmy się – wspomina pani Krystyna, która zamieszkała razem z mężem w pokoju, który pan Jan wynajmował w domu naprzeciw mleczarni. Spędzili tam rok, a potem przenieśli się do dwupokojowego mieszkania spółdzielczego, gdzie mieszkają do dzisiaj.

Kraina mlekiem i wódką płynąca

Trudno określić moment, w którym zwyczajne picie podczas rodzinnych imprez i zakładowych uroczystości przerodziło się w alkoholizm. To był długi proces, któremu sprzyjało społeczne przyzwolenie na picie. Kiedy pani Krystyna została przesunięta do magazynu, zaczęła pracować razem z mężem. On wydawał towar, a ona księgowała. – Z początku było dobrze, ale potem przychodziłam do pracy na siódmą rano a on już chodził po ścianach, bo zaczynał pracę i picie o 2.00 w nocy. Wszyscy w zakładzie o tym wiedzieli i wszyscy go kryli. Zawsze znalazł się ktoś, kto odwiózł go do domu, żeby nie zobaczył go w tym stanie dyrektor. Wtedy nie byłam jeszcze tak dojrzała, żeby donieść na męża szefowi i zmusić go do leczenia. Nie upijał się codziennie. Miał nieraz kilkudniowe przerwy, więc zawsze była nadzieja, że może tym razem do picia nie wróci – tłumaczy pani Krystyna.

Na świecie pojawiały się dzieci, a pan Janek każdą wypłatę oddawał w całości żonie. Nie rozwiązało to jednak problemów z alkoholem, bo nawet gdy nie miał pieniędzy na jego zakup, zawsze znaleźli się koledzy, którzy fundowali. – Byłam zawsze bardzo niezależna i mimo nalegań męża, po urodzeniu każdego dziecka jak najszybciej wracałam do pracy. Po powrocie z ostatniego macierzyńskiego poszłam do szefa z prośbą o przeniesienie, bo nie chciałam już dużej pracować z mężem. Zostałam przesunięta do działu handlowego i na co dzień nie widywałam go. Urlopy spędzaliśmy z dziećmi u teściowej w Rzeszowie i tam mąż był zawsze idealnym i niepijącym synem. Potrafił wytrzymać dwa tygodnie bez alkoholu, ale gdy wracaliśmy do domu i prosiłam go o podjęcie leczenia, zawsze słyszałam to samo: nie jestem alkoholikiem – mówi pani Krystyna.

Pierwsze leczenie jej mąż podjął w 1996 roku. – Miałam już tak dosyć, że zagroziłam, że wezmę dzieci i odejdę. Siedzieliśmy w kuchni i rozmawialiśmy. Zobaczyłam zmęczonego człowieka z trzęsącymi się rękami i zrobiło mi się go żal, bo wiedziałam, że ta jego choroba powoli zabija całą rodzinę – tłumaczy. Na pierwszym spotkaniu w poradni towarzyszyła mężowi. Potem odwoziła go na leczenie zamknięte do Gorzyc. Gdy on chodził na mityngi dla alkoholików, ona rozpoczęła terapię dla współuzależnionych. – Pierwszy raz był bardzo trudny, bo trzeba było opowiadać o sprawach, które do tej pory zostawały w czterech ścianach domu. Zastanawiałam się: co ja tu robię? Potem zrozumiałam, że biorąc jego trzeźwienie w swoje ręce szkodziłam mu, bo mnie bardziej na tym zależało niż jemu. Popełniłam wiele błędów i ta terapia nie tylko mi to uświadomiła, ale i pozwoliła zrozumieć, że alkoholizm, jak każda choroba może powrócić i do Janka wróciła już po roku abstynencji – podsumowuje pani Krystyna.